Muzyczne podsumowanie roku 2022

Po dwóch trudnych latach dla branży w końcu w 2022 r. mogliśmy cieszyć się powrotem muzycznych doznań na koncertach i festiwalach. Okazuje się, że był to również czas eksplozji artystycznej kreatywności, której skutkiem bylo powstanie szeregu wspaniałych wydawnictw, z którego redaktorzy działu Muzyka postanowili wybrać ich zdaniem najlepsze. Przed Wami maglowe muzyczne podsumowanie 2022 r. – a pod tym linkiem znajdziecie dźwiękową pomoc w jego lekturze pod postacią ułożonej przez nich playlisty.

 

Carly Rae Jepsen – The Loneliest Time

https://jenesaispop.com/wp-content/uploads/2022/08/carly-rae-jepsen-the-loneliest-time-1659456933-696x696.jpg

The Loneliest Time nie jest płytą pozbawioną wad. Wielu krytyków zwracało uwagę na brak muzycznej spójności, przez co bardziej przypomina ona składankę singli niż przemyślaną całość. Wśród zarzutów było również powtarzanie tych samych motywów – zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej – co na wcześniejszych albumach kanadyjskiej wokalistki. Ale co z tego, kiedy te pojedyncze utwory tak doskonale bujają? Co z tego, skoro ten sprawdzony muzyczny przepis sprawdza się kolejny raz doskonale? No i co z tego, kiedy Carly opowiada o samotności w tak uniwersalny, a jednocześnie głęboko osobisty sposób?

Podmiot liryczny rzeczywiście po raz kolejny okazuje się być postacią zagubioną w świecie miłości, przy okazji cierpiącą na deficyt pewności siebie. Widać jednak, że mamy do czynienia z jej dojrzalszym wcieleniem niż na poprzednich albumach, tym razem już samoświadomym, osobą krytycznie patrzącą na siebie i swoje przeszłe relacje. Przy okazji Carly prezentuje nam pełną gamę emocji towarzyszących odczuwaniu samotności: od lęku (Surrender My Heart), przez rezygnację (Beach House), zazdrość (Talking to Yourself), napięcie (Anxious), tęsknotę (The Loneliest Time) po nadzieję (Western Wind).

Dzieje się to na tle doskonale wyprodukowanych, chwytliwych melodii, czasem wręcz rozkosznie „serowych” (czego najlepszym przykładem jest utrzymany w klimacie disco ballady utwór tytułowy, z gościnnym występem mistrza takich melancholijnych piosenek Rufusa Wainwrighta).  Słowem, popowość w najlepszym możliwym wydaniu i wszystko, czego mi w takim wydawnictwie potrzeba.

Autor: Kacper Rzeńca

 

Black Country, New Road – Ants From Up There

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/d/d7/Ants_from_Up_There_-_Black_Country%2C_New_Road.jpg

Black Country, New Road zachwyciło mnie do tego stopnia, że w przypływie ekscytacji napisałem o ich najnowszym albumie ledwo dwa tygodnie po premierze (tekst znajdziecie na naszym facebookowym profilu MAG MAG). Po prawie roku wracam z przemyśleniami – można by pomyśleć, że tym razem na chłodno. Otóż nie.

Słuchając Ants From Up There, dalej czuję, że mam do czynienia z dziełem wybitnym i bezkompromisowym. Intro na wstępie informuje słuchacza, jaki charakter ma ta muzyka. Następne na trackliście Chaos Space Marine lirycznie dopełnia warstwę dźwiękową, określając tym samym charakter tekstów – dziwaczne, szczere, a na pewno, kontrastując z nastrojem melodii, smutne. Isaac Wood nie szczędzi wylanych łez, swojego niezdrowego uwielbienia do Charli XCX i tęsknoty za swoją eks. Prawdziwe szaleństwo. I tak przez godzinę.

Tak jak podkreśliłem w lutym i podkreślić muszę teraz, końcowa część to mistrzostwo. Dwa utwory o łącznej długości 20 minut składają się na podsumowanie totalne. Przychodzi tutaj na myśl tegoroczna sensacja w świecie kina Wszystko wszędzie naraz. Skutek po doświaczeniu obu dzieł jest taki sam – niewiele się rozumie, ale wszystko się czuje. Życzę więc wszystkim, by przy Ants From Up There porzucili krytyczne analizy, a przeżyli to, co ten album ma do zaoferowania.

