Muzyczne podsumowanie roku 2021

Podobnie jak w roku poprzednim, redaktorzy działu Muzyka przygotowali subiektywne podsumowanie ich najlepszych i najciekawszych płyt 2021. Podczas czytania najlepiej zapoznać się z przygotowaną przez nich playlistą, która dostępna jest pod tym linkiem.

Laura Mvula – Pink Noise

Mvula, masz muzykę. Znajdź sposób, żeby robić to po swojemu – te słowa Prince’a rezonowały w głowie Laury Mvuli, gdy w 2017 roku, mimo wydania drugiego świetnie przyjętego przez krytyków albumu, pożegnała się z nią wytwórnia RCA Records (córka Sony) w siedmiowierszowym mailu.

W lipcu 2021 roku siła wymuszająca słów Prince’a sprawiła, że układ drgający kreatywności Mvuli osiągnął maksymalną amplitudę – artystka wydała Pink Noise. Już pod szyldem nowej wytwórni (Atlantic), idąc w kierunku popu lat 80. z odczuwalną dla słuchacza wolnością. Nieudolna gra słów związana ze zjawiskami fizycznymi jest podyktowana tytułowym szumem różowym – bardziej intensywnym przy niższych częstotliwościach, co sprawia, że tworzy głęboki, niski dźwięk. I to słyszy się w produkcji albumu.

Na Pink Noise Mvula niejednokrotnie śpiewa o porzuceniu złych wspomnień (pożegnaniu z Sony w potężnie basowym Conditional) czy poznaniu własnej wartości (Safe Passage z bębnami z niepokojąco długimi przerwami między sobą). Ale w „ejtisowe” syntezatory, mocne i idealnie czyste bębny, prince’owe gitarowe riffy i zadziorne instrumenty dęte Mvula ubiera też tematy trudne. Słuchacz czuje się wręcz niezręcznie, kiedy nie może powstrzymać się przed tańczeniem do Remedy – najbardziej bezpośredniego, wytykającego i oskarżającego o rasizm bopu, jaki powstał (słyszycie te westchnięcia?).

Sama Mvula nazywa Pink Noise albumem, który został stworzony przy pomocy ciepłych słonecznych tonów lat 80. I nie napiszę tutaj nic nowego – usłyszycie na nim Grace Jones (hołd dla niej nawet zobaczycie w teledysku do Safe Passage), Whitney Houston czy wspomnianego Prince’a. Usłyszycie power ballady (pompatyczne Magical czy What Matters z Simonem Neilem z Biffy Clyro) i groove’owe hity danceflooru (Pink Noise, Got Me). Ale Mvula złapała za różowy keytar i znalazła sposób, żeby rzeczywiście zrobić to po swojemu: stworzyła bogactwo dźwięków przy jednoczesnym ich rozdzieleniu – każdy jest idealnie słyszalny, nienagannie wykonany i wręcz gładki.

Autor: Jakub Białas

 

Lana Del Rey – Blue Banisters

Blue Banisters, drugi wydany w 2021 roku album Lany Del Rey, koncepcją bardzo różni się od swojego poprzednika – Chemtrails over the Country Club. Tym razem artystka zdecydowała się na współpracę z innym zespołem producentów niż dotychczas, tworząc ciekawszy i bardziej eksperymentalny album.

Słowa “I guess you could call it textbook” otwierają Blue Banisters, sugerując bardzo intymną podróż do wnętrza artystki. Lana zostawia tu całą siebie, obnaża się i zaprasza nas do wysłuchania swojej historii. W utworach rozlicza się ze swoją przeszłością, by następnie otworzyć się na nowe pragnienia w życiu. Jest to bardzo dojrzałe dzieło, ukazujące wielką zmianę, która dokonała się w wokalistce z biegiem lat.

