Z Warszawy do ludzi, z muzyką – rozmowa z zespołem Moris

Zaczęło się od przypadkowego spotkania przy piwie, jeszcze w pubie Nora. Okazało się, że ja piszę do Magla, między innymi o muzyce, a Jędrzej ma zespół pracujący nad nową piosenką. Czemu by nie skorzystać z takiej okazji?

 

Tekst: Michał Wrzosek

Najlepiej jakbyś zadzwonił oddzielnie, bo zbiorowo to my się jeszcze pokłócimy – napisał do mnie Jędrzej Cichocki, lider zespołu Moris, gdy dogadywaliśmy szczegóły wywiadu. Tak też zrobiłem. Był ciepły, słoneczny, majowy dzień. Zarówno ja, jak i muzycy, byliśmy w zupełnie różnych miejscach. Jędrzeja złapałem, gdy wychodził ze studia, gdzie dogrywał różne szczegóły powstającego singla. Dodawaliśmy jakieś brzmienia lasu, tłumaczył mi w rozmowie telefonicznej.

Jędrzej to lider zespołu. Główny kompozytor, tekściarz, wokalista, gitarzysta. Poza tym współzałożyciel. Poznaliśmy się z Antonim Martynowiczem, klawiszowcem i drugą najważniejszą osobą w zespole, w 2017 r. i trochę pomuzykowaliśmy, ale to nie było nic takiego, czym można było się pochwalić zupełnie – wspominał jego pierwsze tygodnie. Wtedy na przykład nam się to rozsypało i nie mieliśmy dłuższy czas kontaktu. Trwało to mniej więcej rok. Napisałem do Antoniego po jakimś winie – pamiętam, byłem na swojej działce i stwierdziłem „ej, to jest ten czas, żeby odzyskać tę znajomość”. Udało się, choć nie bez turbulencji. Przez Morisa przeszło wielu basistów i perkusistów, rdzeń jednak pozostawał ten sam.

Antoni, klawiszowiec, ale posiadający też umiejętności gry na innych instrumentach, początki wspomina tak: była jakaś facebookowa grupa w stylu “Szukam zespołu, szukam muzyka” i Jędrzej umieścił tam ogłoszenie. Wtedy jeszcze na tej grupie się udzielał pod pseudonimem, jako Antek jakiś tam. Odpisałem mu „ho ho, siema imienniku”, a on odpowiedział „nie nie, to nie jest moje prawdziwe konto”. No i, że jest Jędrzej.

Zbiegiem okoliczności – choć może nie do końca dziwnym, jako że wszyscy członkowie zespołu pochodzą z warszawskich Bielan – niedługo potem dziewczyna Antoniego w czasie przejazdu tramwajem niemal nie pomyliła Jędrzeja ze swoim chłopakiem. Powód? Mieliśmy takie same oprawki okularów – opowiadał klawiszowiec. Oprawki firmy Morris. Od nich wzięła się nazwa zespołu.

Jędrzeja i Antoniego połączyła miłość do legendy amerykańskiego rocka psychodelicznego – the Doors. Jestem ogromnym fanem, kolekcjonerem różnych wydań. Ostatnio minęło dziesięć lat, jak byłem na koncercie Raya Manzarka, klawiszowca, który niestety rok później umarł – opowiadał ten pierwszy. Byłem ucieszony, że ten Moris, bo MORRISon. Później mi to oczywiście przeszkadzało, że to tak brzmi, bo każdy to łapał, do tego my tę nazwę wcześniej pisaliśmy przez dwa „r”. Miałem dużo fajniejszych pomysłów na nazwę, tylko ta była taka „rdzenna”, miała całą historię z tym związaną. Zawsze chciałem nazwać zespół „Times New Roman”. Gdy wpiszesz „Moris” w internet, to ci wszystko wyskoczy – albo postać z Madagaskaru, albo sklep z bielizną. Wymyśliłem ten dopisek do nazwy „zespół z muzyką”, żeby ta nazwa nawet wyglądała na dłuższą w socialach.