Autor: Igor Osiński

 

Pusha T – It’s Almost Dry

Pusha T: It's Almost Dry Album Review | Pitchfork

Rzadko kiedy trafia się rok tak obfity w wysokiej jakości wydawnictwa, jak właśnie dobiegający końca 2022. Giganci zagranicznego hip-hopu, tacy jak Kendrick Lamar, Future czy J.I.D, stanęli w szranki o miano najlepszego albumu. Trudno jednak pominąć w tej rywalizacji samozwańczego króla kokainowego rapu, którym jest oczywiście Pusha T.

Długoletni przyjaciel Kanyego Westa utrzymuje passę bardzo dobrych krążków, rozpoczętą w 2015 r. wydaniem Darkest Before Dawn. It’s Almost Dry stylistycznie nie odbiega od poprzednich albumów, ale jest lepszy pod każdym względem. Różnorodne, ostre jak kolumbijskie prochy i akompaniowane przez hipnotyzujące beaty flow rapera pozwala zanurzyć się w głębiach amerykańskiej gangsterki. Prawdopodobnie najważniejszym czynnikiem stanowiącym o immersji albumu są teksty Pushy, który w moim odczuciu wspiął się na wyżyny lirycznej kreatywności.

Słuchając poszczególnych utworów łatwo wyobrazić sobie, jak przebiegało jego liczne w przeciwności losu życie, finalnie zakończone ukoronowaniem jako jeden z najważniejszych przedstawicieli gatunku. Świetne wykorzystanie muzycznych sampli, zadziwiająco chwytliwe refreny i rozsądnie dobrani współwykonawcy (m.in. Lil Uzi Vert, Jay-Z, Kid Cudi) gwarantują brak nudy podczas słuchania It’s Almost Dry

Autor: Jakub Kołodziej

 

Bad Bunny – Un verano sin ti

Un Verano Sin Ti - Album by Bad Bunny | Spotify

Portoryko i Polskę dzielą ponad 8000 km, klimat i zupełnie różne podejście do życia. Wytwory kultury z karaibskiej wyspy docierają do naszego kraju rzadko i zwykle jako nieokreślona geograficznie, egzotyczna ciekawostka, jak np. utwór Despacito. Co sprawia więc, że 80-minutowa epopeja najpopularniejszego portorykańskiego muzyka Bad Bunny’ego, album Un verano sin ti, stanowi tak przyjemną przeprawę dla ucha polskiego słuchacza?

Odpowiedź na to pytanie leży w wyjątkowej umiejętności tego artysty do łączenia w swojej twórczości elementów lokalnych i uniwersalnych. Słuchaczy z globalnej Północy cechy muzyczne reggaetonu oraz innych gatunków Ameryki Łacińskiej z jednej strony przyciągają odcieniem egzotyki, z drugiej na dłuższą metę zwykle nużą rytmiczną jednostajnością. Bad Bunny od zawsze znał na ten problem receptę, którą udoskonalił jeszcze na nowej płycie – w niezwykle zróżnicowanych utworach na Un verano sin ti następują częste, zaskakujące zmiany rytmiki, aranżacje kuszą bogactwem różnorodnych barw dźwięków, a wyraziste przeboje mieszają się z utworami refleksyjnymi. Artyście przy tym nieustannie udaje się przenosić wyobraźnię słuchacza na portorykański grunt, a muzyka pozostaje z krwi i kości latynoska.

Właśnie dzięki tym cechom, bardziej nawet wyraźnym na Un verano sin ti niż na poprzednich albumach, twórczość Bad Bunny’ego oddziałuje tak szeroko. I odbierana jest tak samo dobrze w jego rodzinnym miasteczku Vega Baja, w wielkich miastach hiszpańskojęzycznego świata – gdzie słuchają jej miliony – jak również na wyższych szerokościach geograficznych, choćby w Warszawie. Oto muzyka, która łączy kontynenty.

Autor: Piotr Szumski

 

Big Thief – Dragon New Warm Mountain I Believe in You

Dragon New Warm Mountain I Believe In You - Album by Big Thief | Spotify

Chyba żaden zespół nie zaliczył ostatnimi laty takiego rozwoju jak Big Thief. Chociaż Amerykanie i tak zaczynali z wysokiego C, przez pół dekady zdołali zbudować silną muzyczną rodzinę, w której indywidualne umiejętności grają dla dobra kolektywu, a nić wzajemnego porozumienia oplata każdą kompozycję. 

