Europejski średniak

Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej to kolejny sprawdzian dla drużyny Rombla. Zaczęli dobrze, później pojawiły się komplikacje. Czy jednak w ostatecznym rozrachunku zaliczyli test?

Tekst: Angelika Grabowska

Gospodarzami ME w tym roku były Węgry oraz Słowacja. Turniej rozpoczął się 13 stycznia i trwał przez kolejne 17 dni, przynosząc kibicom wiele emocji. Niestety nie tylko same mecze były źródłem zaskoczeń, lecz także przepisy covidowe. Patryk Rombel, selekcjoner reprezentacji Polski, stwierdził, że był to najdziwniejszy turniej, w jakim brał udział. Równie nieoczekiwane były występy jego zawodników.

Mistrzowska organizacja

Polska trafiła do grupy D, a więc musiała zmierzyć się z Austrią, Białorusią i Niemcami. Przed rozpoczęciem turnieju zdania kibiców i ekspertów na temat reprezentacji Polski były podzielone. Jedni twierdzili, że nie ma szans na wyjście z grupy, inni wierzyli, że w fazie wstępnej może zdobyć komplet punktów. Prawda leżała pośrodku – Polska uzyskała awans do fazy zasadniczej z drugiego miejsca. Jednak nim doszło do prawdziwej rywalizacji, biało-czerwoni musieli zmierzyć się jeszcze z jednym przeciwnikiem – testami na COVID-19. Polska kadra długi czas oczekiwała na ich wyniki, przez co trener nie mógł zaplanować składu na nadchodzący mecz, a nawet… przeprowadzić treningu. Dopiero w czwartek, dzień przed spotkaniem z Austrią, Polska mogła wejść do hali, a i wtedy Patryk Rombel miał do dyspozycji zaledwie 12 graczy. Nieoczekiwane zmiany w składzie z powodu odsyłania zawodników na izolację zdarzały się także w kolejnych meczach. Jak widać, organizacja ME nie należała do najlepszych, mimo to Polska rozpoczęła turniej upragnionym zwycięstwem.

Dobre początki

W meczu z Austrią polscy szczypiorniści niemal cały czas prowadzili, a nawet udało się im zbudować znaczącą przewagę na kilkanaście minut przed końcem spotkania. Rzuty z drugiej linii Szymona Sićki, doskonała skuteczność Arkadiusza Moryty oraz zaskakująco dobra gra Michała Daszka (nominalnie skrzydłowego) na rozegraniu napawały optymizmem na kolejne spotkania. Kibice nie zawiedli się, gdyż mecz z Białorusią okazał się jeszcze lepszy. Polakom wychodziło w zasadzie wszystko – świetnie bronili, skutecznie atakowali i budowali coraz większą przewagę. Po końcowym gwizdku wynik wynosił 29:20 dla Polski. Choć drużynę Rombla czekał jeszcze mecz z Niemcami, to już mogła cieszyć się z awansu do kolejnej rundy. Dobra passa szczypiornistów została zauważona przez media, które od razu zaczęły pompować balonik polskiego sukcesu. W Internecie można było przeczytać o odrodzonej kadrze i nadziejach na walkę o medale. Jak się wkrótce okazało, opinie te były wydane przedwcześnie a mecz z Białorusią, choć wspaniały, był ostatnim zwycięstwem biało-czerwonych na tych mistrzostwach. W ostatnim spotkaniu w grupie D zmierzyli się z Niemcami, z którymi przegrali 23:30. Choć porażka była znacząca, kibice wierzyli, że był to jedynie wypadek przy pracy.

