Arcade Fire – We

Recenzja albumu We nagranego przez Arcade Fire wydanego przez Columbia Records.

Tekst: Michał Wrzosek

Zaczęło się od spojrzenia na okładkę – zdjęcie barwnej tęczówki oka. Pomyślałem: oho, będzie coś o byciu człowiekiem i społeczeństwie, i w zasadzie się nie pomyliłem. Arcade Fire na WE podejmuje tematy zarówno aktualne, jak i uniwersalne. Album zaczyna się od taplania się w beznadziei bardzo intensywnych współczesnych czasów oraz jeszcze gorszej przyszłości. Następnie zanurzamy się w czarnej dziurze, aby na koniec odnaleźć w myślach wokalisty i autora tekstów Wina Butlera jego ośmioletniego syna, wraz z którym pojawiają się promyki metaforycznego światła i nadająca sens, bezinteresowna miłość. Ba, Kanadyjczyk pod koniec albumu pyta: gdy wszystko się skończy, zrobimy to jeszcze raz? Choć ogólna tematyka jest mniej więcej tak oryginalna, jak symbol z okładki, zespół bardzo sensownie do niej podszedł i satysfakcjonująco ją wyegzekwował.

Warstwa muzyczna utworów skacze pomiędzy elektroniką i indie rockiem, w obu przypadkach jest z reguły bogato i okazale zaaranżowana. Gdybym pisał tę recenzję po angielsku, użyłbym słowa grand. Dla Arcade Fire to zresztą standard. Otwierający płytę z okiem utwór Age of Anxiety I rozpoczyna się od – niespodzianka – dźwięku bicia serca. Następnie wchodzi riff zagrany na pianinie, prowadzący ubraną w głównie elektroniczne szaty piosenkę w ciekawszym kierunku. Albumu słucha się dobrze. Kompozycje są przyjemne, przemyślane, niektóre mogę uznać nawet za chwytliwe czy ciekawe. Na End of the Empire Kanadyjczycy porywają się lekko na prog rock, a na Unconditional II pojawia się pasujący zarówno do tematyki, jak i do brzmienia Peter Gabriel.

Zdecydowanie wolę mówić o pozytywach niż negatywach, niestety muszę poruszyć również i tę drugą kategorię. Największą wadą albumu jest to, że… nie ma zakończenia. To znaczy, oczywiście kończy się w bardzo konkretnym miejscu. Przy pierwszym przesłuchaniu, gdy skończył się ostatni na płycie utwór WE, dobrych kilkanaście sekund czekałem na kolejną piosenkę. Nie jest to zła kompozycja, niemniej nie sprawdza się jako finisz, jest na niego zbyt niemrawa. Poza tym, bardzo kłóciłem się w myślach, czy tematyka i styl muzyczny albumu są bardziej ważne, mądre i eleganckie oraz ładne, czy raczej sztampowe i powtarzalne, również w kontekście całokształtu twórczości Arcade Fire. Pozostawię to do indywidualnej oceny czytelników. Choć nie spodziewam się ujrzeć WE w zestawieniach najlepszych albumów roku czy na szczycie rankingów dyskografii zespołu, uważam go za wydawnictwo warte przynajmniej jednego odsłuchu.

Ocena: 7/10