Wydana w tym roku, ale nagrywana w czasie pandemii płyta mogłaby przerażać czasem trwania (blisko półtorej godziny), ale zamiast tego zachwyca różnorodnością i kreatywnością. Centralny dla albumu Red Moon piętrzy się od świetnych kompozycyjnych rozwiązań, a jednocześnie jest lekki i zagrany jakby od niechcenia. Simulation Swarm olśniewa każdym elementem: od krótkiego gitarowego dialogu (miłośnicy takowych mogą też zakochać się w Little Things), przez bas, kończąc na tekście, naginającym znaczeniowość języka angielskiego do granic melodyjności. Nawet ballady, takie jak Change, wymykają się standardowym środkom wyrazu, wprowadzając nutkę instrumentalnej nieprzewidywalności, wychylającej się zza perfekcyjnej wokalnej harmonii. 

Okładka albumu przedstawia zwierzęta relaksujące się przy ognisku, sprawiające wrażenie ilustracji rodem z mema chillera i utopia. Chyba nie można lepiej zobrazować klimatu tej płyty, która mimo indie folkowego anturażu raczej nie wprowadza w nadmierną melancholię, a odpręża i wprawia w poczucie komfortu. W Red Moon Adrianne Lenker beztrosko krzyczy That’s my grandma!, czym potwierdza, że te nieskrępowane emocje płyną z samego serca zespołu.

Autor: Jacek Wnorowski

 

Dry Cleaning – Stumpwork

Dry Cleaning: Stumpwork Album Review | Pitchfork

Londyński kwartet zapewnił sobie miejsce w mojej głowie świetnym koncertem na tegorocznym OFFie, gdzie prezentowali jeszcze materiał z debiutanckiego New Long Leg. Druga płyta Dry Cleaning rozwija i wzbogaca idiosynkratyczny styl zespołu, rozpoznawalny przede wszystkim za sprawą wypełnionej suchą, znudzoną ironią melorecytacji Florence Shaw.

Wokalistka i tekściarka ma talent do układania absurdalnych mikrohistorii ze strzępków rozmów, ulicznych ogłoszeń, contentu, reklam i innych rodzajów słownego ambientu późnego kapitalizmu. Lewis Maynard wchodzi na ten slam z przebojowymi, postpunkowymi liniami basu, a Tom Dowse dogrywa czasem lśniące, a czasem ostre jak brzytwa gitary. Na Stumpwork zespół powiększa instrumentarium i imaginarium – perkusista Nick Buxton gra tu także na klarnecie i saksofonie, a Shaw buduje niektóre utwory (jak np. świetne Gary Ashby, łamiącą serce historię zaginionego żółwia) jako bardziej koherentne opowieści. Całości dopełnia okładka tak obrzydliwa, że część fanów domagało się jej zmiany, gotowi zapłacić słono za limitowany winyl okryty po prostu lustrzaną folią.

Dry Cleaning całe jest trochę performansem. Ich muzyka niby nie powinna działać – w sposób, w jaki zażenowanie budzi wiele quasi-performatywnych aktów polskiego ASP-core’u – a jednak działa. Zespół w marcu 2023 roku wystąpi w Warszawie – chyba warto więc się o tym przekonać na żywo.

Autor: Marek Kawka

 

brakence hypochondriac

brakence: hypochondriac Album Review | Pitchfork

Trudno jest napisać cokolwiek o albumie tak dobrym jak hypochondriac. brakence wydał w tym roku płytę idealną i najzwyczajniej w świecie nie da się ująć jej geniuszu w słowach. Można się rozpisywać o wirtuozerskim i nieoczywistym łączeniu gatunków na tym projekcie, o brutalnie i momentami wręcz niekomfortowo szczerych tekstach, o ambitnych, skrajnie dynamicznych kompozycjach, które mogłyby zawstydzić muzyków prog-rocka, jednocześnie nie tracąc nic ze swojej popowej wybitnej chwytliwości, czy też o nieziemskiej jakości produkcyjnej, która zdaje się niemalże przekraczać możliwości technologiczne, którymi dysponujemy w 2022 r.

Wszystkie te słowa nie mają jednak szans oddać nawet w 1% uczuć i wrażeń, które towarzyszą podczas słuchania hypochondriac. Zakładając słuchawki (oh, jak dobrze ten album brzmi w stereo!) słuchacz w mgnieniu oka przenosi się w samo serce maksymalistycznego filmu coming-of-age bądź do wnętrza jakiegoś zoomerskiego odpowiednika rockowej opery. Powietrze rozedrgane jest od rozrywającej ambicji, euforii i poczucia zagubienia. Wszechobecne „gamingowe soundeffecty” dodatkowo „scott-pilgrimują” przedstawioną rzeczywistość, nadając ukazanej historii fantastyczny walor. hypochondriac to psychodeliczna podróż podobnego Ikarowi bohatera, któremu daleko do ideału.

