Wywiad z kuratorką wystawy „Nikifor. Malarz nad malarzami”, Alicją Mironiuk-Nikolską, etnografką i kustoszką

Uwaga! W wydaniu papierowym MAGLA do wywiadu wkradł się błąd przy nazwisku Mariana Włosińskiego (w poprawnym zapisie powinno być „Marian Włosiński”, a nie „Marian Kłosiński”). Bardzo przepraszamy za tę pomyłkę.

 

Rozmawiała: Natalia Morawska

 

Nikifor, a właściwie Epifaniusz Drowniak (ur. 1895, zm. 1968), to malarz zaliczany do grona artystów sztuki prymitywnej, artysta-samouk o pochodzeniu łemkowskim. Mimo niepełnosprawności (wady słuchu i wymowy) i częstego braku środków do życia, malarz traktował sztukę jako swoją misję i powołanie. Nikifora można było spotkać na krynickim deptaku, gdzie sprzedawał obrazkowe pamiątki własnego autorstwa, a także w pobliskich cerkwiach ‒ gdzie szkicował religijne przedstawienia. Dziś, w jego ukochanej Krynicy, można zobaczyć pomnik malarza z psem, oraz odwiedzić poświęcone mu muzeum w Willi „Romanówka”.

 

 

MAGIEL: Skąd u pani zainteresowanie sztuką ludową i nieprofesjonalną?

ALICJA MIRONIUK-NIKOLSKA: Zawsze chciałam pracować w muzeum. To było moje marzenie z czasów szkolnych. Lubiłam pracę z zabytkami, bardzo mnie to interesowało. W IV klasie liceum przyjechali do nas praktykanci z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy zainteresowali nas etnografią. Bardzo mi się to spodobało i stwierdziłam, że po tym kierunku też można pracować w muzeum. Poza tym bałam się, że nie zostanę przyjęta na historię sztuki, która uchodziła za prestiżowy kierunek. Trudno było mnie, osobie z małej miejscowości, dostać się na takie studia. Okazało się, że etnografia też była elitarna, bo było nas dwanaścioro na roku. Cztery osoby z tej grupy pracują w muzeach: dwie koleżanki – w Muzeum Narodowym i w Ostrołęce, kolega, który pracuje w Zachęcie, i ja, więc w sumie nie najgorzej.

A Nikifor? Skąd przyszło takie zainteresowanie jego osobą?

