Przebłyski

„Według Słownika języka polskiego PWN  »przebłysk« to nagły, krótkotrwały przejaw czegoś. Ta metafora pozwoliła studentom z Wydziału Grafiki ASP opisać proces powstawania fotografii” – to słowa, które złożyły się na wystawę Przebłyski w Galerii na Smolnej. Młodzi adepci sztuki, zaledwie po pół roku nauki, sami zainicjowali i zorganizowali tak profesjonalne wydarzenie, we współpracy z pracownikami uczelni oraz kuratorką. Jak do tego doszło, jak wyglądał proces powstawania i na czym polega fenomen fotografii analogowej – o tym m.in. opowiedzieli ich przedstawiciele oraz główni inicjatorzy – Julia Grygiel i Krzysztof Jakubowski.

 

Rozmawiała: Dorota Dyra                   Zdjęcia: Zofia Jakubik

 

MAGIEL: Skąd zrodził się pomysł na stworzenie tej wystawy i jak wyglądała jej organizacja?  

Krzysztof: O, to ja może zacznę, bo to jest bardzo śmieszna historia. Nasz profesor, Krzysztof Jabłonowski, cały czas ubolewał nad tym, jak to nie ma żadnych imprez na uczelni ani wystaw. Kiedyś wszystko było takie barwniejsze – mówił – więc postanowiłem, że podzwonię po galeriach i popytam, czy ktoś chce przygotować wystawę. Nie było jeszcze wtedy zdjęć, ale dzwoniłem do wszystkich i choć zgodziły się trzy z nich, wybrałem Galerię na Smolnej, bo pani kurator, Agnieszka Dołęga, wydała mi się miła, uprzejma i od razu poczułem, że ona naprawdę chce się w to zaangażować i pomóc. Podała mi termin wernisażu, jeszcze zanim przesłaliśmy jej zdjęcia. Kolejnym etapem było znalezienie grupy studentów fotografii, co było czystą improwizacją – mogło nie wyjść, ktoś mógł nie odpowiedzieć od razu, więc napisałem z góry, że mamy wyznaczony termin wystawy i szukam kogoś do pomocy. Zgłosiło się dziesięć osób, z czego tak naprawdę zaangażowały się trzy. Później poprosiłem profesora, żeby powiedział o tej wystawie studentom dziennym, dzięki czemu udało się połączyć ludzi z obu trybów. Dołączyli do nas Julia, Jagoda i Emil, wytworzyła się taka grupka, z którą udało się prężniej działać. Jeszcze przed tym, najtrudniejsze było wymyślanie nazwy. Nie chcieliśmy banalnego tytułu: Fotografia studentów. Dlatego spotkaliśmy się online – wtedy obowiązywały największe obostrzenia – i przez 4 godziny myśleliśmy nad nazwą, żeby nie była i zbyt infantylna, i zbyt poważna. I w końcu wpadliśmy na Przebłyski. Znalazłem w słowniku PWN, czym jest przebłysk i już wiedzieliśmy, że tego słowa szukaliśmy. Chcieliśmy pokazać amatorską fotografię i jednocześnie uczynić z tego zaletę wystawy. Następnym krokiem po stworzeniu grupy było wybranie zdjęć. O dziwo – sprawnie nam to poszło a nie, jak myślałem, 6-7 godzin…

Julia: Wtedy się spotkaliśmy – i wieczorowe i dzienne studia.

K: Później ucichło trochę, bo czekaliśmy na te zdjęcia. A gdy już były, to od ich wyboru zaczęła się prawdziwa praca.

J: To było chyba tak tydzień przed…

K: Tak, tydzień przed.

J: Rozłożyliśmy wszystkie zdjęcia i po prostu odrzucaliśmy.

K: Dokonywaliśmy wyboru demokratycznie, można by powiedzieć – jak jedna osoba miała wątpliwości, powiedziała „nie”, to zdjęcie odrzucaliśmy na bok i dopiero później ewentualnie do niego wracaliśmy A gdy już wybraliśmy, to połączyliśmy się zdalnie z profesorem i konsultowaliśmy nasze decyzje. Jeszcze był z nami pan Paweł, który mówił nam na jakim  technicznym poziomie jest zdjęcie. Dużo zawdzięczamy też Zosi, która zrobiła dla nas plakaty. Z Zosią to w ogóle ciekawa historia – nie zamieniłem z nią do czasu wystawy ani jednego słowa, bo była bardzo cicha, ale napisała do mnie, że chętnie pomoże i od tamtego czasu częściej rozmawiamy. Jest tak kochaną osobą, że nie wierzę, że taka osoba w ogóle istnieje – ona robi wszystko.