To właśnie szczerość w ukazaniu niedoskonałej postaci artysty sprawia, że album jest w stanie tak silnie rezonować ze słuchaczem. Głębia estetyczno-emocjonalna tej płyty jest iście pochłaniająca. Uważam, że każdy powinien dać nowemu brakence’owi szansę.

Autor: Jan Ogonowski

 

Silvana Estrada ౼ Marchita

Marchita - Album by Silvana Estrada | Spotify

Pracuję nad tym od dawna: jak mogę być silna, jak mogę być przekonująca, pozostając przy minimum? właśnie tak, Silvana.

Marchita jest jak kartka. Z pozoru delikatna, potrafi zaciąć naprawdę głęboko. 25-letnia Silvana Estrada Meksykanka z jazzowym wykształceniem pochodząca z rodziny lutników zainspirowana lokalnym folkiem stworzyła zapis próby zrozumienia swojej rozpaczy po utracie pierwszej miłości. Otwiera się przed słuchaczem od razu w Más o menos antes, jakby pokazując mu wyrwane strony ze swojego pamiętnika: Y entiende que la tristeza después de tanto se hizo mi aliada (I zrozum, że smutek po tak długim czasie stał się moim sojusznikiem).

Kartki zacinają wiele razy. Silvana, grając na wenezuelskim cuatro (czterostrunowy instrument przypominający ukulele), jest w stanie przekazać swój ból bardzo dosadnie. Czasami jej śpiew brzmi jak szloch, a głos wręcz nie mieści się w utworze jest ściśnięty i odbija się od ścian. Lament wybrzmiewa najmocniej w sposobie śpiewania Te guardo un poquito de fe (Zachowam dla ciebie trochę wiary) w Te guardo czy wielu płaczliwych wokalizach przy akompaniamencie wiolonczeli, skrzypiec, kontrabasu, klarnetu, organów, fortepianu czy klaskania (Un día cualquiera, Sabré olvidar, Marchita). Ale Silvana wyciąga czasami z cuatro także pozytywnie brzmiące dźwięki (Tristeza, Carta), jednak nie zawsze równają się one takiemu przesłaniu: Te pido una vez más, tristeza, déjame en paz (Proszę cię jeszcze raz, smutku, zostaw mnie w spokoju)

Mimo gorzkiego motywu albumu Me ha costado tanto y tanto, que ya mi alma se marchita (Kosztowało mnie to tak wiele, że moja dusza już usycha) Silvana próbuje przekazać w nim trochę nadziei. W końcu ostatnie, co słyszymy z jej ust, to lekki śmiech w smutno-radosnym Ser de ti. Artystka zamyka płytę w klamrę, dzięki wykorzystaniu tej samej melodii w pierwszym i ostatnim utworze skleja kartki we wstęgę Möbiusa i pozwala zrozumieć słuchaczowi, że dusza więdnie tylko po to, żeby znów zakwitnąć.

Autor: Jakub Białas

 

Kae Tempest ౼ The Line is a Curve

Kae Tempest: The Line Is a Curve Album Review | Pitchfork

Koncertowe przeoczenia roku 2022, których najbardziej żałuję? Little Simz na Open’erze, Einstürzende Neubauten w Stodole, no i Kae Tempest w Nowym Teatrze. Ostrzegę osoby nieznające Kae – niech nie zmyli was miejsce występu, jeśli zechcecie sięgnąć po The Line Is a Curve. Kae ma na swoim koncie kilka sztuk, niemniej teatralny trop może być tu mylący!

Podobnie jak w przypadku arcydzieła The Book of Traps and Lessons z 2019 r., producentem albumu pozostał długoletni współpracownik Tempest, Dan Carey, a pieczę nad wszystkim dalej trzyma legendarny Rick Rubin. Kae trochę melorecytuje, a trochę rapuje w swoim charakterystycznym stylu. Wiele się jednak przez te trzy lata zmieniło. Poprzedni album, stworzony jeszcze pod imieniem Kate, był bardziej synkretyczny gatunkowo, zadumany, skupiony na społeczeństwie post-brexitowego Londynu. The Line… zawęża swój zakres tematyczny, stanowi pewnego rodzaju autoterapię Kae w obliczu zmagań z dysforią płciową czy problemami ze zdrowiem psychicznym. Nie krąży jednak tylko wokół osobistych wyzwań – lawiruje pomiędzy historiami różnych ludzi a własnymi, różnorakimi spostrzeżeniami. 

