Synthpop była kobietą

Traktując Polski Top Wszech Czasów jako przekrojowy obraz historii polskiej muzyki, można by odnieść wrażenie, że lata 80. na polskiej scenie należały w stu procentach do męskich wykonawców, z Korą będącą ostatnim bastionem kobiecości. Sięgając jednak głębiej, okazuje się, że, wychodząc poza rockową bańkę z tamtych lat, możemy zetknąć się z historiami fascynujących kobiet, pomagających Polakom zapomnieć trochę o szarzyźnie schyłkowego PRL-u.

Tekst: Kacper Rzeńca

Mimo że na dźwięk słowa synthpop postronnemu słuchaczowi przychodzą do głowy głównie utwory zachodnich artystów, to również polska scena lat 80. może pochwalić się szeregiem wykonawców wykorzystujących syntezatory w swojej twórczości. Co więcej, na tle dominującego w kraju w tamtej dekadzie rocka, który ze swoim wizerunkiem muzyki niegrzecznych chłopców, buntujących się przeciwko opresyjnej władzy, wykreował mocno opanowany przez mężczyzn świat, scena synthpopowa była dość silnie sfeminizowana. Jest to również cecha odróżniająca polski synthpop od zachodnich gwiazd gatunku, gdzie raczej dominowali mężczyźni (z wyjątkami potwierdzającymi regułę takimi jak Eurythmics czy Yazoo). Nadmienić jednak trzeba, że całość naszej kobiecej reprezentacji stanowiły wokalistki – kompozycję i produkcję trzymali w swojej domenie panowie.

Co nam zesłał los w 1979 r.?

Za protoplastkę gatunku w naszym kraju należy uznać Annę Jantar, wykonawczynię utworu Nic nie może wiecznie trwać z 1979 r., do którego powstania przyłożyli się dwaj inni kluczowi twórcy dla rozwoju polskiego synthpopu w późniejszych latach – kompozytor Romuald Lipko (współzałożyciel i wieloletni lider Budki Suflera) oraz autor tekstu Andrzej Kobyliński (współzałożyciel Lady Pank). Chociaż całość płyty Anna Jantar, z której pochodzi utwór, jest utrzymana bardziej w klimacie disco niż dopiero raczkującego nawet na Zachodzie synthpopu, to kompozycja Lipki wyróżnia się spośród nich świeżym brzmieniem, zwiastującym pojawieniem się nowego trendu na polskiej scenie. Dzięki temu utwór został doceniony przez słuchaczy i zyskał niesłychaną popularność, która skutkowała wzrostem niechęci wobec piosenkarki ze strony nieco zazdrosnych koleżanek po fachu. Do dzisiaj Nic nie może wiecznie trwać jest klasykiem „ejtisowych” dyskotek w warszawskich klubach, można go też usłyszeć w barach karaoke w niekoniecznie wybitnych, ale zawsze pełnych entuzjazmu, wykonaniach.

Synthpop z pazurem

Innymi ważnymi dla polskiej muzyki synthpopowej lat 80. twórczyniami były również związane z Romualdem Lipką Izabela Trojanowska oraz Urszula Kasprzak (lepiej znana jako po prostu Urszula). Obie panie łączyła nie tylko współpraca z Budką Suflera (gdzie Trojanowska przez jakiś czas była nawet główną wokalistką), ale również pielęgnowany przez nie wizerunek niezależnych, silnych postaci kobiecych. Osiągały to jednak różnymi środkami. Trojanowska, wyróżniająca się spośród innych żeńskich głosów polskiej muzyki stosunkowo niskim tonem, wykorzystywała ten atut, budując androgyniczny obraz kobiety o silnej charyzmie, mocno akcentowany przez wygląd – krótko ścięte włosy oraz typowo męską garderobę, z krawatem jako jej znakiem charakterystycznym. Na początku 1981 r., we współpracy z Budką Suflera i Andrzejem Mogielnickim wydała debiutancką płytę Iza, gdzie poza kultowym, acz raczej gitarowym, Wszystko czego dziś chcę, napotkamy również przeboje z większym udziałem syntezatorów, takie jak Jesteś moim grzechem czy Tyle samo prawd ile kłamstw.

