Zoomerski maksymalizm, czyli czym tak naprawdę jest hyperpop? Rozmowa z Młodym KEKIEM

Młody KEK jest początkującym hyperpopowym artystą, który występy sceniczne ma jeszcze przed sobą. Zadebiutował w internecie ironicznym egdy rapem, od którego aktualnie się dystansuje. Dziś jego muzyka opiera się na szczerości i autentyczności, lecz dalej nie wyklucza chaotyczności i zabawy. Porozmawialiśmy o tym, czy właśnie te cechy definiują hyperpop i co dokładnie kryje się za tym gatunkiem.

Rozmawiała: Wiktoria Kolinko

Wiktoria Kolinko: Wyobraźmy sobie, że w ogóle nie znam hyperpopu. Wytłumaczysz mi, jakie są jego najbardziej charakterystyczne cechy?

Młody KEK: Moim zdaniem hyperpop powstał mniej więcej w czasie, gdy 100 gecs wydali swój bardzo głośny album 1000 gecs, 3 lata temu. Była to na tyle specyficzna płyta, że Spotify musiało ją zaklasyfikować do gatunku, którego jeszcze nie było w bazie muzycznej. Wtedy właśnie pojawiło się określenie hyperpop, chociaż po krótkim czasie wiele innych albumów wpadło do tej kategorii, np. Charli Charli XCX, mimo że brzmi on raczej jak PC Music. Różnica między tymi dwoma gatunkami jest taka, że PC Music jest bardziej futurystyczne, minimalistyczne i na swój sposób bardzo eleganckie, natomiast hyperpop – brudny, chaotyczny i absolutnie niefuturystyczny. Brzmi oczywiście nowatorsko, ale nie można tego określić jako brzmienie sci-fi, rozumiesz. Można wyczuć w nim odzwierciedlenie dzisiejszych czasów, TikToka i zoomerów. 

O, właśnie. Jako że urodziłeś się w latach 00., może powiesz mi, czy twoim zdaniem hyperpop jest odpowiednim muzycznym reprezentantem pokolenia Z?

Zdecydowanie tak. 

Dlaczego?

Nie wiem, czy to kwestia tylko mojego pokolenia, czy ogólnie konkretnych czasów, ale wydaje mi się, że gatunki stają się coraz bardziej płynne, a hyperpop jest tak naprawdę mieszanką wielu. Znajdziesz w nim wpływy z m.in. midwestu, Drain Gangu, metalu, a także inspiracje czerpane od Skrillexa. Ludzie z mojego pokolenia chyba już nie lubią mówić, że słuchają tylko i wyłącznie metalu czy hip-hopu. Bardzo cenią sobie tę płynność gatunkową, a hyperpop jest na to odpowiedzią. 

Co najbardziej urzeka cię w hyperpopie? 

Pamiętam ten pierwszy raz, gdy miałem styczność z 100 gecs. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Słuchając money machine, najpierw uderzyła mnie energia oraz mocne i agresywne brzmienie. Później, gdy już zacząłem zgłębiać ten gatunek, bardzo urzekło mnie w nim połączenie humoru zarówno z ironią, jak i absolutną szczerością. Czułem, że jest to autentyczna muzyka, tworzona prosto z serca. Niektórzy mogą powiedzieć, że gdy ktoś żartuje, to nie może być szczery. Ja jednak uważam inaczej. Moim zdaniem moje pokolenie żyje właśnie gdzieś pomiędzy tym – potrafimy w jednej sekundzie się wygłupiać, w drugiej zacząć opowiadać o bardzo osobistych przeżyciach, a czasami nawet robić te dwie rzeczy naraz. Taki również jest hyperpop – z jednej strony brzmi jak jeden wielki żart, a z drugiej strony jest to muzyka robiona zupełnie na poważnie i to mi się w nim bardzo podoba. 

Mnie się hyperpop kojarzy jeszcze z czymś innym. Na pewno znasz tę falę shitpostingu, czyli postowania w internecie obrazków, które są obiektywnie brzydkie, ale niosą za sobą mocny przekaz. 

Świetne porównanie. Wszystkie memy z maksymalnie podbitym kontrastem mogłyby idealnie zobrazować ten rodzaj muzyki. To się wzajemnie przenika, bo hyperpop jest też odzwierciedleniem internetowego humoru i shitpostingu, tej chaotyczności i memiczności. Właśnie zdałem sobie sprawę, że moja muzyka nie jest do końca hyperpopowa…

Jak to?! Przecież określasz siebie jako hyperpopowy twórca.

Jest chyba właśnie za mało shitpostowa i nie ma w sobie mocnego przesteru – jest zbyt czysta. Brakuje w niej trochę chaotyczności. Może ja tak naprawdę robię coś tylko około hyperpopowego. 

A masz jakiś utwór, który mógłbyś podpiąć pod absolutny hyperpop?