Album został nagrany w towarzystwie niemal samych bliższych i dalszych znajomych. Brzmienie jest bliskie rapowi i R&B, czego potwierdzenie stanowią wywodzący się z tych gatunków artyści na featach. Wyjątek: rockman Grian Chatten (na marginesie, tegoroczną płytę Fontaines D.C. Skinty Fia również polecam). Z tego wszystkiego wynika prawdziwa uczta dla ucha, najlepiej konsumowana od deski do deski. A w UK? A w UK nadal jak w lesie.

Autor: Michał Wrzosek

 

Tom Odell – Best Day of My Life

Best Day of My Life - Album by Tom Odell | Spotify

Pewną kliszą w filmach, szczególnie młodzieżowych czy romantycznych, jest scena, w której zraniona kobieta po odkryciu zdrady uderza winowajcę otwartą ręką w twarz. Niby banał, a jednak Tom Odell wydaje się z każdym kolejnym wydaniem powtarzać taką właśnie scenę. Od 2013 r., kiedy ten (subiektywnie) nietuzinkowy artysta wydał Another Love, wydawać by się mogło, że nie robię nic innego, tylko nadstawiam co krok przysłowiowy drugi policzek. 

Szkoda zatem, że nie mam pięciu policzków, ponieważ Best Day of My Life to już piąta studyjna płyta Odella – a jednocześnie jego najbardziej oszałamiająca produkcja. Album to minimalistyczne arcydzieło, w którym Brytyjczyk obnaża się przed słuchaczami. Surowość i intymność utworów podkreślone są przez brak wypełniaczy – na płycie słyszymy tylko Toma i jego pianino. Kompozytorski talent Odella podkreślają instrumentalne Sunrise__, Librium oraz __Sunset, które łączą album w pewną spójną całość. 

Lirycznie artysta zachwyca, po raz kolejny bezbłędnie układając w ciąg słów myśli wszystkich smutnych ludzi. Pierwsze utwory na płycie (Best Day of My Life, Sad Anymore) oparte są na wielokrotnych powtórzeniach, bez wyraźnych punktów kulminacyjnych, pozostają jednak melodyjne i szczere. Album przechodzi następnie do łamiących serce The Blood We Bleed, Enemy, Flying :)) czy Monday, w których wydawać by się mogło, że artysta rozpada się na kawałki (a ja, dla towarzystwa, dołączam do jego podróży na dno). Dzięki zamykającemu album Smiling All The Way Back Home słuchacz może jednak odzyskać resztki nadziei. Piosenka ta nie jest lirycznie odkrywcza – refren składa się ze zdań, które mogłyby być wypowiedziane przez dziecko – a jednocześnie (lub nawet dzięki temu) utwór jest wyjątkowo uroczy i prostolinijny. Best Day of My Life jest surowe, szczere i nie owija w bawełnę.

Autorka: Aleksandra Sojka

 

Leash Eye – Busy Days Hazy Nights

Busy Nights Hazy Days - Album by Leash Eye | Spotify

Płyta Busy Nights Hazy Days zespołu Leash Eye jest zdecydowanie jednym z najlepszych albumów warszawskiej grupy. Wzbudzi ona nostalgię w sercach fanów mocnego rocka lat 70., a jej złożoność i rozbudowanie przekonują, że stworzyli ją prawdziwi profesjonaliści. Muzyka Leash Eye łączy ze sobą mocne gitarowe brzmienie, świetnie zmiksowaną sekcję rytmiczną i genialny wokal bez cienia polskiego akcentu w anglojęzycznych tekstach, a wszystko dopełniają ostro brzmiące organy Hammonda, które nadają całej płycie wspaniałej harmonii. 

Ze wszystkich utworów na płycie warto wyróżnić przede wszystkim piosenki …Of the Night czy Electric Suns z magicznym syntezatorowym outro, stanowiącym świetną odskocznię od mocnego gitarowego grania. Ciekawą pozycją jest także Where The Grass is Green…, który w bogatej warstwie lirycznej składa hołd zespołowi Guns N’ Roses. 

Nie każdemu mogą się podobać stylistyka okładki i warstwa liryczna, charakterystyczna dla Leash Eye, ale stanowią one kolejne nawiązania do najlepszych lat rock and rolla. Jedno jest pewne – gdyby cofnąć Leash Eye w czasie o 40 czy 50 lat do USA, to mieliby szansę na wielką karierę. Busy Nights Hazy Days to świetna pozycja dla fanów mocnego rocka lat 70. i 80., którzy chcą poczuć atmosferę tamtych lat.