Album, choć bardzo zróżnicowany, tworzy spójną całość i jest niesamowicie dopracowany. Przede wszystkim, zaskakuje artyzmem i poziomem liryczności tekstów – można by pomyśleć, że mamy do czynienia z poezją przy akompaniamencie muzyki (warto wspomnieć, że Lana w 2020 roku zadebiutowała jako poetka, wydając tomik z wierszami Violet Bent Backwards over the Grass). Proste fortepianowe ballady przeplatają się z silnymi, pełnymi emocji i napięcia dźwiękami. Te mocniejsze akcenty budowane są w środku albumu, tworząc swego rodzaju punkt kulminacyjny. Lana eksperymentuje tu z wokalami, pokazując dogłębnie możliwości swojego głosu. Stopniowo wyprowadza nas z apogeum, kończąc i skupiając się ponownie na delikatnych tonach.

Blue Banisters można odczytywać jako odę do różnych epok twórczości artystki. Wśród całkowicie nowych utworów znajdują się starsze, niewydane wcześniej piosenki, pięknie łączące się razem.

Autorka: Alicja Utrata

 

Nick Cave & Warren Ellis Carnage

Ingonyama nengw’ enamabala – zdaje się śpiewać w drugiej części utworu White Elephant Nick Cave z chórem. Na skrzypcach wtóruje tym śpiewom Warren Ellis. Ta gospelująca pieśń nie zapowiada jednak przyjścia lwa i lamparta, a przewijającego się przez cały album Carnage królestwa na niebie. Zresztą cała kompozycja traktuje o białym, kolonialnym kłusowniku, przeciwstawionym tłumowi protestujących. Kłusownik to pomnik zrzucony z cokołu, któremu ktoś klęczy na szyi, utopiona w morzu Wenus z penisem. Kłusownik to topniejąca lodowa rzeźba. Kłusownik wkrótce zostanie pokonany, choć nadal grozi, że I’ll shoot you in the fucking face. Kilka utworów dalej, topniejącym lodem staje się sam Cave. Zaraz, zaraz, o co chodzi?!

White Elephant można uznać za rdzeń albumu. Dzielący go na dwie części swego rodzaju pomost, łączący mroczny początek z melancholijnym końcem płyty. Cave wziął sprawdzone przy licznych filmowych soundtrackach Złe Nasiono, czyli multiinstrumentalistę Ellisa, i stworzył pełnoprawny longplay. Album, który można po części wywieść z wcześniejszych dokonań dżentelmenów, a mimo to taki, który brzmi świeżo i ciekawie: jest motyw poszukiwań Absolutu (nie pada jednak ani razu słowo „Jesus”!), są klasyczne cave’owskie ballady. Cave i Ellis opowiadają muzyką i słowami. Zaczynają mrocznie, od brzmiących jak Skeleton Tree surowych elektronicznych rytmów skontrastowanych z powolnymi smyczkami, przez subtelny word painting w Old Time, quasi-filmową aranżację Lavender Fields, przeszywające ambientowe syntezatory Shattered Ground, by skończyć brzmiącym jak wschód Słońca pianinem. Cave przez 40 minut siedzi na balkonie i zawodzi o Królestwie Niebieskim, ubolewa nad śmiercią syna, rozważa swoje własne, nieubłagane przemijanie, rozprawia nad rasizmem czy pandemią (cała Albuquerque jest o tym!), w końcu schodzi z niego i mówi ukochanej Susie, że poranek jest wspaniały, i ona też. Wszystko po to, by słuchacz mógł powiedzieć: było warto.

Autor: Michał Wrzosek

 

Rau Performance – Mieszane uczucia

Gdybym miał jednym określeniem opisać, co myślę o ostatnim albumie RAUa, byłoby to słowo  „dysonans”. Warszawski raper kolejny raz pokazuje, że jest mistrzem groteski, zderzając ciężką tematykę z leciutkim, nieco „stonerskim” flow i ironicznym humorem. Wszystko to zaś serwuje podlane przygotowanym z kunsztem godnym Roberta Makłowicza sosem tłuściutkich jak zestaw Maty bitów. Na pierwszy rzut ucha możemy odnieść wrażenie, że płyta jest rodzajem żartu, którego głównym celem jest upchnięcie jak największej liczby memicznych nawiązań, które zdezaktualizowały się najdalej w kilka tygodni po premierze. Z każdym kolejnym przesłuchaniem zaczynamy sobie jednak zdawać sprawę, z jak potężnym ładunkiem lirycznym mamy tu do czynienia. Z jednej strony uderza w nas celne przedstawienie wspólnego dla wszystkich doświadczenia, jakim jest pandemia, z drugiej zaś mocny opis osobistych przeżyć i traum (takich jak śmierć matki) oraz poczucia niedopasowania autora do świata, w jakim przyszło mu funkcjonować. Wszystko to razem tworzy emocjonalny rollercoaster, z którego nasze uczucia wyjdą nie tylko zmieszane, ale wręcz wstrząśnięte.

