AFF | Taurus – recenzja

Twórczość Tima Suttona śledzę od lat. Ten, debiutujący w 2012 r. filmem Pavilion, reżyser za każdym razem utwierdza mnie w przekonaniu, iż jest on jednym z najważniejszych głosów amerykańskiej sceny niezależnej. A i tak, pomimo wielu powrotów do jego produkcji i dyskusji nad każdym jego kolejnym dziełem trudno mi zacząć pisanie wstępu do tego tekstu. Sutton jest radykałem formalnym: nieprzystępnym, lirycznym i zatopionym w morzu niedopowiedzeń. Wyjdźmy więc od podstaw: Taurus to triumf reżyserski i wspaniały obraz. Kolejny unikalny wpis do jego filmografii. Zapraszam na podróż do piekła, po którym oprowadzi nas sam raper Machine Gun Kelly.

Tekst: Rafał Michalski

Jeśli szukać definicji kina Suttona, skierowałbym swoją uwagę ku samemu początkowi Funny Face scenie, w której młody mężczyzna stoi na dachu opuszczonego budynku. Nad nieboskłonem króluje zachodzące słońce, on przemierza wzrokiem niszczejącą okolicę zapomnianej prowincji Nowego Jorku. Kulminacją sceny jest zaś zesłanie z przestworzy maski symbolizującej narodziny nowego pokolenia buntowników. 

Suttona można nazwać filmowym kartografem. Pavilion, Memphis, Dark Night czy wspomniany wyżej Funny Face to filmy o nieokrzesanej potędze miasta. Panorama żyjącego środowiska: siatka ogrodzeń łączących ze sobą setki budynków, wiecznie gwarne ulice; wszechobecnie ogarniający dźwięk syren i pociągów. Człowiek jest tu tylko drobnym elementem, będącym na usługach wieżowców i pomników późnego kapitalizmu. Kino Suttona to historie o tym, jak środowisko kreuje jednostki. W Funny Face wyobcowani we własnych domach bezcelowo przemierzają ulice miasta, szukając w nim jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Buntownicy zdający sobie sprawę z nieuchronności apokalipsy świata, który ich wychował. W Memphis zaś artysta w kryzysie twórczym szuka inspiracji w tych dźwiękach, które jest jeszcze w stanie usłyszeć.

Taurus wydaje się swoistą woltą w opracowanej przez reżysera formie. Bohaterem jest tu Cole, wybitnie popularna gwiazda muzyczna, wiecznie obecny w mediach społecznościowych raper znany jako Machine Gun Kelly. Ścigany przez fanów i dziennikarzy, jedyne schronienie znajdujący w wynajmowanym luksusowym budynku na wzgórzach Hollywood. Uzależnienie od wszelkich substancji, dobijająca samotność i nieumiejętność wypracowania normalnej relacji z młodą córką (wychowywaną, przez większość swego życia, przez byłą żonę Cole’a). Sutton prowadzi widza do wszechświata upadłego celebrytyzmu. Do krainy menadżerów układających życie swym klientom i poczucia ciągłej obserwacji i oceny. Trwałe przebodźcowanie: euforia, miłość, hejt, krytyka, smutek.

Pierwszym interesującym wyborem artystycznym Suttona było zepchnięcie muzyki naszego bohatera do roli duchowego wręcz narzędzia. Śpiew, gitara, chór ich dźwięki słyszymy jedynie w precyzyjnie określonych momentach: inspiracji, wyciszenia czy artystycznego objawienia. Muzyka jest nieodłącznie związana z jej wykonawcą. Subtelny sposób zakomunikowania widzowi, jaki temat jest w tej historii najważniejszy. Nawet nie proces twórczy – a pytanie: na ile twórczość jest wypełnieniem odczuwanej przez artystę pustki. I co by się stało, gdyby ten personalny charakter jej odebrać.