Urszula z kolei kreowała się na seksowną, charakterną rockwoman, zakładając buty na wysokim obcasie i krótką spódniczkę, a na twarz nakładając wyrazisty makijaż. Mimo delikatniejszego głosu od Trojanowskiej, również potrafiła odnaleźć się w dynamicznych, drapieżnych kompozycjach takich jak np. te pochodzące z jej drugiego albumu Malinowy król (wśród nich Podwórkowa kalkomania czy Twoje zdrowie, mała) albo nagrana z Budką Suflera synthrockowa Noc komety (niektórzy czytelnicy mogą kojarzyć ten utwór z kontrowersyjnego coveru w wykonaniu tercetu chomików w reklamie sieci sklepów RTV AGD), chociaż jej największymi przebojami z tamtego okresu są raczej bardziej subtelne popowe ballady w stylu utworów Malinowy król czy Dmuchawce, latawce, wiatr.

Gonić Zachód?

Inny, bardziej słodki wizerunek sceniczny przedstawiała ikona polskich dyskotek tamtych czasów, czyli Anna Jurksztowicz. Zaczynająca od fascynacji jazzem i muzyką gospel, zaś w szczycie kariery trzymająca się wyraźnie popowej stylistyki, wokalistka występowała na scenie w modnych, sprowadzanych z zagranicy ciuchach oraz popularnej zwłaszcza w latach 80. fryzurze zwaną trwałą. Nie znaczy to jednak, że jej kreacja pozbawiona była wyrazistości, którą zawdzięczała chociażby widocznym inspiracjom dokonaniami Madonny. Zauważyć ją można m.in. w jej singlu Od dzisiaj mówię stop z 1986 r., świetnej, syntezatorowej kompozycji autorstwa Krzesimira Dębskiego (jej późniejszego męża), z niezwykle dynamicznym, porywającym do tańca refrenem. Artystka prezentuje (poprzez napisany przez Jacka Cygana tekst) przemianę z szarej myszki, pozostającej w cieniu partnera, w osobę pewną siebie i znającą swoje potrzeby.

Wspomniane trio kontynuowało również współpracę na debiutanckim albumie Jurksztowicz, wydanym w tym samym roku – Dziękuję, nie tańczę (chociaż gwoli ścisłości warto zaznaczyć, że gatunkowo tę płytę trafniej można zaklasyfikować do sophisti-popu niż synthpopu, niemniej syntezatory grają na niej znaczącą rolę). Takie utwory jak singlowe Stan pogody, Hej, man!, Przenikam czy tytułowe Dziękuję, nie tańczę są wyjątkowym dla polskiej piosenki wyrazem kobiecej podmiotowości i niezależności, gdzie podmiot liryczny absolutnie nie wstydzi się swoich pragnień i jasno je komunikuje. Jednocześnie na płycie uwagę zwraca zdystansowana, ironiczna postawa wobec tęsknoty tej wyzwolonej dziewczyny do zachodniego blichtru i konsumpcjonizmu (Video-dotyk, Diamentowy kolczyk), nawiązująca być może trochę do wizerunku Material girl, opiewanego przez Madonnę. To wszystko na tle przebojowych kompozycji Dębskiego, które, mimo dość skomplikowanych jak na muzykę popową linii melodycznych, świetnie wpadają w ucho i odsłuchiwane dzisiaj ani trochę nie trącą myszką.

Syntezatorem do nieba

Innym ważnym dla polskiej piosenki synthpopowej albumem było Bez limitu zespołu Dwa Plus Jeden, z należącą do najbardziej zjawiskowych kobiet sceny PRL Elżbietą Dmoch na wokalu. Założona przez nią i Janusza Kruka grupa należała do absolutnych liderów polskiej muzyki popularnej w latach 70., tworząc lekkie, akustyczne piosenki z mocno folkowymi inspiracjami. Takie przeboje jak Chodź, pomaluj mój świat czy (przy niekoniecznie pełnym zrozumieniu znaczenia tekstu) często słyszane do dzisiaj na weselach Windą do nieba na stałe weszły do kanonu polskiej piosenki. Jako jednemu z niewielu polskich zespołów tamtego okresu udało im się również zrobić karierę poza granicami kraju, głównie w krajach bloku wschodniego, ale pewną popularność zdobyli nawet poza nimi (zwłaszcza w RFN i Japonii). To właśnie z jednego z wyjazdów zagranicznych Kruk przywiózł syntezatory, które miały niedługo całkowicie odmienić brzmienie zespołu na bardziej ostre i zimne, silnie inspirowane dokonaniami nowej fali na Zachodzie.