Autor: Kacper Rzeńca

 

Godspeed You! Black Emperor – G_d’s Pee at State’s End!

Czy po czterech latach czekania na nowy album Godspeed You! Black Emperor możemy czuć się usatysfakcjonowani? Zdecydowanie tak. Prawie godzinna podróż po G_d’s Pee AT STATE’S END! zapewnia mieszankę doznań – od niepewności, przez duszący niepokój, po finalne muzyczne katharsis. Nie bez powodu wymieniam konkretnie trzy stany, bo właśnie na trzy etapy można podzielić płytę. Lejące się w pierwszych utworach gitary i ich narastające tempo oraz natężenie przygotowują do wejścia w piekielne wrota. Gdy je przekroczymy, zmierzymy się z tym, co sami sobie przygotowaliśmy – z chaotyczną, paskudną i przerażającą rzeczywistością. Podczas odsłuchu where we break how we shine (ROCKETS FOR MARY) zatrzymamy się na chwilę i zastanowimy, jak doszło do tego, że żyjemy w takim świecie. To idealny przerywnik, który z kolei przygotowuje do pogodzenia się z życiem w miejscu, któremu zagraża nieunikniona apokalipsa. Po nim już sami musimy zdecydować o tym, czy chcemy podążać palącym się mostem, czy też nie. I właśnie w momencie zatapiania się w GOVERNMENT CAME(…) możemy się w pełni oddać płomieniom lub zrezygnować z dalszej podróży. Niewątpliwie, to właśnie w tym momencie albumu następuje największa eskalacja dźwięków i nastrojów. Dalej możemy już tylko pogrążać się w rezygnacji albo całkowicie się rozpłynąć. Perfekcyjna płyta pasująca do obserwacji obecnych zmian w kraju, niepolecana do odsłuchu przed wyjściem na strajk.

Autorka: Wiktoria Kolinko

 

Margaret Gelato EP

To był świetny rok dla Margaret, która może się pochwalić jednym z najbardziej nieoczekiwanych powrotów na polską scenę. Małgorzata Jamroży ma za sobą długą drogę: muzyczna kariera poprowadziła ją ze Stargardu (wtedy jeszcze Szczecińskiego) przez nieco kuriozalną współpracę z muzykami znanymi teraz z EABS czy Błota pod szyldem Margaret J Project. Następnie ogromną popularność przyniósł jej radiowo-polsatowski hit Thank You Very Much, jednak naprawdę spełniona i szczęśliwa wydaje się dopiero teraz. Na Maggie Vision artystka stawia sprawę jasno – wyprowadziłam się do lasu, siedzimy sobie z mężusiem i klepiemy muzyczkę w dresach i z jointem w ręku. Czego chcieć więcej? I o ile długogrająca płyta miewa momenty wybitne, ale całość stanowi raczej nierówną, to podążająca niedługo za nią EPka to już dzieło spełnione. Płytę otwiera przesterowany „dżingiel”, kojarzący się z ciężarówką z lodami – zaczynamy zjaranym, ociężałym Gelato z zaskakująco dobrą zwrotką Tymka. Reggaetonowe, szefczyńskie Kiedy jak nie teraz zawiera linijkę chyba najlepiej podsumowującą całą EPkę: Kręcę sobie pupą, no i w sumie to fajnie. Tak na oko to już gwóźdź programu i absolutny hit, w którym czułość i delikatność zakochania łączy się z nastrojem letniej imprezy w barrio – rozwibrowane hiszpańskie rr we frazie świat się otwiera jest miodem na serce wszystkich, którzy czekają na naprawdę dobry polski pop. Pop, który nie musi ukrywać się za maską „avant-”, „art-”, czy innych przedrostków. Bez kompleksów (jak Reksiu). Dlatego Margaret nie ma problemu z domknięciem EPki remiksem starszego kawałka Serce Baila. A gdy dodać, że do wszystkich utworów z Gelato EP zostały nakręcone naprawdę porządne i ciekawe teledyski, tworzące spójną całość, to pozostaje tylko czekać na to, co artystka zaproponuje nam w 2022 roku.