Tutaj, w Muzeum Etnograficznym, pracuję od 25 lat. Na początku trafiłam do pracowni sztuki – zajmowałam się sztuką ludową i nieprofesjonalną, bo i taką kolekcję mamy w naszych zbiorach. Kolekcją Nikifora przez wiele lat opiekowała się moja starsza koleżanka, Jadwiga Migdał, która jest specjalistką i znawczynią twórczości tego artysty. To ona organizowała wiele wydarzeń, a teraz ja postanowiłam przygotować coś na ponowne, popandemiczne otwarcie muzeum. Mamy plan, żeby zrobić w 2025 r. wielką ekspozycję przekrojową zatytułowaną Talent. Pasja. Intuicja III. Pomysł pojawił się już w 1965 r., gdy Aleksander Jackowski, badacz i wieloletni redaktor naczelny „Polskiej Sztuki Ludowej”, przygotował pierwszą wystawę przeglądową sztuki nieprofesjonalnej w Polsce pt. Inni. Od Nikifora do Głowackiej. Wiemy, że wzrost zainteresowania kulturą nieprofesjonalną w Polsce nastąpił nie tak dawno. Był on szczególnie zauważalny po tym, jak Instytut Sztuki PAN powołał Pracownię Sztuki Nieprofesjonalnej, na której czele stanął Jackowski. W 1985 r., wspólnie z Muzeum im. Jacka Malczewskiego (wówczas Muzeum Okręgowym w Radomiu) oraz jego dyrektorem i znawcą sztuki nieprofesjonalnej, Adamem Zielezińskim, badacze przygotowali nową, retrospektywną prezentację prac sztuki nieprofesjonalnej, zatytułowaną Talent. Pasja. Intuicja. Dwadzieścia lat później nasze Muzeum przystąpiło do realizacji drugiej edycji. Razem z koleżankami zajmującymi się sztuką nieprofesjonalną, z Muzeum Śląskiego i muzeów etnograficznych w Toruniu i Krakowie, doszłyśmy do wniosku, że dobrze byłoby podtrzymać tę ideę Jackowskiego i zorganizować  trzecią edycję wystawy co dwadzieścia lat (on sam uznał, że jest to odpowiedni okres do dokonywania pewnych podsumowań i pokazywania nowych zjawisk). Mamy taki pomysł i zobaczymy, czy uda się go zrealizować. Zaplanowałam, że stopniowo dojdziemy do tej dużej wystawy retrospektywnej poprzez małe prezentacje i wystawy monograficzne, gdzie będzie kilkaset prac, może ponad stu twórców. Od czego zacząć? To jest oczywiste, że zaczynamy od Nikifora. Tym bardziej, że w naszym Muzeum jest dosyć duży zbiór obrazów tego artysty, liczący aż 131 prac własnych. W tym pandemicznym czasie można to więc zrobić bez wypożyczania eksponatów, ograniczając tym samym kontakty z innymi muzeami – bez narażania siebie i innych. Mamy dodatkowo wspaniały depozyt. Jest taka praktyka, że właściciele prywatni mogą u nas złożyć swoje zbiory na jakiś czas do celów badawczych i wystawienniczych. Muzeum zapewnia ochronę i konserwację, a w zamian może bezpłatnie z tych zbiorów korzystać. Na wystawie pokazujemy obrazy z kolekcji Alfonsa Karnego.

Rozumiem więc, że wystawa była podtrzymaniem idei Jackowskiego. W jednym z radiowych wywiadów, wspominała pani o potrzebie odkrywania osób z mniejszości etnicznych, ale też i z niepełnosprawnościami. Czy taka idea również przyświecała wystawie? Wcześniej nie mówiło się zbyt wiele o takich tematach. Czy Nikifor (przez swoją niepełnosprawność) był objęty tabu czy niekoniecznie?

Nikifor nie był objęty tabu, o jego niepełnosprawności wiedziano, ale nie miało to wpływu na odbiór sztuki. My dzisiaj w wielu miejscach zaznaczamy potrzebę włączenia do obiegu kultury osób z niepełnosprawnościami. Oczywiście najważniejsza jest sztuka Nikifora. Ale to przywoływanie jego pochodzenia i niepełnosprawności jest odpowiedzią na to, co się dzieje dzisiaj – musimy chyba głośniej o tym mówić. Niepełnosprawność Nikifora nie była jednak nigdy ukrywana, bo wszyscy o niej wiedzieli; wydaje mi się, że było to traktowane nawet bardziej naturalnie niż teraz. Pochodzenie łemkowskie w pewnym momencie było przeszkodą – Nikifora zawłaszczono do kultury polskiej, pomijając jego korzenie i dziedzictwo kulturowe, w którym się wychował. W obecnym czasie nie jest to już jednak temat tabu.

 

 

Czy mogłaby pani powiedzieć coś więcej o dziełach z kolekcji prywatnej umieszczonych na wystawie?

Są to prace z kolekcji Alfonsa Karnego, wybitnego rzeźbiarza. To artyści odkryli Nikifora – nie etnografowie, nie badacze, tylko właśnie oni. Jeszcze przed wojną byli to koloryści, przedstawiciele klubu paryskiego, a po wojnie ‒ właśnie Karny, którego do sięgnięcia po łemkowskiego malarza zachęcił felieton Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z 1947 r. Gdy poważany, ceniony poeta napisał o Nikiforze, zainteresowano się na nowo łemkowskim artystą i jego sztuką. Pamiętajmy, że w tym samym czasie, w latach 40., Nikifor był dwukrotnie deportowany w ramach akcji „Wisła” jako przedstawiciel mniejszości łemkowskiej – wracał do Krynicy, ale zauważalny był rozdźwięk między pozytywną oceną jego sztuki a brakiem szacunku dla pochodzenia samego malarza.