żródło: materiały prasowe

Dyktatura kamer 

O Marilyn Monroe przyjęło się w ówczesnej prasie pisać jako o bogini. Dziś aktorzy czy piosenkarze mają status wręcz kuratorów opinii. Dla wielu, ich antyszczepionkowe komentarze równe były opinii ekspertów, a spory sądowe między aktorami rosną do rangi wydarzenia kulturalnego i społecznego o którym każdy musi mieć wszakże opinie. Współczesny celebrytyzm, i tu pojawia się realna dyskusja, to wynik braku autorytetów we współczesnej zabieganej rzeczywistości?


Sutton uważa nieco inaczej. Współczesne społeczeństwo jest w stanie rozkładu. Sprawczość ludzka ogranicza się do uczestnictwa w cyklu, a najpotężniejszą siłą staje się (abstrakcyjnie) ujmowane fatum. Nawet religia stała się tutaj rytuałem bliżej przypominającym transakcję. W Funny Face jest nim pieniądz. W Dark Night figura zamachowca (skądinąd, obecna i w najnowszym obrazie). Taurus to epilog dotychczasowej filmografii reżysera. Cole nie ma czegokolwiek nad sobą. 

Saulowi z Funny Face groziła bezdomność. Bohaterowie Memphis poszukiwali miejsca wśród ludzi. Cole mieszka dosłownie w chmurach. Miasto jest mu u stóp. Próbuje się chwycić czegoś trwalszego. Relacji z człowiekiem. Narkotyków. Imprezy.
Tu ujawnia się najgłębsza ironia Suttona nawet Cole, człowiek mający wszystko, na sam koniec poddaje się tembru miasta. Kładzie się na ulicy, mijają go kolejne rozpędzone samochody. Igra ze śmiercią, czując, iż jest nieśmiertelny tam na dole. Ale wraca do niego. Uruchamia kolejną transmisję na żywo, wiedząc, że i tak spotka się z falą krytyki i obraźliwych komentarzy. 

Machine Gun Kelly jest w tej roli doskonały, rozumie intencje Suttona: Cole nie jest człowiekiem. To posąg. Oderwany od rzeczywistości byt. I kolejny stały element uniwersum tego reżysera: ludzie jako duchy, odbijające się od budynków i murów. W trakcie mojego seansu wiele dialogów i sekwencji filmu spotkało się z głośnymi śmiechami i żartami. Zarzutami o zbytnią przesadę, pretensję. Każdy scenariuszowy moment jest jednak świadomie zaprojektowany: Taurus to spektakl. Widz śmieje się z uduchowionych monologów Cole’a, z jego oderwanego od rzeczywistości zachowania. Mimo że, podskórnie, to bardzo mroczny portret złamanego człowieka. Gdy nosi on w kieszeni kryształ, w którym ukryte są wszystkie jego pozytywne emocje, wprost przyznaje się do kruchości własnego ducha. Nie jest to żart, a publiczność odbiera go śmiechem. Chcemy oglądać upadek celebrytów widowisko dające nam wiarę, że i bogatych może spotkać przykrość. Że oni też mogą upaść, tak jak my upadamy.


Cole mówi w filmie: bycie gwiazdą to jak zostanie złożonym w ofierze. Taurus jest pretensjonalny, ponieważ główny bohater jest taki. A musi się tak zachowywać, ponieważ tego od niego oczekujemy by się wyróżniał. Został złożony na ołtarzu społeczeństwa, które raz za razem potrzebuje mitu o szansie na karierę, a potem o zderzeniu z realiami rzeczywistości. Miasto jest sądem ostatecznym, który zadecyduje, czy będziesz dziś znanym i lubianym, czy ludzie o tobie zapomną. I tragedią XXI w. jest to, że nie ma alternatywy. Internet i globalizacja dały szansę na wielką integrację; odebrały jednak satysfakcję z osobistego celu. Wszyscy widoczni i oceniani. Jedynie różni się liczebność widowni.