Pozostał jednak Moris – właśnie ze względu na historię, jaką za sobą niesie. Historię początków grupy. Jędrzej określił ją jako „wręcz filmową”. Zagra mnie Piotr Rogucki – zażartował na temat potencjalnej ekranizacji.

Adrian Błaszczyk, perkusista, również lubi the Doors. Nie tylko. Słucham wszystkiego, czasem nawet tego, co mi się nie podoba – opowiadał o swoich inspiracjach muzycznych. Najbardziej ceni sobie jednak zespół SBB. Każdy album tego zespołu jest inny. Grają od ponad 40 lat, a ja miałem też to szczęście i jednocześnie się wtedy moje marzenie spełniło, że po 20 latach przerwy, jaką miał perkusista Jerzy Piotrowski, zagrali w oryginalnym składzie, przyjechali do Warszawy. Byłem na dwóch koncertach i byłem szczęśliwy, że mogłem ich spotkać, z nimi porozmawiać, wziąć autograf…

Dobry człowiek, wizjoner – do zespołu dołączył po około dwóch latach od założenia. Dłuższy czas, kilka pierwszych prób, jak na nowo zaczęliśmy razem grać, to próbowaliśmy z kilkoma basistami, z kilkoma perkusistami – wspominał Jędrzej. To było takie typowe miejsce, gdzie masz dużo sal prób i tam jest dużo jakichś efemerycznych składów, które rozpadają się po pierwszej próbie. Ja pisałem do przeróżnych ludzi, żeby po prostu jakoś złożyć ten skład, no i wreszcie napisałem do Adriana Błaszczyka, którego się kiedyś bałem. Znam go w sumie już ponad dziesięć lat. Jak nagrywałem swoje pierwsze piosenki, tak wiesz, po prostu z gitarą akustyczną i mu to odsyłałem, to bałem się co on odpisze. Zazwyczaj mi odpisywał – nie że niemiłe rzeczy, ale po prostu szczere. Pamiętam, jak raz mi napisał, że “pora się nauczyć aranżacji”. To mnie, pamiętam, bardzo zabolało. No ale teraz razem gramy.

Adrian natomiast wspomina dołączenie tak: Jędrzej do mnie napisał, jeszcze za czasów szkolnych – nie pamiętam, który to dokładnie był rok – że zobaczył nagranie mojego poprzedniego zespołu ze Starej Prochowni. Nazywał się Żywica. Przez lata wymienialiśmy się inspiracjami muzycznymi, informacjami, no i w końcu nadszedł ten moment, jakoś tak spontanicznie, że jak któryś ze składów Morisa się rozpadł, ja przyszedłem, zagrałem, spodobało się i jakoś tak gramy od tamtej pory, czyli od października 2019. Chłopaki z Morisa podchodzą do muzyki bardziej poważnie, niż moje poprzednie zespoły. Są bardzo otwarci, więc jest tak, jak bym chciał, krótko mówiąc. Granie to zawsze było moje, wiesz, marzenie, by później z tego w końcu żyć, mimo że to jest ciężki kawałek chleba.

 

Dziś Moris ma na swoim koncie dwa single, a trzeci wkrótce ujrzy światło dzienne. Jak niemal każdy zespół rockowy musiał jednak przejść przez fazę formacyjną, na którą składało się wiele godzin spędzonych na próbach, niekiedy w dziwnych miejscach. Próbowaliśmy w salce w takim budynku do rozbiórki na Towarowej, gdzie nie było stałego dostępu do prądu i musieliśmy uruchamiać agregat prądotwórczy. Często były z tym problemy, żeby go uruchomić, żeby podłączać sprzęt do tego, bo to przecież jest na benzynę normalnie. Śmierdziało tą benzyną wszędzie, włącznie z salką, więc trzeba było się mocno pozamykać, żeby się tym nie przydusić – wspominał Antoni.

