Relacja z koncertu Molchat Doma

Koncert Molchat Doma 1 lutego 2020 w nieboszczce Zet Pe Te przy Dolnych Młynów w Krakowie był przedostatnim wydarzeniem muzycznym, na którym miałem okazję pojawić się przed wybuchem pandemii. Od tamtej pory sporo się zmieniło, również w temacie samego zespołu – z takim nastawieniem szedłem prawie dwa lata później na ich występ przy Nowym Świecie 21 w Warszawie.

Tekst: Michał Wrzosek 

Dwadzieścia dwa miesiące poprzedzające powrót Milczących Domów do Polski były dla zespołu intensywne. z początku wstrzymanie trasy koncertowej w marcu mogło wydawać się straconą szansą na wizytę w naszym kraju. Nic bardziej mylnego – po tym, jak piosenka Sudno stała się tiktokowym viralem, popularność tria z Mińska tylko wzrosła, a po zniesieniu restrykcji w wielu krajach w późniejszym czasie Molchat Doma mogli sobie pozwolić na tour po jeszcze większych lokalach w jeszcze większej liczbie miast. Pandemiczna sytuacja okazała się też bodźcem do dokończenia nagrywanej przez nich płyty, która została wydana w listopadzie 2020 pod tytułem Monument.

5 grudnia 2021 w klubie Niebo, leżącym w podwórzu dzielonym przez kamienice przy Alejach Jerozolimskich i Nowym Świecie, mińska grupa zagrała swój drugi występ tej trasy w Polsce. Pierwszy miał miejsce dzień wcześniej w Poznaniu. Szansę na pojawienie się na nim dostałem rzutem na taśmę kilka godzin wcześniej. Szedłem na miejsce śródmiejskimi uliczkami, wciąż niepewny, czy ta szansa to błogosławieństwo, czy przekleństwo. Po wejściu do lokalu, minąwszy stoisko z merchem o mocno zawyżonych cenach oraz barek z przerażająco długą kolejką osób chcących kupić jakiś trunek, z zaskoczeniem stwierdziłem, że sala nie jest dużo większa od tej w Krakowie. z głośników leciała post-punkowa muzyka. Spojrzałem za okno – Warszawa tego dnia pokryta była cienkim kocykiem śniegu. Widok przepełniony był jaskraworóżową aurą, być może wytworzoną przez wiszący na ścianie budynku neon. Scena ta, dająca skojarzenia z bardziej melancholijnymi momentami drugiej części Łowcy Androidów, doskonale pasowała do słuchania Molchat Doma.

W Krakowie większość widowni ewidentnie stanowili dwudziestokilkulatkowie, często swym wyglądem wskazujący na umiłowanie smutnej muzyki. Tym razem moją uwagę przykuło to, że na koncercie pojawiło się nieco osób w starszym wieku. Być może to ci, którzy w młodości słuchali audycji Tomasza Beksińskiego lub chodzili w skórach, nazywając siebie „depeszowcami”. Być może po prostu przyszli pilnować swoje niepełnoletnie, nastoletnie dzieci – takie też się tu trafiały. Sporo par na randkach, sporo osób, które nie czuły vibe’u szaleńczego skakania do muzyki oraz sporo osób, które mógłbym określić powierzchownie „normikami”. Czyżby Molchat Doma faktycznie weszło do mainstreamu? A może to ja się mylę i w Krakowie nie było inaczej.

Muzycy wyszli na scenę z mgły. Wokalista Jegor Szkutko i basista Paweł Kozłow z włosami (i zarostem) sporo dłuższymi niż przed pandemią, gitarzysta Roman Komogorcew natomiast już zupełnie łysy. Niepewność tego, jak zaczną, została przerwana pierwszymi taktami kończącej przełomowe Etazhi doomerskiej Kletki. Następnie zespół zagrał zaskakująco skoczną wersję Zvezd z ostatniego longplaya, a potem Lyudi Nadoeli z debiutanckiej płyty. Setlista czerpała z materiału ze wszystkich trzech dotychczasowych albumów grupy, nie ograniczając się jedynie do najpopularniejszych piosenek. „Nowoje piesni”, jak w Krakowie zapowiadał nieznane wcześniej utwory Szkutko, weszły do repertuaru na stałe, jako pełnoprawne i wydane dzieła. Można wręcz powiedzieć, że zdominowały one tę dość wyważoną mieszankę – album Monument został (choć nie po kolei) zagrany jako jedyny w całości. Ku mojemu zdziwieniu, zabrakło charakterystycznych Filmów. Zespół co kilka piosenek skakał między nastrojami, instrumentami i albumami. Pojawiły się m.in. melancholijna Toska i Udalil Tvoy Nomer, surowe Ya Ne Kommunist, ekscentryczny Leningradski Blues, oniryczna Tishina, dyskotekowe Tantsevat oraz mroczne Ne Smeshno. 