J: Zrobiła też wszystkim retusze zdjęć, co jest dość trudne. Już to jest niesamowite, a w dodatku zrobiła to tak dobrze, że w ogóle nie widać tej ingerencji.

K: I zawsze kiedy prosiliśmy o jej pomoc, to bez żadnego pytania przychodziła do galerii.

MAGIEL: Wróćmy jeszcze na chwilę do tych Przebłysków. Jak wyglądała praca nad skojarzeniami, wymyślaniem tytułów i interpretacjami, bo jednak te nazwy są bardzo ciekawe, oryginalne. Jak to wyglądało w Waszej pracy?

K: Zaczęliśmy od hasła „Zielone pstryk pstryk” (śmiech). Siedzieliśmy i dzieliliśmy się pomysłami. Każdy musiał uargumentować, czemu taka nazwa i zapisywaliśmy wszystko, a później głosowaliśmy. Zaczęło się właśnie od „Zielone pstryk pstryk”, później pojawiły się  „Przebłyski”, potem na chwilę  „Prze(d)błyski”, a na końcu wróciliśmy do  „Przebłysków”. Zatem sam proces to była improwizacja. A co do tematów zdjęć…

J: Chyba spotkaliśmy się, na którychś z zajęć na fotografii i dostaliśmy dwa tematy: powierzchnia i kształt. Jeszcze w sumie nie wiedzieliśmy, co będziemy z tym robić poza tym, że będzie to fotografia analogowa. Każdy miał dopisać skojarzenia związane z tymi terminami.

J: Minimum pięć. I potem pan Profesor wybierał najciekawsze podtytuły, a my mieliśmy to potem zinterpretować w fotografii analogowej.

K: Pan Profesor wybierał takie tematy, które albo go śmieszyły, albo takie które mogły wyjść ciekawie na zdjęciu.

J: Tak, na przykład ja miałam „Kształt – kolor”, gdzie koloru nie ma w czarno-białej fotografii, musiałam jakoś go szukać.

K: Albo ja napisałem na karteczce do „Powierzchni”, że kojarzy mi się z matematyką i dopisałem w nawiasie, że nie chcę tego tematu, a Profesor powiedział: Ja chcę, żebyś ty to zrobił, ale żeby też w tytule tego zdjęcia, w nawiasie, znalazła się informacja, że nie chciałeś tym się zająć. Żeby to jakoś pokazać. To było bardzo trudne, ale też wyszło ciekawie. Kolejny przykład – było zdjęcie, które miało temat „Powierzchnia – nieważne jak na coś patrzymy, od razu wiemy, jak jest to polizać”. Po prostu pisaliśmy coś na kartce do tych podtytułów „Powierzchnia” i „Kształt”.

MAGIEL: A jak się Wam współpracowało w ciemni? Jest to taka specyficzna przestrzeń, pełna różnych ograniczeń. Słyszałam, że nie można w ogóle włączyć telefonu, żeby nie było jaśniej, trzeba zachować specyfikę tego miejsca. Czy to Was w jakiś sposób zbliżyło, czy nawiązaliście w ten sposób jakieś kontakty?

K: Julię poznałem dopiero przez wystawę, a teraz piszemy codziennie, dzielimy się  większymi rzeczami niż takie „okej, co tam u ciebie”. Nasze rozmowy są głębsze, więc na pewno to nas zbliżyło.

J: W ciemni na początku było bardzo ciężko, zwłaszcza, że w ogóle nie ogarniałam, co się tam dzieje i popełniałam strasznie dużo błędów, jednak dzięki temu, że pan Paweł cały czas z nami był i siedział tam naprawdę strasznie dużo godzin, to wszystko nam wyjaśniał. W sumie to bardzo dużo się nauczyłam na tych błędach i pod sam koniec osoby, które najlepiej radziły sobie w tej ciemni, faktycznie pomagały innym, więc to nas na pewno zbliżyło. Potem, jak już przygotowywaliśmy się do wystawy, często przychodziłam jak była „wieczorówka”, bo to było też tuż przed sesją i po prostu razem dzieliliśmy się tym, jak to powinno wyglądać i jak to robić. No i faktycznie te warunki w ciemni są dość wymagające. Trzeba o wielu rzeczach pamiętać, żeby nic nie zepsuć, kontrolować czas… Ale to też uczy pewnej dyscypliny i tego, że trzeba jednak dla dobra wszystkich przestrzegać jakichś zasad. Na przykład takie niewłączanie telefonu, bo potem jest naświetlony papier i już się dalej nic z nim nie zrobi.