Zwrot ten, zwiastowany w 1982 r. przez wydanie singla Kalkuta Nocą/Obłędu chcę, dokonał się w pełni rok później wraz z premierą Bez limitu. Płyta sprzedała się w 150 tys. egzemplarzy i zdobyła status złotej, a pochodzące z tego krążka single Requiem dla samej siebie, XXI wiek (Dla wszystkich nas) i Superszczur zdobyły sporą popularność i należą do największych przebojów w historii polskiego synthpopu. Co więcej, na tle innych popowych hitów z tego okresu, odznaczają się one interesującą warstwą tekstową autorstwa Andrzeja Kobylińskiego, w której wyraźnie pobrzmiewają lęki i niepewność, związane z trwającym wówczas stanem wojennym. Dwa Plus Jeden kontynuowali nowofalowy nurt w swojej twórczości na kolejnym albumie, Video, gdzie w jeszcze większym stopniu wykorzystano syntezatory, wzbogacając ich brzmienie o linie instrumentów dętych.

To nie mogło wiecznie trwać

Wszystkie wspomniane wokalistki nie kontynuowały długo kariery synthpopowej. Twórczość Izabeli Trojanowskiej po wydaniu debiutanckiego albumu poszła w bardziej rockowe klimaty, zaś jej stanowczo opozycyjna wobec władzy wymowa skutkowała wymuszeniem na Trojanowskiej wyjazdu z kraju, co mocno wyhamowało jej karierę muzyczną. Po powrocie nigdy nie zdobyła takiej pozycji, jaką miała na początku lat 80., niemniej do dzisiaj funkcjonuje w masowej wyobraźni dzięki swoim dokonaniom aktorskim, a w szczególności roli jednej z najbardziej charakterystycznych femme fatale polskiej kinematografii, czyli Moniki Ross w Klanie. Emigracja (tym razem dobrowolna) na nowo pozwoliła się odkryć również Urszuli, która po kilkuletnim pobycie w USA wróciła do Polski, odnosząc w 1996 r. swój największy komercyjny sukces w karierze z hardrockową płytą Biała droga, a karierę muzyczną kontynuuje do dzisiaj.

Przy okazji przemian artystycznych można również wspomnieć o niejakiej Marii Jeżowskiej, która również zaczynała jako wokalistka synthpopowa (Papierowy man), aby później przejść do historii jako legenda rodzimej piosenki dla dzieci, już pod imieniem Majka. W ten nurt poszła również Anna Jurksztowicz (Kilku kumpli weź z filmu Prosiaczek i przyjaciele), która po Dziękuję, nie tańczę nie powróciła już do muzyki tanecznej. Jej inne, bardziej znane dokonania muzyczne z późniejszych lat to głównie tematy przewodnie do seriali TVP – Matek, żon i kochanek, Na dobre i na złe oraz Rancza.

Mieliśmy niestety również do czynienia ze smutniejszymi historiami. Dwa Plus Jeden po wydaniu krążka Video ograniczyli swoją działalność muzyczną, na co wpływ miał między innymi rozpad małżeństwa liderów zespołu. Udało im się wydać jeszcze jeden album, Antidotum w 1989 r. Po nagłej śmierci Janusza Kruka w 1992 r. grupa zawiesiła działalność, a Elżbieta Dmoch wycofała się z życia publicznego. Tragiczny los spotkał również Annę Jantar, która w rok po wydaniu Nic nie może wiecznie trwać zginęła w katastrofie lotniczej, wracając z trasy koncertowej po USA promującej ostatni album.

Mimo że dokonania synthpopowe polskich piosenkarek ograniczają się często do jednej, dwóch płyt czy nawet pojedynczych singli, stanowią one bardzo interesujący, chociaż może już nieco zapomniany rozdział w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Z tym większą przyjemnością można odkryć, że mimo pewnej wtórności względem kolegów z Zachodu, do dzisiaj można znaleźć wspaniałe i wciąż świeżo brzmiące utwory z tamtego okresu