Autor: Marek Kawka

 

Wiki Half God

Istnieje cienka granica pomiędzy romantyzacją Nowego Jorku a oddaniem mu hołdu. Pewnie, Wielkie Jabłko stoi otworem przed wszystkimi, jak zadeklarowała Taylor Swift na 1989, jednak jest coś magicznego w historiach opowiadanych przez jego rodowitych mieszkańców. Tego można właśnie doznać na trzecim solowym albumie Nuyorikanina Wikiego. Half God to list miłosny do pochodzenia rapera, pełen anegdot i obserwacji, za pomocą których chwytane są wybrane miejsca, ludzie i momenty. W tym też tkwi urok albumu – Wiki rapuje o Nowym Jorku, który zna, czyli o swoim sąsiedztwie, poczuciu wspólnoty, gentryfikacji czy własnych czterech ścianach. Najbardziej do serca trafiają jego pozornie trywialne historie, jak wysyp wspominek o ciotkach, barberze i nie tylko na Grape Soda albo ta o rozkwitającej miłości na Never Fall Off. Muzycznie jest równie ciekawie i zgodnie z duchem miasta, jednak wcale nie zachowawczo. Navy Blue (niektórym bardziej znany jako pro skater Sage Elsesser) zadbał tu o bogatą selekcję ponadczasowych, drumlessowych sampli rodem ze szkoły The Alchemista, które dodatkowo nadają przekazom wyrazistości. Elementem wiążącym Half God jest jednak osobowość Wikiego, a właściwie jego pasja i charyzma. Nie pozostaje zatem nic innego, tylko wgryźć się w album… jak w jabłko.

Autor: Maciej Kondraciuk

 

Magdalena Bay Mercurial World

Naprawdę łatwo jest stać się artystą, którego urok i talent zgasną jeszcze przed właściwym debiutem. Duetowi Magdalena Bay przez chwilę groził taki scenariusz: ogrom świetnych singli wydanych na świat od 2016 roku zdawał się sugerować, że granica nowych pomysłów może zostać wkrótce osiągnięta, skutkując miałkim albumem długogrającym.

Tak się jednak nie stało. Jak widać (i słychać) na Mercurial World, studnia z innowacjami nie ma dla duetu dna, a nośne hooki Mica i Matthew sypią jak z rękawa. Bo w końcu jaka jest najważniejsza cecha dobrej popowej piosenki? Melodyjność? Powtarzalność? Bogactwo brzmieniowe? Pewnie tak, ale w dobie przebodźcowania i przeciążenia informacyjnego najistotniejsza staje się chwytliwość. Co to za pop, który nie gra cały dzień w głowie po jednym porannym odsłuchu? Co to za pop, który nie ciśnie się na usta w najmniej spodziewanym momencie? Co to za pop, który nie dostarcza żadnego kilkusekundowego pasażu, o którym potem śni się po nocach?

Magdalena Bay wszystkie powyższe rozważania traktują jak listę zadań do odhaczenia, a popowy światek jak grę komputerową, w której trzeba wykręcić jak najwyższy wynik, ale nie bez not za styl (gdzie premiowane są nawet takie smaczki jak puszczenie oczka w kierunku Madonny czy MGMT). Styl, co warto zaznaczyć, bardzo spójny, mimo skakania po popowych podgatunkach z gracją kozicy górskiej. Jeśli Grimes posłucha tego albumu to poczuje to, co Lana del Rey po pierwszym odsłuchu Titanic Rising.

Autor: Jacek Wnorowski

 

Marta Bijan Sztuka płakania

Dobre płyty można chyba podzielić na dwie szerokie kategorie. Jedne to takie, które są esencjonalnymi przedstawicielami konkretnego nurtu. Inne to te, które bronią się poza wszelkimi kontekstami, a o ich wartości stanowią jedynie uniwersalne walory artystyczne. Sztuka płakania Marty Bijan stanowczo zalicza się do drugiej z grup.