K: Pan profesor nam mówił, że w ciemni często korzysta się ze szkieł i jak jesteś tam, to wszyscy muszą być zgrani. Był jeden wypadek na ASP, że ktoś nie powiedział o tym, że idzie ze szkłem i przez przypadek się zranił. Wszyscy muszą wiedzieć, co się dzieje, żeby nic nie popsuć. I jeszcze à propos tej ciemni, jak siedzieliśmy w niej po sześć, siedem godzin, udało się nam zintegrować i stworzyć fajny klimat. Na początku wszystko było takie niepewne, cały czas pytaliśmy Pawła i bez niego nie potrafiliśmy się obchodzić w tej ciemni, a potem już praktycznie sami pracowaliśmy. To była przemiana – od atmosfery, w której boimy się czegoś zrobić do pracy razem, jako studenci. Później już puszczaliśmy sobie muzykę, pizzę zamawialiśmy, wino piliśmy na uczelni, siedzieliśmy tam cały dzień i było po prostu fajnie. Ale też się zdarzały takie historie, że uczyłem kolegę, bo ja już później umiałem odbijać zdjęcie, a Paweł czasami nie miał czasu. I na przykład ten kolega, patrząc na to zdjęcie, wkładał pod powiększalnik głowę i później miał zdjęcie niedoświetlone w jednym miejscu. Takie uczenie się na błędach w ciemni to najlepsze co istnieje, bo wycinasz sobie kawałki tego papieru i najfajniejsze, co możesz zrobić, to nie pytać się nikogo o nic, tylko próbować swoich sił. Wtedy najwięcej się uczysz.

J: To jest fajna zabawa, ale z drugiej strony też trochę boli od niej portfel, bo jednak teraz wszystko do fotografii analogowej jest bardzo drogie. Czasem niektórzy już się irytowali tym, że znowu papier i znowu coś nie wyszło.

MAGIEL: A mówiąc o tej metodzie prób i błędów, to mieliście jakieś ograniczenia, jeśli chodzi o materiały, o czas?

K: Tyle ile było pieniędzy.

J: Tyle ile było pieniędzy, ale też jak długo była otwarta ciemnia, bo Paweł nie mógł tam siedzieć wiecznie, choć i tak był tam za długo.

K: Paweł siedział zazwyczaj od jakiejś dziesiątej do dwudziestej drugiej w ciemni z nami. Etat ma na sześć godzin chyba, a zostawał po dwanaście i jemu za to nie płacą – siedzi tam, bo to lubi.

J: Na przykład chemię mieliśmy z uczelni, więc tego akurat już my nie musieliśmy załatwiać, tylko papier.

K: I jeszcze Paweł nam te filmy wywoływał, bo miał w tym wprawę, chociaż jak nie miał czasu, to jeden film w połowie sam zdołałem wywołać. Wywoływanie filmu jest najtrudniejsze, dosłownie sam początek. Wywołanie negatywu robi się w ciemności. Jak się nie ma w tym doświadczenia to ach, straszne.

J: Nam się udało.

K: No, tak, z pomocą Pawła się udało.

MAGIEL: Zapytam teraz o ten etap przygotowywania już samego zdjęcia i wykonanie. Pamiętam, że profesor Jabłonowski powiedział, że czas do zrobienia tej właściwej fotografii może trwać nawet miesiąc  Jak oceniacie ten okres? Czy rzeczywiście był taki długi i jak to wygląda z Waszej perspektywy?

J: Na pewno trzeba było wypełnić film najpierw, więc na to też długo się czekało. Na przykład ja miałam takie sytuacje, że na początku (pierwszy raz miałam kontakt z fotografią analogową) po prostu miałam ¾ filmu do wyrzucenia, bo prześwietlone. Jeszcze nie wiedziałam, jak działa światłomierz, już drugi film był trochę lepszy, ale właśnie przez to chyba tyle czasu to zajmowało, bo czekało się na wypełnienie całości i następnie było widać czy to zdjęcie jest dobre, czy w ogóle jest z czego wybierać, czy na pewno jest to ten temat, który chcieliśmy zrealizować. Mnie akurat tak wyszło, że zamknęłam się w dwóch filmach, więc to było tak z dwa miesiące robienia zdjęć.