Nagrania pierwszych piosenek również były dla zespołu ciężkim okresem, jako że przypadły na czas początków pandemii Covid-19. Pierwsza sesja była zresztą zaplanowana na tydzień wprowadzenia pierwszego lockdownu. Ostatecznie odbyła się ona w lecie, po zniesieniu części restrykcji. Nagrywaliśmy daleko od domu, każdy był rozbity lockdownem i człowiek był w takim stanie, że po prostu bał się tak oddalać – to było Okęcie, wiesz, te okolice. Nagrywaliśmy przez w sumie dwa dni, nie więcej. To były trudne warunki. Nie było to żadne wybitne studio, zwykła sala prób, gdzie był koleś z konsoletą, który potrafił to później zmiksować. Też mieliśmy tam takie sytuacje, że on nam wysłał miksy, które brzmiały beznadziejnie i musieliśmy to sami poprawiać – opowiadał mi Jędrzej. Dla większości zespołu to miało być pierwsze nagranie, którym człowiek mógł się pochwalić. Ogromne niespełnienie w tym wszystkim.

 

Mimo wszystko, udało się. Przecznice oraz Trójki można przesłuchać dziś w serwisach streamingowych. Mamy dwie piosenki, teraz trzecią nagrywamy, nagramy jeszcze jedną, ale to będzie taka formalność raczej, taka akustyczna miniaturka. To są takie najwcześniejsze piosenki, które się za nami już trochę ciągną i jestem nimi już dość zmęczony. Wydamy to jako EPkę, powiedzmy, „archiwalną” – tak Jędrzej przedstawiał mi plany zespołu. Mam pomysł, żeby się wziąć za cały album, już taki pełnowartościowy, przemyślany. Piosenki napisane totalnie pod płytę. Wiesz jak wyglądają arcydzieła rocka? Powiedzmy, nawet “Nevermind” Nirvany… masz nawet jakąś akustyczną piosenkę w połowie, wiesz, takie rzeczy. Żeby tak skroić płytę i żeby się oczywiście kończyła jakimś ukrytym utworem po dłuższej ciszy, i tak dalej. Mam taki pomysł, żeby nawiązać tytułem do tego dopisku do nazwy zespołu, żeby nazwać ją „Płyta z muzyką”. To byłoby zabawne.

Antoni przedstawił mi również inny temat kołaczący się po głowach muzyków: wykorzystanie „nietypowych” instrumentów. Akordeon? Być może. Na razie ciężko mówić o szczegółach, niemniej może coś tak będzie nietypowo użyte, jakieś tak zwane „smaczki”.

 

Moja rozmowa z Jędrzejem, Antonim i Adrianem skupiała się jednak bardziej na teraźniejszości niż przyszłości – konkretniej na czekającym na wydanie trzecim singlu, zatytułowanym „Sytuacja miasta”. Ta piosenka to jest utwór, który ewoluował, bo już i tekst, i wstępną muzykę Jędrzej napisał przed tym, jak się poznaliśmy, a już w 2017 r. nagraliśmy sobie drugą wersję tej piosenki, tak we dwóch, że tak powiem – opowiadał mi klawiszowiec. Później, z tego co wiem, też powstała jeszcze jedna wersja, a teraz powstaje, można powiedzieć, czwarta. Myślę, że będzie najbardziej dojrzała z ich wszystkich, najbardziej wyklarowana i z tym przesłaniem, które myślę, że Jędrzej chciałby przekazać.

Choć z już wydanymi kawałkami Morisa łączy ją wiek, „Sytuacja miasta” różni się od nich pod pewnymi względami. Pracowaliśmy teraz trochę inaczej, bo bardzo mnie kusiło, żeby piosenka nie powstała na sali prób. Powiedziałem: „dobra panowie, potrafimy równo zagrać i ma to ręce i nogi”. Możemy zacząć nagrywać…  – tak opisywał historię powstania singla lider zespołu. Nie graliśmy tego nigdy ze śpiewem, na przykład, na żywo. Wiele zespołów tak robi, że gra próby bez wokalu. Tak to zrobiliśmy. Bardziej pracowaliśmy w studio. Były to o wiele bardziej komfortowe warunki, bo niedaleko nas, na Żoliborzu, już z zaprzyjaźnionym człowiekiem, ale też realizatorem, Michałem Kirmuciem – to też jest zasłużona postać, dziennikarz, on wiele lat pracował w Teraz Rocku, tworzył różne rzeczy, gra na gitarze w Collage.

