AFF | Aftersun – recenzja

Nikt nie wie, jak być dobrym rodzicem. Nikt też nie wie, jak być dobrym dzieckiem. Można próbować, starać się i wyznaczać własne ścieżki dla zachowania zdrowej relacji, ale nie ma w tym prawdy obiektywnej. Jak różni są ludzie, tak różne są uczucia i charaktery. Ale trzeba próbować, jeżeli faktycznie kocha się swoich bliskich i chce się dla nich jak najlepiej. Myśl ta przewodzi w Aftersun – tegorocznym pełnometrażowym debiucie Charlotte Wells prosto z Cannes.

Tekst: Igor Osiński

Wells postarała się, by film przypominał niezwykle sentymentalną pocztówkę z wakacji. Dorosła Sophie (w jej roli Celia Rowlson-Hall) zanurza się we wspomnieniach, by móc – teraz dorosłym okiem – spojrzeć na swojego ojca, Caluma sprzed 20 lat, podczas ich wyjazdu do tureckiego kurortu. Ojca, który zdawał się nie budować swojej relacji z córką na zasadzie hierarchii w rodzinie, a być dla niej dobrym kumplem i przy okazji autorytetem. Chcąc przerwać generacyjną traumę, postać odgrywana przez Paula Mescala zrywa z metodami swoich rodziców, przy okazji często nie wiedząc za bardzo, jak ma to robić. Z ekranu wychodzi szczerość, a z Caluma determinacja, by mógł powiedzieć sobie na starość – byłem dobrym ojcem, wychowałem dobrego człowieka.

Jako że jest to występ dwóch aktorów, trzeba wspomnieć o małej Sophie (w jej roli wtedy dziesięcioletnia Frankie Corio). Nie jest ona napisana jak nieznośna miniatura przemądrzałego dorosłego, która dominuje w filmach, gdzie ważne role grają dzieci. Zamiast tego jest przemądrzałą dziewczynką wchodzącą w okres dojrzewania. W hermetycznym, kurortowym środowisku, zaczyna bardzo powoli zderzać się z dorosłością przez kontakt z nastoletnimi rodakami. Wydaje się coraz bardziej rozumieć otaczającą ją rzeczywistość i jej ojca – co ważne, zaczyna dostrzegać w nim po prostu drugiego człowieka – zupełnie jak chciał Calum, a nie półboga.

źródło: materiały prasowe

Przez film przewija się motyw dorosłej Sophie w klubie, której zdaje się, że obok tańczy jej ojciec, jakiego zapamiętała w Turcji. Nie wiadomo, czy dalej żyje, czy mają kontakt – liczy się tylko ten krótki okres w ich życiu, podczas którego skupili się na sobie nawzajem. Jedno wspomnienie niespodziewanie uderza w przedziwnym momencie, co skutkuje bijącym wręcz z ekranu uczuciem nostalgii za czymś nieprzeżytym. 

Chemia między postaciami jest na zaskakującym wręcz poziomie. Podobnie mają się umiejętności obu aktorów (przypomnijmy – Frankie Corio podczas kręcenia miała dziesięć lat!). Autentyczność postaci zgrywa się ze swobodnym scenariuszem, napisanym z dbałością o szczegóły, które niby są jak dodatki do głównej osi fabularnej, ale bardzo dodają głębi. Wszystko zaserwowane w lekkim anturażu wakacyjnej sielanki, gdzie za kulisami schowane są emocje. 

Sztuką jest stworzyć relatywnie krótką historię potrafiącą tak chwycić za serce i duszę. Jeden z lepszych filmów tegorocznego festiwalu w Cannes.