K: Mnie też udało się tak w dwóch filmach zamknąć. W analogowej fotografii te zdjęcia się bardziej intuicyjnie robiło i po prostu brało ze sobą aparat, jak się coś ciekawego widziało, pasującego pod temat. W gruncie rzeczy wykonywało się zdjęcie tak naprawdę indywidualnie i bardziej myślało o tym, czy dobrze coś ustawiłeś. I dlatego to tyle czasu zajmowało, bo w fotografii cyfrowej łatwiej jest zrobić zdjęcie – od razu je widzisz, od razu jest, więc bardziej myślisz nad tym, żeby to zdjęcie było jak najbardziej dopieszczone. A tutaj to wszystko polegało mocno na intuicji – że tobie się wydaje, że to zdjęcie jest dobre, ale nie masz podglądu, nie wiesz, jak ono wygląda, w ogóle nie wiesz, czy wyszło na filmie i ten stresik… Tam jest takie pomieszczenie do suszenia negatywów, taka szafa. I szukanie swojego negatywu wśród tych dwudziestu, gdy połowa jest pusta i stres, czy on wyszedł czy nie. Ja miałem sytuację, że właśnie Paweł miał do wywołania z dwanaście negatywów filmu i powiesił je następnego dnia. Idę szukać i widzę, że same są praktycznie same puste i sobie myślę: kurde, znowu nie wyszło, nie zdążę. Po czym się okazało, że akurat dwóch nie wywołał i w tym jeden był mój. I właśnie wtedy wywołałem film, byłem taki szczęśliwy, bo wszystkie wyszły dobrze. Jest adrenalinka przy fotografii analogowej, bo w niej nigdy nic nie wiadomo. I to jest w niej piękne.

MAGIEL: Porównując fotografię cyfrową i analogową – jakie macie podejście do swoich prac? Czy traktujecie je trochę jak takie dzieło, nad którym pracowaliście i w końcu się udało? Gdy wykonuje się zdjęcie cyfrowo, to łatwo coś powtórzyć, zrobić podobnie, od razu coś sprawdzić. Czy w związku z niepowtarzalnością fotografii analogowej czujecie pewną więź ze swoimi zdjęciami?

J: Przez nakład pracy i jej czas miałam jakieś takie emocjonalne przywiązanie do tego. Tyle razy zrobiłam coś źle i potem w końcu jak mi wyszło, to bardzo się cieszyłam z konkretnego zdjęcia. Później na pewno była ta różnica i to silna. Okazało się że otworzyłam się na pewną formę. Fotografia analogowa inaczej wygląda. Ja miałam też słaby aparat, trochę inaczej było z tą ostrością i okazało się, że jak nie mam aż tak dobrej ostrości zdjęcia, którą łatwiej ustawić w cyfrowej fotografii, to jednak jest mi to bliższe. Otworzyłam się na wiele rzeczy, które w fotografii analogowej mogą się pojawić i często się pojawiają. I też te brudy, które są na filmie na przykład, tak jak podczas wywoływania później zdjęcia – to też jest urok, nie wszystko da się od razu wyretuszować. To jest taka pełniejsza chwila, bo w fotografii cyfrowej można zrobić wiele zdjęć, a tutaj jednak każde zdjęcie to jest ileś złotych, robi się parę zdjęć, które są przez to wyjątkowe.