Molchat Doma nie jest zespołem kładącym nacisk na choreografię czy eksplozywną prezencję sceniczną, niemniej na koncercie wszystko zdaje się być na miejscu. Stojący zwykle bez ruchu przy mikrofonie Szkutko po obu stronach ma kiwających się w rytm muzyki instrumentalistów. Wokalista często jednak dokłada coś swoją gestykulacją oraz ekspresywną mimiką. Dzięki swojej fryzurze i bujnemu wąsowi może na przykład wyglądać jak mickiewiczowski pustelnik, który po dwustu latach wrócił, by opowiedzieć nam z rozpaczą w głosie, że tego dnia przyśniła mu się jego ukochana, której numer usunął ze swojej komórki. W innym przypadku stoi dumnie i niewzruszenie, patrząc z góry na widzów. W Ne Smeshno zdaje się wręcz grozić publiczności. W pewnym momencie przestałem liczyć, ile razy po rosyjsku podziękował widowni – prawdopodobnie tyle, ile zaśpiewał piosenek.

Instrumentaliści urozmaicali występ różnymi improwizowanymi wstawkami, zmienionymi wersjami wstępów do piosenek, solówkami pomiędzy lub w trakcie utworów, nieznanymi z wersji albumowych czy singlowych. Jednym z ciekawszych momentów koncertu był gitarowo-basowy pojedynek między Komogorcewem i Kozłowem w Leningradskim Bluesie, zakończony stuknięciem się przez muzyków czołami. Przed którąś z piosenek (prawdopodobnie Tishiną lub Kryshi) gitarzysta zagrał riff A Forest zespołu The Cure. W końcu pomiędzy tanecznymi Diskoteką i Na Dne, kończącymi właściwą część występu, zespół postanowił uraczyć publiczność świetlno-dźwiękową kakofonią, podczas której zdecydowanie najlepiej na sali bawili się sami muzycy. Instrumentaliści próbowali wykrzesać, ile się da ze swoich syntezatorów, podczas gdy Szkutko stał niczym upiór i rozglądał się po widowni. To zdecydowanie nie był koncert dla epileptyków.

Czy mogę powiedzieć, że koncert był satysfakcjonujący? Jak najbardziej! Czy Molchat Doma na żywo buja mocniej niż na płycie? Jeszcze jak! Czy inni bawili się przynajmniej tak dobrze jak ja? Patrząc po tym, z jaką werwą wskakiwali w strefę zgniotu czy też wykrzykiwali, że nie są komunistami albo nie umieją tańczyć – sprawa jest jasna. Wyszedłem z Nieba bardzo zadowolony z tego, jak spędziłem ten wieczór, poddawszy się muzyce oraz skaczącemu tłumowi, a także spotkawszy niespodziewanie kilka znajomych twarzy. Odczuwałem jednak pewien niedosyt, jako że tym razem nie dane było mi ujrzeć członków zespołu stojących po występie przy stoisku z merchem, jak miało to miejsce w Krakowie. Cóż, być może zdrowy rozsądek oraz wizja pobudki w poniedziałkowy poranek wywiały mnie z klubu zbyt wcześnie na takie rarytasy. Być może zespół wyrósł za bardzo, by poddawać się tak „niezalowym” zwyczajom. Przez te półtora roku doszło do wielu zmian w życiu zarówno moim, jak i Jegora, Romana czy Pawła, a jednak cieszy to, że kolejne wspólne spotkanie tego dziwnego, pośredniego i bezosobowego niemal rodzaju, okazało się nie mniej satysfakcjonującym od dziewiczego.

Na bis Białorusini zagrali oczywiście Sudno, w trakcie którego widownia oszalała. Za takimi momentami bardzo się przez miesiące lockdownu stęskniłem.