Koniec Mistrzostw w dziwnym stylu

Czas jednak pokazał, że kolejne mecze były jeszcze gorsze. W fazie zasadniczej Polska musiała zmierzyć się z obecnym mistrzem Europy – Hiszpanią, oraz jak się wkrótce okazało, przyszłym – Szwecją . Ponadto czekały ją spotkania z mocną od lat Norwegią i Rosją. Pierwszy mecz Polska rozegrała z Norwegami. Na początku żadna z drużyn nie potrafiła zbudować przewagi. Wydawało się, że będzie to wyrównane i emocjonujące spotkanie. Niestety zapowiedź okazała się fałszywa i wkrótce to przeciwnicy zaczęli dyktować warunki. Konstruowali szybkie akcje, których Polacy nie byli w stanie zatrzymać. Biało-czerwoni nie potrafili także rozgrywać dobrych ataków, przez co rywale wciąż budowali przewagę. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 15:21. Po przerwie przez chwilę wydawało się, że coś zmieniło się w polskich reprezentantach. Zaczęli odrabiać straty, ale Norwegowie szybko zniszczyli marzenia Polaków o odwróceniu losów tego spotkania. Na dwadzieścia minut przed końcem meczu przeciwnicy prowadzili 10 bramkami. Choć w piłce ręcznej dałoby się tę stratę odrobić, to wszyscy widzieli, że mecz już się zakończył. Szczypiorniści Rombla wciąż popełniali błędy, a ich wiara w wygraną z każdą minutą była coraz mniejsza. Po końcowym gwizdku wynik wynosił 31:42 dla Norwegii. Mimo wszystko, zawodnicy pokładali nadzieję w kolejnym spotkaniu. Chcieli pokazać się z lepszej strony i powalczyć o punkty ze Szwecją. Niestety znowu coś zawiodło, a dokładniej skuteczność w ataku. W pierwszej połowie meczu udało się im zdobyć zaledwie 6 bramek – od 13 minuty spotkania rzucili tylko jednego gola i to z rzutu karnego. Po 30 minutach przegrywali 6:14. Choć już ten wynik brzmiał źle, najgorsze miało dopiero nadejść. W drugiej połowie Skandynawowie dodatkowo zwiększyli swoją przewagę i ostatecznie pokonali polskich szczypiornistów różnicą 10 trafień. W pewnym momencie pojawiła się nawet obawa, że biało-czerwoni pobiją niechlubny rekord najmniejszej liczby goli zdobytych w meczu Mistrzostw Europy, który dotychczas wynosił 14 bramek. Na szczęście po końcowym gwizdku Polska miała ich na swoim koncie 18. W zasadzie oprócz dobrej dyspozycji młodego Piotra Jędraszczyka, była to jedyna dobra informacja z tego spotkania. O wiele więcej pozytywów można jednak znaleźć w meczu z Rosją, który biało-c powinni  wygrać… Po 3 słabych występach znowu zaczęli reprezentować poziom z meczów rozpoczynających turniej. Spotkanie z Rosją było wyrównane do ostatnich sekund. Michał Daszek zdobył 29 bramkę, która dawała Polakom prowadzenie na 3 sekundy przed końcem spotkania. Wydawało się, że wygrali. Do uśmiechniętego zdobywcy ostatniego gola podbiegli równie zadowoleni koledzy. Wtedy okazało się, że selekcjoner Rosji wziął czas, a więc jego zawodnicy mają jeszcze 3 sekundy na przeprowadzenie akcji. Musieli ją rozpocząć z połowy boiska, co znacząco utrudniało im zdobycie gola. Było to naprawdę mało prawdopodobne – jednak sport znowu pokazał, że niemożliwe nie istnieje. Kosorotow, jeden z najwyższych zawodników Rosji, rzucił bramkę z 15 metrów. Choć trzeba przyznać, że było to spektakularne trafienie, to jednak ten gol nie powinien zostać uznany. Kosorotow zrobił aż 4 kroki z piłką, czyli o jeden za dużo, niż pozwalają przepisy. Mimo to  bramka została uznana, a mecz zakończył się remisem 29:29. Polska szybko musiała przełknąć tę niesprawiedliwość i skupić się na kolejnym spotkaniu z Hiszpanią. Na szczęście okazało się ono równie emocjonujące. Choć końcowy wynik dawał zwycięstwo rywalom (27:28) to jednak gra biało-czerwonych znacznie się polepszyła. Utrzymywali kontakt z przeciwnikiem i wykazywali się wolą walki, której wcześniej im brakowało. Tym słodko-gorzkim akcentem zakończyli swój udział w Euro 2022. Ostatecznie uplasowali się na 12 miejscu, a więc pośrodku tabeli. Biorąc pod uwagę nieobecność niektórych zawodników i zamieszanie związane z covidowymi przepisami, występ reprezentacji Polski nie należał do najgorszych. Z pewnością słowa uznania należą się Arkadiuszowi Morycie który znalazł się wśród 3 najskuteczniejszych zawodników ME. Wiele nadal wymaga jednak poprawy przed Mistrzostwami Świata w 2023 roku.

Walka o medale

Kiedy Polska żegnała się z turniejem, inne drużyny cieszyły się z awansu do fazy pucharowej. Mecz o piąte miejsce był bardzo zacięty – 60 minut nie pozwoliło na rozstrzygnięcie. Po dogrywce lepsi od Islandii okazali się Norwegowie. Piąte miejsce, choć poza podium, zapewniło im awans do MŚ w 2023 roku. Mecz o brąz rozegrały Dania z Francją. Tym razem by poznać zwycięzcę również potrzebne były dodatkowe minuty.. Ostatecznie na najniższym stopniu podium stanęła Dania, która pokonała przeciwników 35:32. W wielkim finale o złoto walczyła Hiszpania ze Szwecją. Spotkanie było bardzo wyrównane, zapowiadało się nawet na dogrywkę, jednak w ostatnich sekundach Szwecja wywalczyła rzut karny, a chwilę później zamieniła go w zwycięską bramkę. W ten sposób piękny turniej, jakim są Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej, dobiegł końca.