K: Ja traktuję fotografię cyfrową tak, że trzeba się jej nauczyć, ale ona nie jest dla mnie aż taka… Oczywiście jest artystyczna od jakiegoś poziomu, ale na naszym poziomie nie daje takiej satysfakcji twórczej, artystycznej, co ta analogowa fotografia; samo też narzędzie, którym to robisz… Ja na przykład  kupiłem analoga z lat 60., nie miał światłomierza, to mi nie wyszedł ten film, ale się jarałem, bo był w świetnym stanie i kupiłem od razu drugiego. Mam już dwa, wcześniej dosłownie fotografią się nie interesowałem, a teraz ich używam regularnie. Robię też na imprezach zdjęcia czarno-białe i do tej cyfrowej fotografii mam podejście, że to jest ćwiczenie, które ma mnie nauczyć patrzeć na coś, a w przypadku analogowej mam tak, że to jest moje dziecko, ja z tym siedziałem. Porównuję trochę siedzenie w tej ciemni do siedzenia na grafice warsztatowej, bo to jest mimo wszystko bardzo podobne – to robienie odbitek na grafice a robienie fotografii w ciemni. Też się coś odbija, też się coś robi, ale dużo bardziej czułem, że jest to coś artystycznego, coś co do mnie przemawia. Podoba mi się styl retro,  to że papier ma swoją fakturę, jakieś tam błędy, masz to namacalnie od razu. Nawet jak wydrukujesz fotografię cyfrową, to nie jest ta sama frajda, jak mieć taką namacalną odbitkę, która gdzieś jest wygięta pod wpływem wilgoci, wody.

J: Trzeba też bardzo delikatnie do tego podchodzić, musisz uważać na wszystko praktycznie. Tak jak powiedziałeś, trzeba się obchodzić jak z dzieckiem, bo to wszystko  jest bardzo delikatne.

K: Ja na przykład od razu swoje odbitki po zrobieniu schowałem,  żeby się nie zniszczyły, bo byłoby mi ich szkoda. Robiłem ich tyle, żeby wyszły dobrze technicznie, że po prostu gdyby ktoś by mi je niechcący pogniótł, to bym zabił (śmiech). To było naprawdę coś, co traktowałem tak, jak chciałbym traktować swoją sztukę. Na przykład w rysunku czy malarstwie nie mam tak, że obchodzę się aż tak delikatnie z daną rzeczą. Po prostu łatwiej mi było zobaczyć efekt na fotografii analogowej. Ale już nawet od pierwszej odbitki, gdzie niczym się już nie martwiłem – wkładałem, nie mierzyłem tak czasu dokładnie do ostatniej odbitki, czekałem aż ktoś wyjmie z wywoływacza swoje rzeczy, żeby nic się nie popsuło, żaden okruszek, odcisk palca…

J: Też niesamowite było to wrażenie emocjonalnego przywiązania. Ten efekt kiedy nagle coś się pojawia na tym papierze – jest puste, a nagle po naświetlaniu jakimś światłem…

K: Jakaś czarna magia, jak to w ogóle działa, co nie?

J: Wkładamy do jakiegoś płynu, mieszamy trochę i nagle coś się pojawia. Czasami jest za ciemno, czasami za jasno, ale jednak to niesamowite, że coś takiego się dzieje na naszych oczach.

K: Nawet jak człowiek zna technikę, wie dlaczego tak się dzieje, to bycie w ciemni to jest jak magia, dosłownie. Ja się czułem magicznie – naświetlam jakiś papier, a na jakimś świstku nagle pojawia się to zdjęcie powiększone. To było dla mnie takie niesłychane, że wow, co się dzieje. A ludzie mieli takie „fuckupy”, że na przykład otwierali analoga, żeby zobaczyć, czy film wyszedł pod światło, zanim został wywołany, bo to też mało osób umiało poprawnie to zrobić

MAGIEL: A jeśli chodzi o modę analogową – widzicie, że jest jakiś powrót do niej, czy może właśnie ta moda zanika? Obracacie się w środowiskach artystycznych, jak to wygląda z Waszej perspektywy?

K: W pewnym momencie na ASP ileś tam lat temu chcieli usunąć ciemnię, uzasadniając że nie ma to już sensu i chcieli tam wstawić komputery do obróbki normalnych zdjęć. Pan Profesor był trochę bezradny, nie wiedział co robić, ale studenci zorganizowali aukcję z wystawą, w którą zaangażowali się najlepsi fotografowie w Polsce, również przekazując swoje rzeczy. Zebrali pieniądze na ciemnię, na jej remont, i udało się ją uratować. To była jedna z lepszych decyzji, bo teraz zainteresowanie taką fotografią jest ogromne W Łodzi studenci zrobili to samo – ratują ciemnie, remontują je i tworzą nowe. Wydaje mi się, że w ogóle teraz jest taka moda i w ubiorze, i w słuchaniu muzyki – na vinyle, nawet kasety teraz już powracają. Podobno kiedyś ludzie po pracy, jak mieli takie hobby, czyli ciemnię w domu, to siedzieli i wywoływali sami zdjęcia. To daje dużo większą satysfakcję niż zrobienie zdjęcia cyfrowo, odpalenie go na kompie i wyretuszowanie. Ja zakochałem się w tej analogowej fotografii, a nie miałem wcześniej styczności i nie wiedziałem, o co w tym chodzi. Interesuję się teraz aparatami, jak są jakieś tańsze, to kupuję. Na pewno będzie mi się ta kolekcja powiększać, bo to jest coś, co do mnie przemawia. Niestety powrót mody łączy się z tym, że wydatki są ogromne. Kiedyś wszystko do analogów było tanie, a teraz wszystko do nich jest drogie. W Warszawie częściej widzę ludzi na ulicach, robiących zdjęcia analogami niż cyfrówkami, o dziwo. Może przynajmniej ja tak mam, że zwracam na to uwagę.