Zanim przejdziemy do samego Nikifora, chciałam zapytać o pomysł na wystawę. Otwiera ją cytat z wiersza Zbigniewa Herberta, Nikifor. Czy można ten cytat uznać za motto całej wystawy? Skąd wziął się pomysł, żeby sięgnąć po akurat ten utwór?

Sięgnęłam do twórczości Herberta, żeby pokazać, jak Nikifora odbierali wybitni przedstawiciele polskiej kultury. Obok Herberta byli to: Konstanty Ildefons Gałczyński, Jerzy Harasymowicz, Tadeusz Kulisiewicz, a z nowszych, bardziej nam współczesnych artystów – Edward Dwurnik. Nikifor trafił też do popkultury – zespół No to co śpiewa piosenkę pt. Nikifor.

Ostatnio o Nikiforze słychać również w piosence duetu Łona i Webber Nikifor szczeciński.

No właśnie, Nikifor cały czas jest w obiegu kultury. Uznałam, że Herbert kojarzy się z tą najwyższą kulturą. Poza tym, pięknie, zupełnie inaczej odbiera sztukę Nikifora, jego przemyślenia są znakomite .

Spogląda na artystę od zupełnie innej, literackiej strony.

Tak, dlatego chciałam to pokazać. Poza tym przy realizacji wystaw lubię sięgać po cytaty nie tylko badaczy, lecz także poetów, literatów; zawsze staram się coś wyszukać.

Bardzo mi się ten pomysł spodobał. A skoro jesteśmy w kręgu literatów, pisarzy i artystów, słyszałam też o zestawieniu – choć dla mnie jest ono trochę abstrakcyjne – Andy’ego Warhola z Nikiforem ze względu na ich łemkowskie pochodzenie. Czy ci artyści byli do siebie porównywani i co pani sądzi o takim skonfrontowaniu obu malarzy?

Nie byli oni razem zestawiani. Ale w ostatnio wydanej przez Fundację Stara Droga Łemkowskiej książeczce wymienieni są trzej najwybitniejsi przedstawiciele Łemków w sztuce: Andy Warhol, Nikifor i Jerzy Nowosielski. Zresztą niedawno w tekście o Nowosielskim znalazłam reprodukcję Nikifora i informację, że obaj artyści mieli gdzieś razem wystawę. Myślę, że każdy naród, grupa czy mniejszość chce pokazać swoich wybitnych ludzi, więc podejrzewam, że gdzieś na pewno autorzy tych porównań znajdują odniesienia do dziedzictwa łemkowskiego. Trudno powiedzieć dla kogo z tych artystów to zestawienie jest nobilitujące – żaden z nich nie wypowiadał się na ten temat za życia.

Wróćmy do samego Nikifora. Jak to się stało, że człowiek w zasadzie bez żadnego wykształcenia zdobył taką popularność? Można powiedzieć, że dziś już praktycznie każdy o nim słyszał. Czy Nikifor wpisał się do kanonu malarzy, czy też ludową sztukę łemkowskiego artysty powinniśmy traktować odrębnie?

Sztukę ludową postrzegamy odrębnie, ale na Nikifora patrzymy jako artystę bez żadnych przymiotników i tak też oceniają go kolekcjonerzy. Tak nawet sytuuje się go na aukcjach sztuki, których jest zresztą dużo. Nazwisko artysty umieszcza się np. w katalogach sztuki współczesnej obok Stanisława Ignacego Witkiewicza (i obydwaj są, jak ktoś powiedział, najczęściej fałszowanymi malarzami). Nikifor na pewno trafił do kanonu sztuki. Myślę też, że jest znany przede wszystkim dzięki swej twórczości. Jego wczesne prace zachwyciły kolorystów – Romana Turyna, Jerzego Wolffa i Jana Cybisa. To oni zwrócili uwagę na wspaniałą kolorystykę, umiejętność widzenia i komponowania barw. Również te wielkie, prywatne kolekcje należały do artystów – wspomnianego Alfonsa Karnego czy Jerzego Zanozińskiego (który przygotował pierwszą monograficzną wystawę Nikifora w Zachęcie w 1967 r.). Mamy też duży zbiór z kolekcji Zygmunta Stępińskiego, architekta, którego, jak podejrzewam, urzekł sposób widzenia architektury. Artyści nie przywiązywali wagi do niepełnosprawności Nikifora, fascynowało ich, że łemkowski malarz bez żadnych studiów tak intuicyjnie widział to, do czego oni dochodzili wiele lat.

