O stolicy Polaków w Hiszpanii

Nie istnieje oficjalny ranking najtrudniejszych języków świata. W tych subiektywnych polski nierzadko znajduje się w czołówce, dumnie wyprzedzając pozostałe języki europejskie. Właśnie dlatego, według miejskiej legendy, Katalończycy nazywani są (podobno pejoratywnie) Polakami: nacje tak samo niezrozumiałe i tak samo nierozumiane. W Barcelonie można więc nie tylko zjeść pierogi pod Sagradą Familią, ale też złapać taksówkę katalońskiej firmy “Żolty” nazwaną tak od jej charakterystycznego koloru.

Tekst: Anna Halewska

Nie warto jednak wydawać pieniędzy na taksówkę, bo wystarczy znaleźć się na Placu Katalońskim, a już można mieć wrażenie, że tłum turystów zaniesie nas we wszystkie warte zobaczenia najpopularniejsze atrakcje. Dokładnie z miejsca, gdzie jeszcze w lutym były organizowane mało liczne protesty przeciwko wojnie przeplatane głośnym karnawałem, aż na najdroższą ulicę miasta, Passeig de Gràcia. To tam Antoni Gaudí wybudował najpopularniejsze ze swoich secesyjnych rezydencji, Casa Milà oraz Casa Batlló. Ulica już wcześniej była popularna, ale dopiero lata po wybudowaniu tych właśnie domów można było zacząć zbierać opłaty w wysokości 50 euro tylko za zajrzenie do środka. Lub w zasadzie wyjrzenie z nich na zewnątrz, bo przecież czy jakakolwiek podróż do Barcelony może być kompletna bez zdjęcia na kolorowym kafelkowym dachu? 

Podobną sumę zostawić trzeba w najpopularniejszym kościele miasta, ale tam nazywana jest ofiarą. Odkąd budowla zaczęła powstawać 140 lat temu (znamienne staje się porównywanie Katalończyków do naszego narodu), każda cegłówka była finansowana z datków wiernych. Kościół ten miał być na wieczność niezależny od wszelkich instytucji i polegać jedynie na łasce. Bo w rzeczywistości opłata za bilet jest całkowicie dobrowolna – miejsce kultu można obejrzeć też z zewnątrz lub pojawić się na międzynarodowej niedzielnej mszy, na którą, jak nigdzie indziej na świecie, chętnych jest zawsze więcej niż miejsc. 

Nie mniej tłumnie jest wśród przyrody: w Parku Güell, ogrodzie zoologicznym czy akwarium. Ponadto w każdy weekend ulice zostają zamknięte, żeby samochody ustąpiły miejsca licznym festiwalom, a mieszkańcy miasta średnio co miesiąc protestują w jakiejś sprawie . Po katalońsku, więc większość obserwujących nie wie do końca, o jaką sprawę toczy się walka, ale okrzyki robią wrażenie. 

W Barcelonie nie znajdziemy ani metra kwadratowego spokojnej przestrzeni i ani chwili ciszy. Ale to chyba nie zaskoczenie: przecież nikt nie umie żyć tak prawdziwie i tak pełnie jak Hiszpanie. Pfu, Katalończycy.