Autor: Grzesiek Nastula

 

Eric Haugen ౼ Bundle Up

Eric Haugen | Bundle Up - Eric Haugen Guitar

O Bundle Up Erica Haugena mało kto słyszał. To zupełnie niszowy album, mało znanego gitarzysty i wokalisty z Karoliny Północnej, o zupełnie znikomym zainteresowaniu, nieprzekraczającym 320 słuchaczy w miesiącu na Spotify. A jednak warto wybrać się na przejażdżkę amerykańską autostradą z magistrem muzyki z Berklee College of Music.

Debiutancki krążek amerykańskiego artysty łączy w sobie kilka elementów anglosaskiej muzyki rockowej. Są rozpływające się riffy jak u The Police, połączone z mocnymi bębnami. Klimat skąpanej w deszczu autostrady tworzą wybrzmiewające pojedynczym dźwiękiem struny gitary oraz żywe progresje akordów. Nie mogło zabraknąć rytmicznego, powolnego utworu i beatlesowskich sampli z powiewem wiatru, śpiewem ptaków, chórkami. Są też wesołe piosenki o chwilach szczęścia – czuć lekką inspirację grupami softrockowymi, takimi jak America. Często współgrają gitary elektryczne, akustyczne, slide, fortepian, harmonijka – jest po amerykańsku!

Bywa też mrocznie, prawie jak u Neila Younga, Nicka Cave’a i Floydów. Najciekawszy na płycie utwór, Lil Inferno, to porządne gitarowe granie, z lekkim zabarwieniem psychodelicznym i nutą folku (czy nawet country rocka), z silnie zaznaczonym punktem kulminacyjnym i mocnym finalnym akordem. W ten sposób Haugen świadomie kreuje własny muzyczny świat – zdecydowanie warto się z nim zapoznać.

Autor: Franciszek Pokora

 

Marina Herlop Pripyat

Pripyat | Marina Herlop

Pripyat, trzeci album w dorobku katalońskiej kompozytorki i pianistki Mariny Herlop, stanowi znaczne odejście od tworzonych przez nią w przeszłości kompozycji, opierających się głównie na jej głosie i pianinie. Fakt, że jest to pierwszy album wyprodukowany przez nią w całości przy wykorzystaniu komputerowych narzędzi, w finalnym rozrachunku pozwolił jej zbliżyć się do szczytów własnego kreatywnego potencjału.

Pierwsze elektroniczne akcenty w twórczości Mariny widoczne są już na jej poprzednim albumie – Babasha. Są jednak bardzo oszczędne i ograniczają się jedynie do pojawiających się miejscami prostych syntezatorowych melodii. Na Pripyat jest wręcz przeciwnie. Cały album opiera się na glitchowych elementach, konstruowanych poprzez eksperymenty z pociętymi wokalami i instrumentami. Dekonstrukcja i ponowne składanie dźwięków wydają się przychodzić autorce z niesamowitą łatwością. Dzięki temu uzupełnione o śmiałe zabiegi produkcyjne instrumentale sprawiają wrażenie nieprzewidywalnych i nieuchwytnych. 

Charakterystyczne dla artystki posługiwanie się niemającymi znaczenia sylabami i wokalizami sprawiają, że jej głos przemienia się w dodatkowy instrument. Dzięki swojej wielowarstwowej strukturze pozwala on na całkowite wsiąknięcie w estetykę rytuałów wyprawianych w folkowym świecie przyszłości. W świecie, w którym muzyka stanowi niezależny twór, łudząco podobny do pojawiającego się na okładce ślimakopodobnego stworzenia.

Autor: Mateusz Pastor

 

Björk Fossora

Fossora - Wikipedia

Björk powróciła z nowym albumem Fossora po długiej nieobecności. Ostatnią płytę wydała w 2017 r. W życiu artystki od tego czasu wydarzyło się wiele niespodziewanych sytuacji, które wywarły na nią wyraźny wpływ. Wśród nich były sprawy rodzinne, tj. nagła śmierć matki artystki w 2018 r. oraz wyprowadzka córki z rodzinnego domu. Kolejnym zdarzeniem była pandemia, która sprawiła, że Björk miała dużo czasu do tworzenia nowego materiału. Dużymi inspiracjami dla islandzkiej piosenkarki były natura oraz świat grzybów. Widać to w towarzyszących płycie teledyskach. Artystka kojarzy te organizmy ze światem podziemnym oraz z przetrwaniem i nadzieją, ponieważ grzyby mogą odrodzić się w każdych warunkach. Twierdzi, że są one dla niej wręcz poetyckie.