Co mnie osobiście zaciekawiło to fakt, że Nikifor nie miał właśnie żadnego wykształcenia, a jednak podpisywał swe prace „Matejko”. Skąd malarz mógł wiedzieć o Janie Matejce? Czy tylko możemy się dziś tego domyślać?

Tak, możemy się tylko domyślać ze względu na problemy z porozumiewaniem się z Nikiforem – malarz niewyraźnie mówił i nie dosłyszał. Jego ojciec był nieznany, trudno więc było zrozumieć, po kim mógł odziedziczyć talent. Jedną z teorii jest, że w okresie międzywojennym jacyś krakowscy malarze zabrali go do Krakowa w celach edukacyjnych i być może widział tam obrazy Matejki, usłyszał, że jest to wielki artysta, największy w Polsce. Mimo skromnego życia na co dzień Nikifor miał świadomość wagi swojego talentu i tego, że jest wspaniałym artystą, więc porównywał się do malarza.

Ta teoria jest bardziej anegdotą, legendą? Dziś już nie do sprawdzenia?

Tak, to jest nie do sprawdzenia. Nikifor miał też swoją pieczątkę „Nikifor-Matejko” i tak o sobie mówił. Uważał artystę za kogoś lepszego, stojącego ponad społecznością, miał też przekonanie o wielkości swojej sztuki.

Jakie jeszcze tajemnice i legendy kryje życie artysty?

Różni badacze zastanawiają się, dlaczego Nikifor, mimo że już sprzedawał swoje obrazy, nadal żył biednie, jak żebrak. Siedział w Krynicy z listem proszalnym, w którym prosił o pieniądze. Jeszcze inną zagadką jest nazwisko Nikifora. Według jednej z opowieści w 1962 r. nadano mu nazwisko „Krynicki”, bo nie wiedziano, jakie ma pochodzenie. Być może ówczesne władze polskie nie chciały podkreślać jego łemkowskich korzeni. Dopiero po śmierci Nikifora, w latach 90. odbył się proces o przywrócenie rodowego imienia – Epifaniusz Drowniak. Trwał podobno siedem lat, więc mogło wpłynąć na taką legendę.

Legendę, a może i mit. Gdy myślę o Nikiforze to widzę od razu obraz niewielkiego człowieka z walizką, w kapeluszu…

Tak, Nikifor ubierał się, jak i przedstawiał na obrazach w stroju fantazyjnym, który kojarzył mu się z artystami. Wielu rzeczy musimy się domyślać, nie wszystko o nim wiemy. Nawet to, jak go oceniamy czy to, co możemy powiedzieć o artyście ‒ nie dowiadujemy się tego bezpośrednio od Nikifora. Wiemy, że, gdy matka nie mogła się nim opiekować, wiele czasu spędzał w cerkwi, gdzie chłonął tamtejszą atmosferę. Później – włóczył się, wyjeżdżał, podróżował pociągiem, ale przede wszystkim – obserwował. Znajdujemy to w jego sztuce.

Włóczęga Nikifora to również ciekawy wątek. Z jednej strony ten człowiek był bezdomny, a z drugiej – na stałe związany z Krynicą. Wiecznie w drodze, podróży, a jednak wciąż wracał do swojego krynickiego domu, również po deportowaniu w czasie akcji „Wisła”.