 

Czego słuchacze mogą spodziewać się po nowym singlu? Na pewno odniesień do natury, jak wspomniał Adrian Błaszczyk. Poza tym – trąbki. Zagrał na niej zresztą nie byle kto. Koleś z Kultu – Janusz Zdunek – przedstawił mi go Jędrzej. Ja go praktycznie nie znam. Po prostu wyrobiłem sobie jakąś listę kontaktów przez Facebooka dodając znane w pewnych kręgach persony. Pierwotnie sekcję dętą w tym utworze nowym miał grać saksofon, ale tego saksofonu nie szło nam po prostu nagrać, brzmiało tragicznie, a już w piosence była przestrzeń na coś, co grało tę melodię. Myślałem: „kurde, kogo ja mam w znajomych, kto w coś dmucha?”

Natura, trąbka – poza tym zespół Moris zachowa swoje brzmienie znane już z wcześniej wydanych piosenek: doorsowe klawisze, wokal skupiony raczej na przekazie niż melodyce (Boję się, że bym tego nie odtworzył. Takie linie jak na przykład David Bowie miał… on traktował głos jak instrument – Jędrzej), a także aranżacja zalatująca nieco post-punkiem, a nieco… Rush z lat 70.? Tak przynajmniej twierdzą znajomi muzycy Adriana. Sam w stylu Morisa dopatrywał się jednak starego Voo Voo.

Zapytałem chłopaków o inspiracje. Jędrzej wymienił Świetliki. Myślę że to od Świetlików ta moja melorecytacja. To zawsze bardzo mnie fascynowało. Co jeszcze? Republika na przykład – to może mieć nawet jakieś uzasadnienie. To wykorzystanie klawiszy… w tych dwóch singlach, tego może nie słychać, ale one grają też rytmiczną partię. To może być niebezpośrednie nawiązanie do Republiki, u nich klawisze też były używane jako instrument rytmiczny.

Jędrzej jest autorem tekstów zespołu. Mówił zresztą: jako dumny student filologii polskiej nawet mam ku temu wykształcenie. Interesuje się poezją i chce wnieść do niej „nowy komunikat”. Zawsze mi się podobały fotografie Jima Morrisona z podpisem „American Poet”, szczególnie gdy był już brodaty. Koleś – poeta, ale z drugiej strony wokalista.

Antoni o swoich inspiracjach wypowiedział się tak: ogólnie, muzyka z lat 60., 70., te wszystkie sfery że tak powiem hipisów, ale też polski bigbit. Ogólnie to, co leci, jeśli mogę powiedzieć, w Radiu Pogoda. Czyli po prostu starocie, dobre starocie. I muzyka klasyczna, bo jak byłem młodszy, byłem dzieckiem, to śpiewałem w chórze. Miałem wtedy okazję poznawać klasykę klasyki.

A Adrian, oprócz SBB scharakteryzował je tak: różnogatunkowe, ale też klasyczne, stare, rockowe granie – Zeppeliny, Aerosmithy i tak dalej.

Do tego oczywiście Doorsi.

Na koniec poprosiłem każdego z członków zespołu o polecenie jednej płyty czytelnikom Magla. Jędrzej ostatecznie zdecydował się na album „Isola” szwedzkiego zespołu Kent (choć dla bardziej ciekawskich słuchaczy rzucił też propozycją „Ballad bezbożnych” Dariusza Wasilewskiego). Antek – „The Soft Parade” zespołu the Doors. Adrian z kolei poleca całą dyskografię swojego najukochańszego SBB – choć sam osobiście preferuje albumy oryginalnego składu.

Moris jako zespół stale rozwija się i swoją działalność, z optymizmem patrząc w przyszłość. Wkrótce wyczekiwać będzie można kolejnych wydawnictw, takich jak wspomniana wcześniej EPka. Obecnie szuka jednak nowego basisty. Z poprzednim dane mi było porozmawiać, niestety między wywiadem a jego redakcją i publikacją ścieżki jego oraz zespołu się rozeszły.

Tymczasem uwadze polecam singiel „Sytuacja miasta”, który po wydaniu dostępny będzie pod linkiem poniżej:

 

LINK