MAGIEL: Kolejne pytanie dotyczy fizycznego przygotowania wystawy, mam na myśli dostosowanie miejsca w galerii, rozmieszczenie prac i tego typu aktywności. Czy coś Was zaskoczyło? Czego się nauczyliście na przyszłość     i jakie macie wspomnienia?

K: Ja zajmowałem się rozwieszaniem „Symetrii” na gluta do ściany, który się trzyma do dzisiaj.

J: No ja byłam ostatnio, to wszystko się pięknie trzyma.

K: I w „Symetrii” było łatwo, łatwo się ją rozmieszczało, ale akurat tym zajmowali się Julia, Emil i Jagoda. I właśnie ten proces był fajny, bo miał wpływ na opinie ludzi, którzy przyszli na wernisaż. Jednym rozmieszczenie fotografii bardzo się podobało, a drugim zupełnie nie, i ja najbardziej lubię takie skrajne opinie, bo to znaczy, że coś jest jednak ciekawe w pewien sposób.

J: To było tak, że rozmawiałam z profesorem, który powiedział, że w przypadku “Kształtu” i “Powierzchni” fajnie by było trochę to zaburzyć, bo jednak „Symetria” będzie bardzo spójna i rozmieszczenie zdjęć też takie będzie. Zdjęcia umieszczone obok siebie nabierają pewnego rytmu, a te miały być bardziej chaotyczne – któreś zwrócą większą uwagę, ale też zagrają jakoś ze sobą, a my będziemy to czytać, przechodząc obok. Położyliśmy je tuż przy ścianie i układaliśmy je. Mnie się bardzo podoba ten rozkład, bo jest taki bardziej żywy niż „Symetria”, mniej uporządkowany. Tak też wyglądała nasza praca w ciemni (śmiech).

K: Odzwierciedla to też, kim jesteśmy – studentami. Jednocześnie byliśmy dumni z tego układu, ale też musieliśmy zrezygnować z czegoś, co burzyło całą kompozycję.

J: Tak, to były w sumie trudne decyzje, bo siedzieliśmy i to zdjęcie leżało i nie wiedzieliśmy, co mamy z nim zrobić, ale jednak dbaliśmy o to, żeby całość dobrze grała. Niektóre zdjęcia musiały odejść, niektóre przyszły dodatkowo.

K: A z technicznych rzeczy, to pierwsze zdjęcia pomagał nam wieszać pracownik galerii.

J: Tak, bardzo nam pomógł.

K: Na początku długo się to robiło, ale jak już załapaliśmy, to szło bardzo szybko. Ten pan pokazał nam jak to robić najlepiej. A z „Symetrią” akurat było łatwo, bo to taśma, sznurek, równe odległości. I z takich technicznych jeszcze rzeczy to trzeba było zamówić antyramy z plexi, które odbijały jakoś światło, ale moim zdaniem wyglądało to dobrze, bo idealnie dopasowaliśmy zdjęcia do tych antyram. I jeszcze podpisy ogarnęliśmy na tych piankach.

J: Na początku też była niezła akcja z tymi podpisami, jak daliśmy do drukarni i nam myślnik zmieniło na „ę”.

K: Tak i mieliśmy na przykład „Krzysztof Jakubowski ę Matematyka (tego nie chcę)”.