Album stoi na niezwykle wysokim poziomie, zarówno warsztatowym, jak i kreatywnym, zachowując dużą wewnętrzną różnorodność przy jednoczesnej całościowej spójności. Poetyckie, eteryczne, oderwane od codzienności teksty artystki padają na podatny grunt zimnej, psychodelicznej warstwy muzycznej, a każde miękko zaśpiewane słowo zdaje się znajdować swoje odzwierciedlenie w dźwiękach. Na całej długości albumu dialogują ze sobą motywy snu, cyklu przyrody i apokalipsy, a granica między fantazją a rzeczywistością zaciera się w dreampopowym anturażu. Płyta raz jest melancholijna i nostalgiczna, raz duszna i ciężka, ale to dwie strony tego samego medalu – posępności bijącej ze wszystkich piosenek.

Sztuka płakania jest nierealistyczna i oniryczna. Właśnie dlatego jest tak bardzo niezależna od wszelkich kontekstów i wydaje się umiejscowiona niejako poza czasem. Ostatecznie ma to sens – płacz jest przecież rzeczą niezmienną i wieczną, zmieniają się, jak śpiewa w kulminacyjnym punkcie płyty artystka, tylko przesilenia.

Autor: Piotr Szumski

 

Goofy Ginz – No Matter What You’re On

Substancje psychoaktywne przyniosły nam wiele dobrego, szczerze tak sądzę… – trudno nie odwołać się do sławetnego monologu Billa Hicksa, słuchając tego, co chłopacy ze środka niczego wykręcili na No Matter What You’re On EP. W końcu filozofia Taking Drugs to Make Music to Take Drugs to przyniosła ludzkości wiele psychodelicznie upajających perełek, które pieszczą szyszynkę dźwiękami pochodzącymi wprost z odmiennych stanów świadomości, co na swego rodzaju debiucie ziomalom z Goofy Ginz wychodzi szczególnie dobrze.

W trzech utworach plus skicie składających się na epkę, rzeszowiacy, jak sami przyznają, zawarli całe swoje doświadczenie z zeszłego roku, rozbuchane, parujące serducho. Serducho przepompowujące emocje związane z wchodzeniem w dorosłość, mierzeniem się z nią (jebać pracę, pieniądze nie dają szczęścia), serducho pobudzane przez buzujące w ciele hormony, wydzielane w chwilach szczeniackich wybryków czy młodzieńczych zbliżeń, serducho doświadczające, nieważne na jakich substancjach. Muzyka Goofy Ginz to przechodzenie z melancholii, nostalgii lirycznych zwrotek i mostków do najbardziej skrajnych uczuć emocjonalnej wściekłości w przyspieszających, krzyczanych refrenach.  To psychodeliczny, shoagazeowy trip, pełen zwrotów, napięć chwytających za gardło, by raz po raz rozluźniać swój emocjonalny ucisk, by dać moment kontemplacyjnego wyciszenia i uspokojenia w zreverbowanych onirycznych wokalach, syntezatorach i gitarach.

Tak, Goofy Ginz gra muzykę gitarową, a czym by było współczesne muzyczne dziennikarstwo bez życzliwych żartów i podśmiechujek z gitarowego grania w dzisiejszych czasach, szczególnie jeśli ono samo ma piekielnie podniecającą perspektywę. W oczekiwaniu na to co chłopacy w nadchodzącym roku skminią z gitarkami, warto wesprzeć ich na Bandcampie poprzez zakup No Matter What You’re On EP, za czym przemawia chociażby sugerowana cena epki, która wynosi 4,20 PLN. Blaze it!