Paradoksalnie mógłbym powiedzieć, że Kapitał, który brzmi najbardziej amatorsko, ale ma stosunkowo mocny bas, zabawny tekst i szybki, niedokładny wokal. Ta piosenka jest na tyle prosta i minimalistyczna, że ciężko się głębiej na jej temat wypowiedzieć w kontekście przynależności do jakichś gatunków. To trochę skomplikowane, bo na przykład SOPHIE, którą bardzo się inspiruję, nie zaklasyfikowałbym jako przedstawicielki hyperpopu, a jednak wywarła ona ogromny wpływ na ten gatunek. Nie można też powiedzieć, że robi muzykę shitpostową, że jej albumy są memiczne. Wszystko brzmi tak, jakby było dopracowane pod każdym względem. Dla mnie jest to po prostu perfekcyjne. 

Co by się stało, gdybyś doszedł do takiego momentu, w którym twój utwór jest maksymalnie dopieszczony i uważasz go za reprezentanta hyperpopu? Czy to nie gryzłoby się właśnie z założeniami, że ten gatunek nie może i nie powinien taki być?

Właśnie tak, gryzłoby się. Wydaje mi się, że gdy siadasz przed komputerem i próbujesz zrobić hyperpop zgodnie z „podręcznikowymi” zasadami, to zupełnie kłóci się to z całą ideą tego gatunku. Tworząc takie utwory, musisz za każdy razem szukać nowego sposobu na osiągnięcie tej charakterystycznej energii. Ostatnio miałem takie przemyślenie, że być może hyperpopu nie powinno się w ogóle traktować jako gatunku, a na pewno nie w kontekście poszczególnego utworu.

Może raczej jako nurt?

Tak, mógłby być nawet movementem, jak np. artystyczny DIY, w którym jest jedna scena, tworzona przez różnych artystów. Taki nurt jest definiowany bardziej przez proces tworzenia. To nie jest tak, że poszczególny utwór może dobrze podsumować brzmienie  hyperpopu. Różne piosenki z różnymi wpływami tworzą dany album, który jako całość staje się hyperpopowy. Stupid horse na 1000 gecs sam w sobie brzmi jak trochę bardziej ekscentryczna piosenka ska, jednak w kontekście całego albumu jest niezaprzeczalnie hyperpopowa. Chyba bym powiedział, że ten gatunek to ogólna estetyka twórczości danego artysty, a nie to, jak brzmi konkretna piosenka. 

Jaki jest w takim razie twój plan działania? Twoje starsze utwory brzmią raczej jak forma oczyszczenia siebie za pomocą tekstu niż za pomocą samej muzyki. 

Ciekawe, że tak myślisz. 

Słuchając twojej twórczości, widzę oczami wyobraźni dwóch zupełnie innych artystów. Z jednej strony widzę bardzo wrażliwą osobę, która jest czymś przytłoczona i chce się tymi uczuciami podzielić ze światem albo zapisać je w formie pamiętnika. Z drugiej strony widzę kogoś bardzo pozytywnego, chcącego bawić się muzyką i nie przejmować się absolutnie niczym.

Tak naprawdę to Bestie (najnowszy singiel – przyp.red.) jest chyba moją pierwszą obiektywnie wesołą piosenką. W każdym innym utworze można znaleźć negatywną nutkę, nawet w tych pozornie pozytywnych. Kiedyś komuś powiedziałem, że każdy mój utwór jest w jakimś stopniu o samotności.

Jednak ta samotność jest przykryta muzyczną ironią i zabawą. 

Moje pierwsze utwory były tworzone głównie dla żartu. Tak szczerze, to nie lubię ich. Chciałem po prostu robić muzykę – nie wiedziałem do końca, o czym mógłbym rapować czy śpiewać, więc wykorzystywałem znane już motywy, jak np. narkotyki, miłość, imprezy. Można powiedzieć, że była to na swój sposób parodia tego, o czym rapują inni znani artyści i co mnie w ich twórczości denerwuje. Wciąż jednak zależało mi bardziej na tym, żeby się powygłupiać i rozładować znudzenie.

Twoja wczesna twórczość była zabawą? Myślałam, że właśnie wtedy nagrywałeś na poważnie, a bitami bawisz się dopiero od niedawna. 

Moja epka PIOSENKI O NICZYM z 2021 roku jest szczera i intymna na swój sposób. Wiem, że właśnie w tym kierunku chciałbym iść. Mam nadzieję, że ludzie nie słuchają mnie ze względu na tę śmieszną twórczość z samego początku. Wolałbym być znany raczej z właśnie tej epki i hyperpopowych singli, bo te również są nagrywane dla zabawy, ale są jednak dojrzalsze. Uważam, że właśnie one przedstawiają ten kompromis, na którym mi zależy – tworzenie bangerów (piosenka, która powoduje mimowolne kiwanie głową; świetny utwór – przyp.red.) oraz szczerość i odzwierciedlenie mojej osobowości. Kapitał, mimo że brzmi ironicznie, zawiera w sobie sporo informacji o problemach, z jakimi się zmagam. Wciąż brzmi to jednak wesoło i da się do tego poskakać. 

