300 na godzinę po ulicach Monako

Ściganie się po krętych i wąskich uliczkach gęsto zabudowanego Księstwa ściśniętego między morzem a górami to bez wątpienia karkołomny pomysł.

Tekst: Tomasz Dwojak

Każdy z zakrętów na trasie wyścigu w Monako kryje jakąś historię, a dzięki poznaniu genezy ich nazw można dowiedzieć się wielu ciekawostek. Tak jest już z pierwszym – Saint Devote. Jego nazwa pochodzi od pobliskiej kaplicy poświęconej św. Dewocie, patronce Księstwa. Ta XI-wieczna kaplica jest miejscem, gdzie tradycyjnie księżna Monako zostawia swój bukiet po ceremonii ślubnej. Dalej podążamy wijącym się ku górze odcinkiem Beau Rivage (pol. piękny brzeg), z którego rozpościera się widok na port i wzgórze Le Rocher. Następnie kierowcy mijają operę i słynne kasyno Monte Carlo. Potem trasa podąża w dół, w stronę wieżowca La Mirabeau, który dał nazwę zakrętom Mirabeau Haute (górny) oraz Mirabeau Bas (dolny). Zakręty te przedziela chyba najbardziej rozpoznawalny fragment toru, serpentynowy wiraż o kącie ok. 180 stopni, dodatkowo sukcesywnie obniżający się ku poziomowi morza. To najwolniejszy odcinek nie tylko na nitce w Monako lecz także w całym kalendarzu Formuły 1. Następnie kierowcy przejeżdżają długi tunel. Jest to z kolei najszybszy fragment toru, a kierowcy osiągają tam prędkość ok. 300 km/h. Po wyjeździe z tunelu zawodnicy podążają wzdłuż monakijskiego portu, który na czas Grand Prix zapełnia się jachtami. Trasa następnie zakręca wokół baru La Rascasse i powraca na prostą startową.

Jako, że tor w Monako jest torem ulicznym to trasę wyścigu można na co dzień pokonać pieszo bez żadnego problemu. Namalowane na jezdni pola startowe, swoją obecnością wyraźnie ignorujące znaki drogowe, można dostrzec także poza wyścigowymi weekendami. Również niektóre krawężniki, np. przy zakrętach Mirabeau, dostosowane są do zawodów poprzez specjalny profilowany kształt. Pomalowane są także w charakterystyczny wyścigowy biało-czerwony wzór.

 

Typowym obrazkiem dla wyścigów w Monako jest widok kibiców oglądających zawody z balkonów apartamentów czy z jachtów zacumowanych w przylegającym do trasy porcie. Po zakończeniu wyścigu tor jest otwierany, a w pobliskich lokalach i oczywiście jachtach odbywają się huczne imprezy, gdzie można spotkać kierowców czy celebrytów. Niektórzy nie czekają nawet do końca wyścigu. Na przykład Kimi Räikkönen w czasie Grand Prix w 2006 r. Po awarii, przez którą musiał się wycofać z zawodów, zamiast do garażu zespołu udał się pieszo na swój jacht zacumowany w monakijskim porcie, gdzie spędził resztę wyścigu siedząc w jacuzzi i popijając piwo.

Räikkönen nie był jedynym kierowcą, który skończył zawody w wodzie. Innym słynnym monakijskim pływakiem okazał się Alberto Ascari. Włoski kierowca w czasie wyścigu w 1955 r. przestrzelił zupełnie szykanę i wjechał wprost do morza. Skończyło się na szczęście jedynie na złamanym nosie.

 

I mimo, że trudno nie przyznać racji Nelsonowi Piquetowi, trzykrotnemu mistrzowi świata F1, który ściganie po torze w Monako porównał do jazdy rowerem po salonie, to nie sposób odmówić wyścigowi uroku. Niewiele jest wydarzeń sportowych cieszących się taką estymą jak Grand Prix Monako.