Autor: Antoni Trybus

 

Belmondawg – Hustle As Usual LP

Belmondo miał do udowodnienia wiele. Coraz więcej ludzi zaczynało wątpić w umiejętności gdyńskiego rapera, co potęgował okres burzliwych wydarzeń, w które był zamieszany. Dlatego niezwykle miło słucha się najnowszego wydania Hustle As Usual. Tytus wznosi się na wyżyny, dając materiał momentami ciężki, lecz nadal pełny charakterystycznego humoru i luzu. Powaga wynika tu z potrzeby konfrontacji rapera z mroczną przeszłością. Podkreśla to brak jakichkolwiek gości na albumie, zupełnie jakby Młody Sarmata wiedział, że jest to droga do pokonania tylko i wyłącznie w pojedynkę. Zaskakująco szczera CAPTCHA czy Wte i wewte wprowadzają nową jakość w twórczość Młodego G. Pozwala on sobie na pełne wstydu zwierzenia, ale widzi także światło w tunelu. Przez cały album wybrzmiewa nadzieja na lepsze, bardziej poukładane jutro, gdzie nie będzie już kojarzony ze starą wersją siebie. W P.S.W.I.S. ta wizja potrafi wzruszyć, szczególnie gdy zna się historię rapera. Obraz utalentowanego, lecz zagubionego chłopaka, w końcu obierającego kurs w dobrą stronę, w akompaniamencie tajemniczych bitów tworzy dzieło pociągające. Belmondo wrócił. I to w pięknym stylu.

Autor: Igor Osiński

 

Turnstile Glow On

Historia tej płyty zaczyna się razem z niespodziewaną publikacją EP-ki TURNSTILE LOVE CONNECTION, której towarzyszył krótkometrażowy teledysk, wyreżyserowany przez wokalistę Brendana Yatesa. Ośmiominutowy minialbum wydusił z siebie nieprawdopodobną ilość energii –otwierającego go HOLIDAY słucha się prawdopodobnie w takim samym napięciu jak Waiting Room od Fugazi. Jest to zresztą nie pierwszy raz, gdy Turnstile zbliżyło się brzmieniem do klasyków hardcore’u (porównaj: I Don’t Wanna Be Blind), choć Brendan wolałby pewnie zestawienie z Cro-Mags. Niedługo później okazało się, że Turnstile Love Connection było tylko prologiem do premiery trzeciego po Nonstop Feeling i Time and Space albumu długogrającego ekipy z Baltimore, a chłopcy-hardcorowcy do nagrywek zaangażowali między innymi Blood Orange, znanego raczej z hipnagogicznego R&B niż z szarpania drutów. Utwory nagrane razem z Devem Hynesem (ALIEN LOVE CALL i zamykający album LONELY DEZIRES) zdecydowanie podkręcają senny charakter płyty, niemniej Turnstile nie porzuciło przy tym zupełnie punkowej łatki. Wałki takie jak DON’T PLAY, T.L.C. czy HUMANOID/SHAKE IT UP wręcz kipią piwniczną energią, a zespół jest na tyle konsekwentny i interesujący w rozpychaniu granic konwencjonalnej stylistyki związanej z post-hardcore, że album nie nudzi się nawet po czwartym odsłuchu w ciągu jednego dnia. Jeżeli już mamy sięgać nostalgicznie do klasyków gatunku, to na pewno wolę żeby robiło to Turnstile niż Greta Van Fleet.

Autor: Mateusz Skóra

 

Żyto / NOON Morza Południowe

Morza Południowe to album dwóch artystów, którzy nie muszą i chyba nawet nie chcą nikomu nic udowadniać. Noon postawił sobie już dawno pomnik, tworząc instrumentale do pierwszych albumów Pezeta. Żyto z kolei rapem zajmuje się już raczej hobbystycznie po tym, jak kilka lat temu niemal całkowicie porzucił muzykę na rzecz malarstwa.

Morza Południowe to płyta kontrastów. Noon dostarczył bardzo dopracowane bity, transowo wkręcające się, niespieszne oraz minimalistyczne. I na te technokratyczne instrumentale wjechał pełen dezynwoltury (żeby nie powiedzieć dosadniej) Żyto z pozerskimi tekstami, jakby od niechcenia spisanymi na zjeździe po nocy spędzonej na pawilonach. Żytniak z charakterystycznym surowym uliczno-storytellingowym zacięciem orbituje tekstowo wokół klasycznego trójkąta gangstersko-narkotyczno-kobieciarskiego, podczas gdy Noon eksploruje ambientowe rejony. Panowie ciekawie się uzupełniają, a ich wspólna płyta to doprawdy niesamowita mikstura.

Autor: Tomasz Dwojak

 

Doja Cat Planet Her

Czuję pewną konsternację, pisząc o tym albumie. Wcale nie dlatego, że Doja Cat zdobywa coraz większe szczyty popularności i buja praktycznie każdego. Wydawało mi się, że po prostu nie jestem odpowiednim targetem. Och, jak bardzo było to złudne. Planet Her w 2021 roku podbił nie tylko popularną platformę dla nastolatków o nazwie TikTok, lecz także warszawskie kluby (właśnie tam pierwszy raz usłyszałam Kiss Me More). Aż cztery piosenki (Woman, Need to Know, Kiss Me More, Get Into It (Yuh)) rozsadziły TikToka w takim stopniu, że nawet w grudniu możemy jeszcze oglądać filmiki, które dzięki nim natychmiast stają się viralami na platformie. Co za tym stoi? Zdecydowanie nie tylko chwytliwy rytm utworów. Doja Cat bardzo zgrabnie ujmuje hedonizm, któremu chyba musimy się w końcu poddać. Wcale nie mam na myśli tutaj tylko nastolatków, ale również młodych dorosłych. Już drugi rok ciągnie się za nami pandemia, którą chyba każdy staje się przytłoczony. A nic przecież nie poprawia humoru tak, jak słodkie, rapowane wersy zapraszające do szeroko pojętej rozpusty, jak chociażby: Yeah, you just wanna party, you just wanna lap dance. Chyba właśnie w ten sposób Doja Cat naprawiła cały 2021. Planet Her wciągnęło mnie tak, że znalazło się w moim Spotify Wrapped na ten rok. Znakomity album zarówno dla energicznych nastolatków, jak i sfrustrowanych, przygnębionych młodych dorosłych.

Autorka: Wiktoria Kolinko

 

Porter Robinson Nurture

W 2021 roku Porter wydał arcydzieło przepełnione dźwiękami natury, kojącym akompaniamentem akustycznych instrumentów i eksplodującymi kaskadami tanecznej elektroniki. W tym idyllicznym, czasem niemalże ambientowym świecie unoszą się delikatne wokale artysty. Porter śpiewa o swoich lękach, zwątpieniach i szukaniu miejsca w otaczającym go świecie, lecz także o nadziei, sprawiając, że choć piosenki są bardzo osobiste, to jednocześnie łatwo się każdemu z nimi utożsamić.

Nurture wywołuje u słuchacza uniwersalny rodzaj nostalgii, lecz nie na skutek tanich zapożyczeń z retro stylistyk, a przez wytworzenie melancholijnej aury, naturalnie kierującej odbiorcę ku temu nastrojowi.

Album ten potrafi zarówno zatopić w beztroskiej cottagecore’owej fantazji, jak i porwać do tańca, wyciskając łzy szczęścia, wzruszenia lub czystego katharsis. Jest to dźwiękowy odpowiednik przytulenia przez bliską osobę – muzyczna przestrzeń komfortu, która nie stara się naiwnie ignorować problemów, a jedynie ukazać piękno istniejące pomimo trudów życia codziennego.

Autor: Jan Ogonowski

 

Perturbator Lustful Sacraments

Od wydania w 2014 roku przełomowej dla gatunku płyty Dangerous Days, Perturbator nieprzerwanie kontynuuje passę udanych albumów. Słuchając poprzednich dokonań francuskiego pioniera synthwave’u, mimowolnie przenosiłem się w dystopijny, skąpany w neonach, odległy, ale także dziwnie pociągający świat. Świat, który nie tylko pozwolił mi zająć czymś swój umysł, ale totalnie odpłynąć i poddać się sonicznej immersji. Nie inaczej ma się sprawa na krążku Lustful Sacraments. Jest tylko jedna zasadnicza różnica – z dobrze znanego futurystycznego uniwersum sci-fi, tworzonego przez artystę na przestrzeni ostatnich lat, przenosimy się do miasta pogrążonego w mroku dekadencji, które zmierza ku niechybnemu upadkowi. Mało który wykonawca jest w stanie zaserwować fanom tak udany muzyczny zwrot akcji, jakiego dokonał Perturbator. Mimo zauważalnej odskoczni w stylu, wciąż da się wyłapać charakterystyczne dla tego artysty elementy, takie jak hipnotyczne synthy i elektroniczne, ostre hi-haty. Nowym, ale jakże miłym dodatkiem, jest potężnie brzmiąca perkusja, będąca kołem napędowym wielu utworów. Perturbator w zgrabny sposób oddał również hołd gotyckiemu rockowi, którego naleciałości wręcz biją w uszy – przede wszystkim dzięki wszechobecnej, gęstej atmosferze i mówionym sekwencjom wokalnym. Kto by pomyślał, że tak odległe gatunki jak synthwave i goth rock mogą żyć ze sobą w zgodzie?

Autor: Jakub Kołodziej

 

Patrick the Pan Miło wszystko

Miło wszystko to czwarty już album uzdolnionego muzyka, kompozytora, tekściarza oraz producenta z Krakowa – Piotra Madeja, znanego pod pseudonimem artystycznym Patrick The Pan.

Pan Piotr może być niektórym znany ze współpracy z Dawidem Podsiadłą, jednak niech nikogo to nie zmyli, ponieważ jego nowy album potrafi zachwycić ucho niejednego melomana.

Patrick The Pan tym razem poszedł w zupełnie inną stronę i prezentuje brzmienia całkowicie odmienne od tych, które usłyszeć mogliśmy na dotychczasowych krążkach. Tajemniczy i melancholijny dotychczas Patrick postanowił utrzymać Miło Wszystko w klimacie bardziej pozytywnym, o czym bardzo wymownie świadczy sam tytuł albumu.

Pod wytwórnią Agora powstał zestaw bardzo ciepłych, melodyjnych i pełnych prostoty utworów, których tematyka dotyka relacji międzyludzkich, emocji i uczuć. W ich tekstach z łatwością znaleźć można piękne metafory o miłości, zauroczeniu czy bliskości, ale też o tęsknocie, żalu czy smutku. Pomimo poruszania trudnych, sercowych tematów, utwory utrzymane są w pogodnym brzmieniu, przy akompaniamencie instrumentów akustycznych.

Na uwagę zasługuję również fakt, że wszystkie utwory zostały napisane w języku polskim, co pozwoliło na uzyskanie większej swobody, ale i precyzji w tworzeniu tekstów piosenek. Dzięki temu odnosi się wrażenie, że słowa są wręcz idealnie dopasowane do linii melodycznej utworów.

Autor: Krzysztof Zybura

 

Tyler, the Creator CALL ME IF YOU GET LOST

Wielu artystów pozostawia swoich słuchaczy z „ciszą albumową” na kilka lat, lecz nie Tyler, The Creator, który zaskoczył nas CALL ME IF YOU GET LOST zaledwie dwa lata po wydaniu Igora. Album brzmieniowo przypomina jego ostatnie dzieło, lecz fragmentami swoją dynamicznością i brutalnością przywołuje jego pierwsze płyty. Może być to związane z tym, że mija 10 lat od jego debiutu – Goblina. Jako dojrzały artysta tworzy swoiste podsumowanie swojej muzycznej przygody. Nostalgicznego charakteru nadaje też współpraca z DJ-em Dramą, który we wczesnych latach dwutysięcznych zasłynął ze swoich mistrzowskich mixtape’ów. Tak jak w poprzedniej twórczości, również tutaj raper kreuje nową postać, która staje się bohaterem lirycznym. Tym razem raper wciela się w rolę tak zwanego Sir Baudelaire, czyli majętnego podróżnika odwiedzającego Szwajcarię. Nazwisko prawdopodobnie nawiązuje do francuskiego poety Charlesa Baudelaire. Znany był on ze swoich brutalnych, szczegółowych i erotycznych opisów. Podobnie Tyler w utworze WILSHIRE w szczegółowy sposób opisuje swój nieszczęśliwy romans z kobietą będącą zaangażowaną także w inną relację. Jednak mimo tego nieprzyjemnego doświadczenia CMIYGL nie jest albumem emocjonalnym. Jako całość daje raczej poczucie zadowolenia z życia i spokoju, co potwierdzają stale przeplatające się pomiędzy utworami „windowe” melodie. Mimo że album jest bardzo zróżnicowany brzmieniowo, to zachowuje charakterystyczny styl Tylera.

Autorka: Helena Długokęcka