Wyobraź sobie, że planujesz swój pierwszy koncert. Z której strony bardziej chciałbyś się pokazać widowni? Kogo też chciałbyś na niej zobaczyć?

Wiesz co, ja już powoli układam sobie taki plan. Mam nawet ułożone wstępne tracklisty koncertów. Na pewno zagrałbym Nocne Myśli Nocą – to była pierwsza piosenka, którą napisałem zupełnie na poważnie. Nie jest ona ironiczna i pokazuje całego mnie, jest osobista. Na pewno zagrałbym też Follow U i Soy Boy z epki PIOSENKI O NICZYM oraz Kapitał, Zbira i Bestie, a także jeszcze niewydane utwory. Oprócz tego Neony Nocą – to jest przykład piosenki, która ma trochę elektronicznego bitu, ale zdecydowanie nie jest to hyperpop. Zależy mi na tym, aby pokazać publiczności prawdziwego siebie, nie pod maską tej głupkowatej edgy ironii z albumu NOCNE MYŚLI NOCĄ czy starszych singli. Jeśli chodzi o widownię, to bardzo chciałbym zobaczyć i spotkać się z ludźmi, którzy mają bardzo zróżnicowany gust i fascynuje ich muzyka sama w sobie, tak jak mnie. Wspomniałem na początku, że pokolenie Z nie utożsamia się z konkretnym gatunkiem muzycznym, dlatego na mój koncert mógłby przyjść fan zarówno Björk, jak i BLACKPINK. Ludzie w moim wieku siedzą sporo w internecie, a moja muzyka właśnie taka jest, więc myślę, że to mógłby być szeroki przekrój widowni. 

Co to znaczy, że jest internetowa, pomijając nawiązania do shitpostingu

Chodzi mi między innymi o tę decentralizację muzyki, którą zapewnił internet – że każdy dzieciak ma dostęp do sprzętu do robienia muzyki. Moja wczesna twórczość brzmi tak, jakby robił ją nastolatek w przerwie między zajęciami, ale też cała reszta powstaje w całości w mojej sypialni. Bardzo charakterystyczne dla internetu i mojego pokolenia jest również nadmierne wykorzystywanie języka angielskiego do przekazania tego, co przecież da się powiedzieć po polsku. Pamiętam, gdy kiedyś usłyszałem dvd schaftera i nie mogłem zrozumieć, o czym on nawija – brzmiało to jak zupełny bełkot, ale jednak estetyczny. Kojarzy mi się to trochę z okresem dzieciństwa – gdy jeszcze nie znałem angielskiego, lecz jednocześnie słuchałem zagranicznych piosenek. Doceniałem w nich wtedy rytm słów, brzmienie sylab, flow i beat. To jest właśnie to, co w muzyce do dziś mi się najbardziej podoba, czyli estetyka. Za jej pomocą da się naprawdę dużo przekazać. Wcale nie trzeba pisać rozprawek w swoich utworach i udowadniać, że jest się drugim Mickiewiczem, a mam niestety wrażenie, że polska muzyka trochę na tym bazuje. 

Czy w takim razie uważasz, że Polska jest gotowa na hyperpop? 

Uważam, że nie jest. Ten gatunek jest wyjątkowo ekscentryczny, a polski mainstream lubuje się przeważnie w skrajnie lekkostrawnych puść-sobię-tę-muzykę-w-tle-do-obiadu brzmieniach. Przecież do dziś zdecydowana większość naszego społeczeństwa dalej uznaje autotune (kluczowy element hyperpopu) za kontrowersyjny temat tabu i coś, czego używają tylko artyści bez talentu. Uważam, że Polska jest mocno zacofana w ogólnym podejściu do muzyki, ale może to dobrze. Gdy tylko do mainstreamu napływa jakieś nowe brzmienie z podziemia, to muzycy głównego nurtu zaczynają węszyć okazję do tego, by wskoczyć na bandwagon hype’u, a nie chciałbym, żeby hyperpop tworzyli polscy mainstreamowi artyści. To nie tak, że nie lubię samego mainstreamu. Po prostu myślę, że jeśli oddasz głos raperowi, który zupełnie nie czuje filozofii tego gatunku, to cały przekaz gdzieś zniknie. Wolałbym, żeby hyperpop został w rękach mniejszości, tak jak teraz. Ja wiem, że gatekeepowanie nie jest dobre, ale rozumiem, czemu niektórzy chcą to robić. Hyperpop jest swojego rodzaju bezpieczną przestrzenią dla osób LGBTQ+. Skupia on bardzo dużo artystów tworzących tę społeczność, ale też same teksty piosenek nawiązują do problemów, z którymi queerowi twórcy muszą się zmagać. Chciałbym, żeby Polacy umieli słuchać hyperpopu, ale nie reprezentowanego przez polskich raperów, którzy często nie kryją się ze swoimi homo- czy transfobicznymi poglądami.

Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po twojej myśli. Dziękuję ci za rozmowę i życzę udanego debiutu scenicznego!

Również ci dziękuję. Liczę na to, że będzie udany!