Tak, wracał do Krynicy, do miejsca, które najlepiej znał, w którym się najlepiej czuł. Nie miał domu, ale mógł liczyć na sąsiadów, na życzliwych ludzi, którzy dawali mu jedzenie i mieszkanie. Później [po deportowaniu] część Łemków wróciła, ale Nikifor nie chciała żyć w obcym środowisku, chciał być w Krynicy, bo było to znane mu miejsce.

Czy można wyróżnić znaki rozpoznawcze w twórczości Nikifora? Czy będą to autoportrety, widoki z podróży, czy inne cykle?

Nikifor malował cyklami, najbardziej znane są pejzaże, wille oraz architektura, co widać też na wystawie. Malarz najbardziej kojarzy się widzowi z pejzażem z szachownicą drzew i lasów. Przedstawia te widoki w barwach, których dobór wydaje się bardzo dojrzały, mogący świadczyć o wcześniejszym przygotowaniu artystycznym. Sztukę nieprofesjonalną zwykle utożsamia się z ostrym kolorem, a tu mamy bogactwo tonów. Znakomita architektura, znajomość perspektywy i rysunek to kilka cech, które wyróżniają prace Nikifora.

Na oprowadzaniu kuratorskim wspominała pani, że poza nielicznymi portretami kuracjuszy i autoportretami malarza, na jego obrazach nie ma ludzi. Ale na pejzażach widoczne są dymy z kominów.

Tak. To świadczy o tym, że te budynki są zamieszkałe. Chyba żaden z badaczy nie zapytał Nikifora, dlaczego nie ma na jego obrazach ludzi. Tylko pojedyncze prace to obrazy przedstawiające pomniki ludzi oraz portrety – kuracjuszy i ważnych osób – państwa Banachów, Jadwigi Jarnuszkiewicz czy Aleksandra Jackowskiego.

Jak rozpoznać prawdziwego „nikifora”? To jeden z najczęściej fałszowanych malarzy. Jak historycy sztuki go rozpoznają?

Właśnie nie wiem, czy rozpoznają. Można robić badania na autentyczność, ale jest to trudne – sprawdza się, w jaki sposób kładziono barwę, kolor, litery (które stanowią wyróżnik i które Nikifor często odwzorowywał z napisów, szyldów), kreski, proporcje. Jedna z pań przyniosła na oprowadzanie swojego „nikifora”, ale ja nie podjęłabym się określenia autentyczności tego obrazu. Na finisaż wystawy planujemy spotkanie z badaczem, który od lat interesuje się fałszerstwami Nikifora.

Czy każda z prac Nikifora była sygnowana pieczęcią?

Nie, nie każda. Jak wiemy, Nikifor namalował 30–40 tys. prac, nie wszystkie były sygnowane.

I malował na tym, co miał pod ręką – druki, stare rachunki.

Tak. W latach 50., gdy zaczęli się nim opiekować Ella i Andrzej Banachowie, na pewno dostarczali mu papier – prace z tego okresu są większe, malował też lepszymi farbami. Oczywiście wciąż korzystał z wtórnych surowców – wiele prac z kolekcji Alfonsa Karnego również jest malowana na starych drukach, rachunkach, kartkach zeszytów.

Przy takich rachunkach czy skrawkach papieru trudno jest wyobrazić sobie konserwację.

Jest to trudne, papier może być zakwaszony. Poza tym Nikifor oprawiał swe prace, robił ramki, naklejał zawieszki. Na wystawie pokazujemy kilka prac w gorszym stanie, które czekają na konserwację.

Gdy dowiedziano się, że Nikifor choruje na gruźlicę, wielu z tych, którzy kupili jego obrazy, spalili je w piecach. A dziś te prace są sprzedawane za kilkanaście tysięcy…

Tak, jedna z pań opowiadała, że pamięta, jak w latach 60. panie kuracjuszki dawały jałmużnę Nikiforowi, a on za to malował dla nich maleńkie obrazki. Panie przyjmowały od niego prace, a po chwili wyrzucały je do śmieci. Po śmierci artysty pojawiło się bardzo dużo artykułów w prasie na temat jego choroby. Wiedziano, że malarz rozrabiał farby śliną, więc wyrzucano jego prace z obawy przed zakażeniem.

