Bunt, tabu i zabójca w masce – czyli o grindhousie, slasherach i ich historycznym tle

Paracinema – termin akademicki wykuty na amerykańskich uniwersytetach w połowie lat 60., oznaczający grupę filmów będących w opozycji do głównego nurtu. Tandetne, kiczowate, oddzielone od kina „poważnego” – artystycznego czy wysokobudżetowego. Głównie klasyfikowano tym terminem horrory, znienawidzone przez krytyków, ale ukochane przez widzów. Były to m.in. Piątek, trzynastego czy Hellraiser – i zaryzykowałbym tezę, że to kino eksploatacji było jednym z najważniejszych wydarzeń powojennego kina.

Tekst: Rafał Michalski

Jadąc ulicami zakorkowanego Manhattanu, mijamy plakaty E.T. i Łowcy Androidów, a w radiu słychać Don’t Stop Believin’. Witamy czytelników w szalonych latach 80.! Ronald Reagan, bez zaskoczeń, wygrywa prezydenturę, a Toronto Blue Jays koncertowo przegrywa mecz za meczem (tym samym wywołując u swoich baseballowych kibiców kompulsywne ataki wyrywania włosów).

Zatrzymujemy się przy 42 ulicy. Naszym oczom ukazuje się tłum młodych ludzi zmierzających do położonego niedaleko obskurnego z zewnątrz budynku. Jeśli przyjrzymy się fasadzie budynku, ujrzymy napis Cinema. Co natomiast znajdziemy w środku kina? Jedną salę, a miejsc siedzących – około dwustu. Fotele swoje lata młodości mają za sobą, a w powietrzu unosi się zapach wszelakich trunków.

 

Grindhouse

Czas na krótki rys historyczny. W latach 30., podczas boomu popularności filmu dźwiękowego, zbudowano w Ameryce rekordową liczbę kin. W znacznej większości były to inicjatywy prywatnych inwestorów. Jednoekranowe, obsługujące lokalną społeczność  prężnie działały aż do końca lat 60. Ta dekada to moment transformacji wielu miast – z jednej strony rozpad przedmieść, klasa średnia i wyższa uciekająca do centrum. Rozwarstwienie ekonomiczne i powstanie swoistych gett. Do tego rosnąca przestępczość i uciekający kolejni przedsiębiorcy. W ten sposób w wielu miastach powstał podział dzielnic na bogatsze i biedniejsze. Kina, dawniej działające w tych drugich, masowo zaczęły upadać, a zaangażowani właściciele nie widzieli dalszego sensu w ich utrzymywaniu. Zaczęli więc odsprzedawać je młodym, którzy na rolę kina patrzyli w zupełnie innych kategoriach. 


Lata 70. i 80. to z kolei próba odbudowy Ameryki po dekadzie kontrkultury. Kolejne konserwatywne władze starały się przywrócić porządek do tego sprzed „upadku społecznego”. Kino też odegrało w tym swoją rolę. Wiadome było, że pewne filmy o pewnych treściach nie mogą doczekać się dystrybucji – kino eksploatacji, slasher, blaxploitation (w skrócie: prezentujące treści erotyczne, a także wyjątkowo brutalne obrazy). I to właśnie w tych opuszczonych kinach, grindhouse (nazwa pochodząca od nowojorskiego pojęcia grind, czyli „zachęcający krzykliwymi obrazami i hasłami”) znalazł swoje miejsce.

W tych miejscach nie liczył się twój wiek, tożsamość seksualna czy kolor skóry. Od lat 60. kina te były otwarte dla wszystkich, dając schronienie dla licznych grup społecznych czy etnicznych.  Bilety były wyjątkowo tanie, nie zakazywano też wnoszenia alkoholu. Tworzyły się małe inkluzywne społeczności, filmowe komuny połączone miłością do kina krańcowego. 

Nożem w młodych

Twórcy filmowi bardzo szybko zauważyli, kto ogląda ich produkcje, więc i historie zaczęli kierować w ich stronę. A że tabu tutaj również nie było, to gromadzone emocje sprzeciwu i buntu mogły znaleźć ujście poprzez ekranową eksploatację.


Najpopularniejszym gatunkiem zrodzonym w grindhouse jest slasher. To inaczej horror, w którym bohaterowie muszą poradzić sobie ze spersonifikowanym zagrożeniem. Przykłady? Michael Myers w Halloween. Jason Voorhees w Piątku, trzynastego. Freddie Krueger w Koszmarze z Ulicy Wiązów. Dziś są to postacie kultowe, ale pamiętajmy o ich kulturowych korzeniach. Każdy z nich uosabia lęk ówczesnego pokolenia, czyli młodych widzów z biedniejszej dzielnicy. 


Przypomnijmy sobie historię Kruegera. Skupiała się ona przede wszystkim na samosądzie społeczności lokalnej i powracającym po latach koszmarze nawiedzającym ich dzieci. Gdy w pierwszym filmie jeden z rodziców mówi: „Nie wymyślaj sobie problemów”, na twarzy wielu oglądających widzów mógł pojawić się nieśmiały uśmiech. Oni też słyszeli, że „młodzież już w latach 60. pokazała, że jest niedojrzała i tylko chciałaby burzyć porządek”.

   
Piątek, trzynastego jest tutaj bodaj najbardziej fascynującym przykładem: ta seria jest rekordowa pod względem slasherowych mordów ludzkich postaci. Ale jeśli przyjrzymy się każdej z nich z osobna, to zobaczymy, że umierają homoseksualiści, osoby z mniejszości, palący marihuanę, i oczywiście ci odbywający przedmałżeński stosunek. Są to przecież wszystkie grupy, które ówczesna konserwatywna władza medialnie potępiała. Akcja Just Say No, w której Nancy Regan przekonywała młodzież, że nie warto brać narkotyków  finalnie skończyła się masowymi aresztowaniami, przepełnionymi prywatnymi więzieniami i penalizacją posiadania jakiejkolwiek nielegalnej substancji. Paradoksalnie doprowadziło to do umocnienia większych przemytników i gangów, którzy mieli monopol na handel narkotykami. Ale władza, w opinii młodych, atakuje tylko ich.

Angielski aktor Doug Bradley jako Pinhead, antagonista z filmu „Hellraiser”, 1987. (fot. Murray Close/Getty Images)

To samo dzieje się w piątej części Piątku trzynastego, w której życie traci kupujący kokainę i diler. Lata 80. to też początek epidemii AIDS. W 1982 roku liczba zgonów wyniosła ponad 850. Rok później, już ponad 2300. Władza i Biały Dom nie reagowali. Mowa tutaj nawet o braku kampanii społecznych uświadamiających o drogach możliwego zakażenia wirusem HIV. Poczucie pozostawienia towarzyszyło całej społeczności LGBTQ+ przez całą dekadę – co swoje odbicie znajduje w kinie eksploatacji. W Piątku, trzynastego każdy pojawiający się homoseksualista umiera (tu warto wrócić do drugiego Koszmaru z ulicy wiązów, który jest jedynym szeroko dystrybuowanym slasherem tego okresu, w którym protagonista nie jest heteroseksualny. Gdy zabójczy Freddie Krueger nawiedza go w koszmarach, staje się symbolem pokoleniowego strachu przed chorobą). Znamienne jest też, że pojawieniu się Jasona Voorheesa zawsze towarzyszy porywisty wiatr, nagła ulewa (i czasem huk grzmotów w oddali) – dokładnie tak, jakby uosabiał w sobie starotestamentowy gniew boży.


A Hellraiser? To seria, w centrum której mamy Pinheada – postać z innego wymiaru, która karmi się torturami i cierpieniami porwanych ludzi. To tutaj pojawia się temat masochizmu, samobójstwa, ale też depresji i poszukiwania jakiegokolwiek szczęścia w życiu. W sposób krwawy i mimo wszystko uproszczony, ale łamiący kolejne ściany tabu. A mamy przecież i Halloween, w którym Myers uosabia agresora seksualnego. 


Zmierzch i odrodzenie

Częsty zarzut ze strony krytyków piszących ówcześnie dla prasy filmowej, dotyczył w tym okresie jednowymiarowych postaci. Jak pisze Peter Normanton w swojej książce The Mammoth Book of Slasher Movies –  dokładnie tak, jak jednowymiarowo patrzono na problemy młodych. I finalnie „Final Girls” –  ostatnie pozostające przy życiu bohaterki, które w finałowym akcie pokonują zagrożenie. Feministyczny trop, jeden z najsilniej zakorzenionych w dzisiejszym kinie.

Kina grindhouse wyparte zostały pod koniec lat 80. przez kasety VHS, a wspólnotowe doświadczenie przeniosło się do prywatnych domów.  Nie zmienia to jednak faktu, że stały się one miejscem do post-kontrkulturowych manifestów, prezentacji kolejnego buntu pokoleniowego, który już w latach 90. odmienił Amerykę. Gdy spojrzymy na slashery tej dekady: Krzyk, Candyman, Koszmar minionego lata –  tam środek ciężkości przesunięty jest na postacie, ich problemy i drogę, jaką mają do przebycia. Dokładnie tak, jak po dekadzie lat 80. pełnej zniszczenia przyszedł czas na odbudowę nowego świata.

Już w październiku zawita do nas trzynasta część Halloween, a także jedenasta – Hellraisera. We wrześniu zobaczymy też Bodies Bodies Bodies, a na przyszły luty zapowiedziany jest szósty Krzyk. Nadal czekamy natomiast na powrót serialowej Laleczki Chucky, a także Jasona Voorheesa. Slasherów można nie lubić, tak jak kina eksploatacji. Potrafią one być naprawdę odpychające, acz są filmowym zjawiskiem, zdecydowanie wartym obserwowania. Może się okazać, że w działaniach niejednego zakapturzonego mordercy dostrzeżemy ciekawszą diagnozę rzeczywistości niż w kolejnym dziecku art-house’u.