J: To była też śmieszna przygoda. Ale jeszcze na temat tego rozmieszczenia to myślę, że też istotne jest to, że jest tam tyle zdjęć i tyle tematów indywidualnych, że jak się idzie na tę wystawę, to się nie czyta raczej wszystkiego, tylko wybiera się parę takich zdjęć, które do nas docierają. Tak jak w przypadku „Symetrii” – ona jest taka prosta w odbiorze, ładna wizualnie, a z tym układem analogów, to myślę że się wybiera parę zdjęć, nie da się tego całego przyswoić. Jednak tego jest dużo i każdy indywidualnie patrzy na zdjęcie.             Nie da się tego od razu ogarnąć. Ten układ służył temu, żeby skupić się na paru pracach i po prostu przyjąć to, co do nas dociera.

MAGIEL: A czy planujecie dalsze działania? Czy macie apetyt na tworzenie tego typu wystaw?

J: Po tym doświadczeniu na pewno mamy, bo to jak wiele osób się zaangażowało, jaki był odzew i też ile osób przyszło na wernisaż, to było bardzo miłe doświadczenie. I w ogóle też współpraca z panią kurator była niesamowita – jak nam zaufała i wspierała. Spotkaliśmy bardzo dużo ludzi, którzy chcieli naprawdę pomóc i też my bardzo się zaangażowaliśmy, więc wszyscy są usatysfakcjonowani. Nawet później rozmawialiśmy, że chcielibyśmy coś więcej z tym robić.

K: Pani Agnieszka była też bardzo zadowolona i niosła nam pomoc z takim ciepłem, a pan Rafał od montażu też okazał się nieoceniony. Jest już też perspektywa dalszego kontaktu i współpracy. Będzie otwierana druga galeria, z dużo większą przestrzenią, więc w przyszłości na pewno tam odbędą się kolejne wystawy. Pan Profesor już umówił się nawet z panią kurator na fotografie, projekty zdjęć do okładki i będzie zaproszony do tego znany polski aktor z lat 60., który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i tam robił zdjęcia gwiazdom. I on też miałby tam wystawę. Poza tym to przedsięwzięcie przyspieszyło działania, dzięki którym również u nas na uczelni powstanie galeria fotograficzna pod opieką studentów. Ta wystawa pokazała także, że mimo pandemii można działać. Pan Profesor docenił naszą pracę i to jak bardzo się zintegrowaliśmy. A czy jest apetyt na więcej? Zdecydowanie ogromny. Słyszeliśmy, że przyszła osoba, która mówiła z oburzeniem: czemu te opisy są pod zdjęciami są takie krótkie, ja bym chciała wiedzieć więcej. Pani z kawiarni odpowiedziała, że o to chodzi, żeby pomyśleć samemu nad sensem prac. To jest inspirujące.

MAGIEL: Tak płynnie trochę przeszliśmy do tematu uczelni. Studiujecie na ASP, więc chciałam zapytać, jak się czujecie po tym czasie nauki i jak myślicie, dla kogo są te studia?

J: Na pewno przydaje się pasja (mówię z punktu widzenia studiów dziennych), duży zapał. Pod względem stylu, to myślę, że to miejsce dla wszystkich, każdysię tu odnajdzie. Każdy robi coś innego i jest to przyjmowane, co widać na malarstwie czy rysunku. To bardzo ważne, że mamy taką przestrzeń do tworzenia, ale jednak przydaje się zapał, trzeba wiedzieć, że się dużo pracuje, to jest siedzenie godzinami na uczelni, potem jeszcze u siebie w domu, robienie projektów. To musi wychodzić z pasji i trzeba to czuć.

K: Na studiach dziennych jeszcze bardziej, bo my na wieczorowych mamy to lekko okrojone, ale też jest dużo roboty. Może to lepiej wpływa na osoby, które się na to decydują i nie byłyby w stanie tak poświęcić się dla uczelni, jak ci z dziennych. U nas też jest dużo rzeczy, ale jest to bardziej skondensowane. Dla kogo są te studia? Powiedziałbym dla każdego, kto się interesuje rysowaniem, malowaniem, tworzeniem czegokolwiek, bo te studia pozwalają wyrazić siebie. Odkryć siebie po prostu. Ja na rysunku rysuję modela, studium postaci w kreskówce (bo lubię kreskówki), przychodzi profesor i się ze mnie śmieje, ale daje też korekty do tego, co robię. Nie ma tak, że mówi: ale co ty robisz? Czuję się często tak, jakbym przychodził do znajomych coś porobić, ta uczelnia dużo mi dała dzięki ludziom. Na ASP ważni są właśnie oni, bo spędzasz z nimi tyle czasu, że jak się nie dogadasz, to chyba nie wytrzymasz tych pięciu lat na dziennych (śmiech).