A gdzie poza wystawą można zobaczyć „nikifory”? Na pewno w Muzeum Nikifora, w Willi Romanówka w Krynicy Zdroju.

W krakowskim Muzeum Etnograficznym oraz muzeach w Poznaniu i w Nowym Sączu. Jednak prace na podłożu papierowym wykonane w technice akwareli nie mogą być stale eksponowane ze względów konserwatorskich. Na stałych ekspozycjach muszą być często wymieniane. Dotarły do nas głosy konserwatorów, że trzy miesiące to za długo. Trudnym zadaniem jest dostosowanie się do oczekiwań konserwatora i publiczności. Publiczność narzeka, że na wystawie jest zbyt ciemne oświetlenie, ale my chcemy tego Nikifora pokazać też i przyszłym pokoleniom.

 

 

Co pani sądzi o inspiracjach filmowych? Czy zniekształcają one obraz artysty czy raczej przeciwnie – wzbogacają? Myślę tu np. o filmie Mój Nikifor Krzysztofa Krauzego.

Myślę, że uzupełniają. Krauze kontaktował się z opiekunem Nikifora, z artystą Marianem Włosińskim z Krynicy. Zresztą film dotyczy ostatnich lat życia, nie opowiada całej biografii.

Zgodzę się, spotkałam się z określeniem, że to nie tyle film biograficzny, a film o przyjaźni dwojga artystów.

Tak, o przyjaźni. Mamy też sześciominutowy film dokumentalny Mistrz Nikifor z 1956 r. w reżyserii Jana Łomnickiego, w którym artysta pokazuje malarza spacerującego po Krynicy ze swoją skrzynią z obrazkami, za którym wciąż biegają wyśmiewające się z niego dzieci i pies (umieszczony zresztą na krynickim pomniku). Myślę, że ten film pokazuje prawdziwszego Nikifora. Ale sądzę, że i Krauze wszystkie te wcześniejsze filmy obejrzał.

Również żona Krauzego fascynowała się Nikiforem, czytała książkę autorstwa małżeństwa Banachów, więc faktycznie łemkowski artysta był jej bliski. Spotkałam się również z opiniami, że wiele osób, które osobiście znało Nikifora, widziało w odtwórczyni głównej roli, Krystynie Feldman, prawdziwego Nikifora.

No właśnie, aktorka bardzo dobrze tę rolę odegrała. Jedna z pań na moim oprowadzaniu po wystawie wspomniała, że nie chce jednak tego filmu oglądać, bo ten portret ma w sobie wiele złości, niechęci, a ona pamięta artystę z Krynicy jako człowieka bardzo pogodnego. Jackowski w swojej książce Świat Nikifora wspomina różne historie, dobre i gorsze zachowania artysty. Uwypukla nawet złośliwości malarza, ale nie chcę tych refleksji rozwijać, bo jest to opinia Jackowskiego i jego odczucia.

Na koniec chciałabym zapytać – pamiętam, że podczas oprowadzania wspominała pani, że malarstwo Nikifora i ta wystawa niosą ukojenie w ten pandemiczny czas. Czy mogłaby pani jakoś to rozwinąć?

Wydaje mi się, że malarstwo Nikifora jest takie spokojne i wyciszające. Chyba to założenie się sprawdza, bo mamy bardzo wielu gości w Muzeum. To malarstwo chroni też przed zgiełkiem. Pejzaż jest łagodny – przez góry i drewnianą architekturę, która też jest przyjazna w odbiorze. Tak sądzę i mam nadzieję, że zwiedzający tak też to odbierają.

Przyznam, że i ja tak to odebrałam. Po czasie pandemii i zamknięciu w domach, myślę, że wystawa Nikifora była czymś, czego potrzebowaliśmy. Cieszę się, że powstała. Bardzo pani dziękuję za wywiad.

 

Alicja Mironiuk-Nikolska ‒ etnografka, starszy kustosz z 35-letnim stażem pracy w muzealnictwie. Autorka wielu wystaw i publikacji nt. sztuki ludowej i nieprofesjonalnej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *