Val Gardena

Temat narciarstwa alpejskiego od dawna wywołuje u mnie uśmiech na twarzy. Bawi mnie, że komuś kiedyś przyszło do głowy, że przytwierdzenie sobie desek do stóp i zjechanie na nich z górki w jak najkrótszym czasie musi być bardzo ekscytujące zarówno dla zjeżdżających, jak i oglądających.

 

Lata postępów w tej dziedzinie, tworzenia infrastruktury i udanej promocji spowodowały, że narciarstwo alpejskie stało się jednym z najbardziej popularnych sportów na świecie. W 1931 r. sport ten doczekał się własnych mistrzostw świata, organizowanych co dwa lata przez założony w 1924 r. FIS (Fédération Internationale de Ski). Coroczną imprezą FIS jest natomiast Puchar Świata w narciarstwie alpejskim.

Jestem olbrzymim fanem tego sportu i z tego tytułu udało mi się dostać do strefy kibica na zawodach we włoskiej Val Gardenie w sezonie 2021/2022.

Same zawody odbywają się w kilkunastu ośrodkach w ciągu jednego sezonu i każda trasa charakteryzuje się własnym, niepowtarzalnym przebiegiem, nachyleniem stoku i rozstawieniem bramek, więc w poszczególnych zawodach mogą być zupełnie inni potencjalni faworyci..

Trasa w Val Gardenie jest jedną z tych ciekawszych, gdzie ciężko stwierdzić, kto zostanie zwycięzcą. Saslong A, gdyż tak nazywa się ten przejazd, charakteryzuje się bardzo dużą liczbą skoków oraz dość agresywnymi zakrętami, często zaraz po lądowaniu.

Podczas zawodów kibice mogą ustawić się na trzy sposoby, wjechać kolejką pod strefę startową, ustawić się na nartach przy stoku wchodząc do strefy kibica lub zasiąść na trybunie na mecie, gdzie mogą oglądać przebieg z relacją na żywo na dużym telebimie. Sam miałem okazję spróbować wszystkich trzech opcji.

Pierwszego dnia pojawiłem się przy starcie oraz tuż obok miejsca, gdzie zawodnicy wykonywali efektowne skoki. Był to dzień treningowy, dlatego wejście na strefę przy trasie było darmowe.

Drugiego dnia odbywały się już zawody w supergigancie. Jest to dyscyplina będąca czymś pomiędzy zjazdem a slalomem gigantem, w której trasa jest krótsza i bardziej kręta niż przy zjeździe, jednak sam przejazd dalej nastawiony jest na jak najszybsze przejechanie trasy poprzez pokonanie jej w określonym przez bramki przebiegu.

W dniu zawodów miałem okazję nie tylko zawitać na starcie i przy trasie, ale także na mecie. Liczba osób na widowni była ograniczona przez trwającą epidemię COVID-19. Aby wejść na strefę przy trasie trzeba podjechać na nartach pod bramkę i pokazać ochronie elektroniczny bilet na zawody. Później można dowolnie przemieszczać się przy siatkach chroniących zawodników w razie wypadku.

Same zawody były niezwykle interesujące, o zwycięstwie jak zawsze decydowały ułamki sekund. Pierwszego dnia zawodów, kiedy rywalizowano w Super Gigancie, zwyciężył Norweg, Aleksander Aamodt Kilde, odnosząc swoje trzecie zwycięstwo w sezonie. Za nim uplasowało się dwóch Austriaków, Matthias Mayer i Vincent Kriechmayr. Drugiego dnia organizowane były zawody zjazdowe, w których najlepszy okazał się Amerykanin Bryce Bennett, wyprzedzając o 14 setnych sekundy Austriaka Otmara Striedingera i o 32 setne Szwajcara Nielsa Hintermanna.