Nowy krążek Björk nie jest zaskakujący. Materiał bardzo przypomina poprzednie albumy, nie tylko dźwiękiem, ale również tekstem. Mimo to Fossora wydaje się być bardziej innowacyjna. Można w niej dostrzec inspiracje takimi gatunkami jak gabber, industrial czy folk. Twórczość piosenkarki jak zwykle wypełniona jest dźwięcznością, melodycznymi instrumentami oraz przede wszystkim jej głosem, który sam w sobie bardzo przypomina instrument oraz za niego służy. Najbardziej reprezentatywnym utworem dla nowego albumu jest Ancestress, będący swego rodzaju hołdem dla matki Björk. Należy również wspomnieć, że można w nim usłyszeć głos jej syna. 

Fossora nie jest albumem, który mógłby zostać puszczony w radiu. Jest to muzyka zbyt abstrakcyjna i eksperymentalna, żeby znaleźć się w czołówkach list przebojów. Jak zwykle Björk starała się przekazać słuchaczom swoje emocje oraz zaprezentować osobiste podejście do muzyki. Chociaż najnowszy album islandzkiej wokalistki nie musi spodobać się każdemu, to jej fani powinni być zachwyceni powrotem idolki.

Autorka: Karolina Chalczyńska

 

Ania Leon Łezki

Ania Leon debiutuje płytą „Łezki” - Rytmy.pl

Debiutancki album Ani Leon Łezki to zdecydowanie jedna z ciekawszych pozycji muzycznych minionego roku. Polskie podejście do dark popu, które serwuje nam Ania, jest dosyć mroczne, ale niepozbawione przy tym melodyjności. Najlepszym odniesieniem może być kultowy już taniec Wednesday Addams z nowej odsłony Rodziny Addamsów.

Jednocześnie mamy tu do czynienia z zarówno ciemnym, hipnotycznym zjawiskiem, jak i z chwytliwością oraz nawiązaniami do muzyki popularnej w najlepszym możliwym wydaniu. Dużą zaletą krążka są również teksty Ani, które pozwalają słuchaczowi wczuć się w przeżywane przez wokalistkę historie. Szczególnie dobre wrażenie robi tytułowy kawałek Łezki, który serwuje duży ładunek emocjonalny i opatrzony został interesującym teledyskiem – nieco niepokojącym, a przez to dosyć nietypowym jak na warunki polskiego rynku. Na płycie pojawiają się również utwory w języku angielskim, interesująco kontynuujące stylistykę wokalistki.

Łezki to album spójny, nieprzesadzony i utrzymany w minimalistycznej formie w kwestii aranżacji piosenek. Pozycja warta przesłuchania, szczególnie w nadchodzące zimowe wieczory.

Autorka: Gabriela Milczarek

 

The Smile ౼ A Light for Attracting Attention

The Smile - A Light For Attracting Attention - Nowamuzyka.pl

Uśmiech, ale nie taki jak przy hahaha; bardziej jak uśmiech człowieka, który codziennie kłamie Ci prosto w twarz. Tak Thom Yorke skwitował nazwę nowego zespołu, założonego razem z kolegą z Radiohead – Jonnym Greenwoodem oraz Tomem Skinnerem, perkusistą jazzowego Sons of Kemet. Ich debiut idealnie wpisuje się w ten cytat – z cynicznym uśmiechem snuje przygnębiające obserwacje na temat współczesnego świata. Ale to temat dobrze znany już z wcześniejszej twórczości Yorke’a. Czy jest tu zatem jakieś światło (nawiązując do tytułu), mogące przyciągnąć uwagę słuchacza? Zdecydowanie tak.

Album przedstawia paletę różnorodnych dźwięków, a mimo to znajduje sposób, by powiązać je wszystkie w spójną całość. Postpunkowy You Will Never Work in Television Again przesycony jest chaotyczną energią, The Smoke hipnotyzuje fantastycznym basem, z kolei Thin Thing zaskakuje z każdym kolejnym dźwiękiem, rozwijając się w niezwykłą, psychodeliczną podróż.

Wspomniane utwory pokazują, jak esencjonalny dla tego albumu jest Tom Skinner. Jego zachwycająca gra na perkusji w wielu miejscach stanowi wręcz główną oś, wokół której koncepcyjnie obracają się utwory. Nie wypada oczywiście zapomnieć o fenomenalnych wokalach Yorke’a – i to nie tylko charakterystycznej dla niego melancholii, lecz także pełnych sarkazmu, urywkowych wersach You Will Never Work in Television Again. Po tylu latach na scenie Thom wciąż potrafi zaskoczyć.