J: Moim marzeniem było to, żeby się tutaj dostać. Udało mi się za drugim razem, jednak było ciężko. Ile pracy musiałam w to włożyć – poświęcić cały rok na przygotowanie do akademii, codziennie rysowałam po sześć godzin i stworzyłam tyle prac. Jak się dostałam, to naprawdę poczułam, że to jest to, co chcę robić i że naprawdę warto było poświęcić ten rok, a w zasadzie dwa. Teraz czuję, że to jest to miejsce i że jest też przestrzeń na moje emocjonalne przeżycia, Nie muszę się skupiać tylko na projektowaniu, ale mogę też bardziej wejść w sferę artystyczną. Jest to szanowane przez większość osób, w tym profesorów, że mamy jakiś pomysł – oni ze mną porozmawiają na ten temat i coś fajnego z tego wyjdzie. Są bardzo otwarci na takie dodatkowe rzeczy, które robię poza tematami, które są nam zadawane.

K: Też nasz wydział – tam się każdy zna, każdy wie, kto kim jest. Jest tam trochę taki klimat, że to, co się dzieje na wydziale, zostaje na wydziale. Żeby poznać jakiś budynek ASP – grafiki czy malarstwa, te stare budynki, to trzeba po prostu się tam dostać. Żeby zobaczyć kwaszarnię na dole… to są miejsca, które przez 50 lat się zupełnie nie zmieniły.

J: Chociaż jest to bardzo wszechstronny wydział, bo jednak mamy bardzo dużo rzeczy – i  ilustracja, grafika cyfrowa, też warsztat, typografię, liternictwo i fotografię…

K: Ja nawet filozofię mam.

J: No właśnie i historia sztuki, na ASP jest bardzo dużo przedmiotów i to bardzo rozwija. Jest też przestrzeń na malarstwo, na rysunek, więc to jest bardzo dobre. Każdy znajdzie coś dla siebie, przez dwa lata mamy wszystko, a potem idziemy w jakąś specjalizację, co nam się spodoba przez ten czas.

K: Możesz nawet na Wydziale Grafiki iść na rzeźbę. Studia wieczorowe są trochę dla innych osób, które pracują, są już starsze, bo my zamiast pięciu lat z rzędu mamy trzy lata licencjatu i kontynuację, a specjalizację wybieramy już po roku.

DD: Co byście poradzili sobie, zaczynającym ten projekt, pracę nad zdjęciami? Czy macie jakieś rady dla siebie?

J: Żeby na spokojnie wszystko robić, bo ja byłam bardzo zestresowana tym, że mi nie wychodzi. Też nie wiedziałam, pierwszy raz to robiłam, nie wiedziałam jak z czasem, czy ja się w ogóle wyrobię do sesji, do tej wystawy. I też uważać na to, co robię, bo czasami przez chaos, jakąś dezinformację robiłam jakieś głupoty i potem wyszłam np. ze zdjęciem na zewnątrz bez utrwalacza i całe mi się wypalało. Myślę, że ten spokój i opanowanie i pewnego rodzaju cierpliwość, że nie będzie wychodzić na początku, są bardzo ważne.

K: Zgadzam się, bo każdy się tym stresował na początku, nie wiedział czego oczekiwać. Ale ja bym też sobie poradził, żeby aż tak nie zawracać głowy Pawłowi, bo w sumie fajna jest zabawa, jak sam to wszystko ustawiasz, a nie cały czas pytasz, jak coś zrobić. Gdyby mi tylko powiedział, jak mam to ustawić, to później sam chciałbym próbować, bo to była największa zabawa. Pamiętam, jak robiłem drugą odbitkę i siedziałem z Julią w ciemni. Patrzyliśmy, jak wychodzi i nagle Wow, co takie jasne, to musi być na 100 sekund. Sto sekund? Co takie jasne, ten czas naświetlania? To musi być na 150! Sto pięćdziesiąt? Co takie jasne? To może na 200 sekund trzeba? Ooo za ciemne, to 170.

J: Trzeba sobie dać przestrzeń na te błędy i na próbowanie różnych rzeczy i wtedy człowiek się najwięcej nauczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *