AFF | Wieloryb – recenzja

Przez zasłonięte ciasno żaluzjami okna wlewające się cienkie promienie światła. W mętnie oświetlonym pokoju unosi się duchota, woń potu i zapach powoli gnijących resztek jedzenia. Przesiąknięte tłuszczem pudełka na pizzy i wszechobecne papierki po słodyczach walają się po kleistej podłodze. Znajdujące się na pierwszym piętrze przydrożnego budynku mieszkanie przypomina kajutę zagubionego podczas sztormu okrętu. Kamera dokładnie przemierza każdy zakątek pomieszczeń, by pokazać każdy nawet najbardziej wstydliwy ich szczegół. Nagle słyszymy brany z trudem oddech i powolne trzęsące podłogą kroki. Jedyny mieszkaniec, tytułowy Wieloryb, z trudem przemierza korytarz tego odciętego od świata miejsca. Wieloryb, który jest jednym z najczulszych i najmilszych ludzi na świecie.

Tekst: Ignacy Michalak

Czy dobro musi być piękne? Jeśli tak, to Charlie nie jest dobry, wielu nazwałoby go odrażającą kreaturą. Czy dobro musi być bezbłędne? Charlie w swoim życiu popełnił wiele błędów, których konsekwencje dręczą go do dzisiaj. Tym, co czyni uwięzionego w swoim trzystukilogramowym ciele nauczyciela akademickiego dobrym, jest jego człowieczeństwo. To, że każdego ranka wystawia do lokalnych ptaków talerz z dokładnie pokrojonym na małe kawałeczki jabłkiem. To, że mimo swojej ciężkiej depresji wręcz naiwnie wierzy w szczęście innych ludzi. Jego zamiłowanie do sztuki i poezji, do emocjonalnej wrażliwości, do umiejętności wyrażania samego siebie, którą próbuje nauczyć swoich studentów. 

Ale traumatyczna przeszłość, samotność i narastające poczucie życiowej klęski powoli pożerają jego duszę. Napędzane nałogowym jedzeniem pogarszające się zdrowie z każdym dniem coraz szybciej zbliża go do nieuniknionej śmierci. Czas na uratowanie jego życia dawno już minął. Jednak niespodziewane odwiedziny porzuconej w wieku ośmiu lat córki, rozbudza w Charliem nadzieje o walkę.  Jeśli nie o ciało, to o odkupienie udręczonej duszy. Początkowe wyrzucanie głęboko skrytych żali i uczuć z czasem przeradza się w rodzinną terapię pozwalającą im na nowo odkryć trudną miłość.

źródło: materiały prasowe

Kreacja Brendana Frasera to jedno z najszczerszych wystąpień, jakie dano nam zobaczyć w ostatnich latach. Zamknięty w ważącej kilkadziesiąt kilogramów, hiperrealistycznej charakteryzacji aktor wydaje się przekraczać granicę między nim samym a graną postacią. Bez wątpienia była to dla niego rola w pewien sposób terapeutyczna, pozwalająca mu wyzbyć się swojego wewnętrznego bólu. Fraser nie gra jednak samą monumentalną obecnością, a przede wszystkim wyrazistą ekspresją i mimiką. Pełne fizycznej męki grymasy, powolne, brane z trudem oddechy i spływające krople potu wiarygodnie oddają cierpienie bohatera, przyszywając nasze serce.

Aronofsky ujmuje reżyserską wrażliwością. Ścieżka dźwiękowa bezbłędnie współgra z historią, by wyciągnąć, z poruszających już do łez scen, jeszcze więcej emocji. Choć reżyser momentami ucieka się do fabularnych klisz, wplata je w fabułę w taki sposób, by stworzyć z nimi niezapomniane widowisko. O dziwo, mimo czułej i ludzkiej historii, nie zapomina o, widocznej między innymi w Mother! czy Noem, fascynacji religią. Film przepełniony jest symbolizmem. Sam Charlie przypomina postać biblijnego Jonasza, który pożarty przez wielką rybę, spędził trzy dni w samotności, a jego droga ku zbawieniu własnej duszy ma na swój sposób mesjanistyczny charakter.

Jednak mimo tego symbolizmu, Wieloryb u podstaw jest wspaniałą, dogłębnie poruszającą lekcją wrażliwości i manifestem triumfu ideału duszy nad krępującą fizycznością śmiertelności.