Ambitny, różnorodny i dziwaczny A Light for Attracting Attention pokazał, na co wciąż stać panów z Radiohead.

Autor: Kuba Stachera

 

Beyoncé Renaissance

Renaissance (Beyoncé album) - Wikipedia

Renaissance to siódmy solowy album Beyoncé. Po sześciu latach od wydanego w 2016 r. Lemonade artystka wraca z bardzo tanecznymi i klubowymi brzmieniami. Płyta bardzo szybko zyskała popularność, a wydawnictwa takie jak Pitchfork, Rolling Stone, The New York Times, The Los Angeles Times i NPR uznały Renaissance za album roku.

Beyoncé tworzyła krążek podczas pandemii i jest on apelem do słuchaczy, aby – zamknięci wcześniej w swoich czterech ścianach – w końcu wyszli z domu i zwyczajnie… potańczyli. Trudno jest mówić o jednym gatunku, w którym utrzymana miałaby być płyta i to chyba czyni ją tak wyjątkowym. Samo źródło inspiracji dla stylu to black dance, jednak usłyszymy tam elementy z house’u, hip-hopu, soulu, dancehallu czy techno, a to i tak tylko jedne z wielu przykładów. Każdy utwór jest inny. Mimo tego, odpowiednie przejścia między kolejnymi pozycjami tworzą pewną zgraną jedność. Dzięki temu albumu słucha się jak opowiadanej historii, mniej jak oddzielnych, pojedynczych piosenek. Renaissance to również ukłon w kierunku marginalizowanej queerowej społeczności afroamerykańskiej, która dzięki tej muzyce może dać upust swojej ekspresji artystycznej w klubowym środowisku. Wiele utworów z krążka stricte nawiązuje do sceny ballroomowej, tak jak chociażby PURE/HONEY, w którym usłyszymy typowe dla tej sceny brzmienia oraz skandowane hasła.

Osobiście uważam, że dawno nie wydano na rynek tak dobrego tanecznego krążka. Tej muzyki się po prostu dobrze słucha, jest pozytywna i chce się do niej tańczyć całą noc.

Autor: Krzysztof Zybura

 

SZA SOS

SZA shares S.O.S. album art | The FADER

Wokalistka i autorka tekstów SZA swoim drugim studyjnym albumem udowodniła, że nie można jej po prostu zaszufladkować jako artystkę R&B. Album SOS to historia o dorastaniu kobiety na tle rozczarowania miłością. Dobrze odzwierciedla to znajdujący się na nim utwór Gone Girl. Występują w nim wersy takie jak Trying to find deeper meaning in nonsense. Trying to grow without hating the process, gdzie widać wewnętrzną walkę artystki podczas opuszczania partnera.  

Do tworzenia albumu zaproszono Phoebe Bridgers, a efektem ich współpracy jest piosenka Ghost in the Machine. W jej refrenie pada słodko-gorzkie pytanie: Can you distract me from all the disaster?. Artystka porusza temat kwestionowania swojej wartości po rozstaniu w piosenkach takich jak Special lub Fair. Na koniec zaś w duecie Open Arms z Travisem Scottem pozwala swojemu partnerowi odejść: I gotta let you go, I must. You’re the only one that’s holdin’ me down. Raper występuje również w ad-libach w utworze Low, który posiada żywy, hip-hopowy bit.  

Cała produkcja albumu jest bardzo spójna, mimo że jest on inspirowany wieloma gatunkami muzycznymi. W trakcie jego słuchania możemy usłyszeć nadawanie sygnału SOS, jak również fale morskie, które w piękny sposób przenikają się z okładką płyty. SZA siedzi na skraju skoczni do wody, na tle oceanu. Ta fotografia ma nawiązywać do zdjęć robionych przez paparazzi księżnej Dianie z 1997 roku. Księżna wypoczywała wtedy na wakacjach po długim i trudnym rozwodzie z księciem, a obecnie królem Karolem. Czuła się wolna od toksycznej relacji, a zarazem odczuwała tęsknotę do uczucia, które wcześniej przeżywała tak mocno. Właśnie taki moment przejściowy w swoim życiu przedstawiła SZA na SOS i z tego, jak i wielu innych powodów warto po niego sięgnąć. 

Autorka: Diana Cukrowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *