Mogą za nas mówić jedynie nasze obrazy – muzyczno-malarski spektakl obrazów Vincenta van Gogha

Natalia Morawska

Na multimedialny pokaz prac Vincenta van Gogha w Warszawskim Centrum Expo XXI wybrałam się z ciekawością, ale i z pewnym dystansem. Nie ukrywam, że holenderski malarz to jeden z moich ulubionych artystów, ale, idąc na wystawę, zastanawiałam się, czy będę w stanie się dowiedzieć cokolwiek nowego o nim i jego twórczości, czy inicjatorzy ekspozycji postawią jedynie na powtarzające się i kojarzone z nim motywy (po stokroć reprodukowane na odzieży i innych przedmiotach) – słoneczniki, irysy i gwiaździstą noc. Muszę przyznać, że mimo wszystko sama mam do tych przedstawień słabość i gdy kilka lat temu byłam w sklepie z pamiątkami w Muzeum van Gogha w Amsterdamie, nie mogłam nie zabrać miniaturowego obrazu irysów do domu.

Ogromna sala otoczona wielkoformatowymi obrazami robiła wrażenie, niestety jednak chwilowe, studząc mój  początkowy entuzjazm. Duże ekrany, a na nich wyświetlane prace van Gogha – to tylko tyle? – pomyślałam – Inaczej to sobie wyobrażałam. Nie była to typowa muzealna wystawa, nikt nie przechadzał się między dziełami. Ludzie stali w różnych miejscach sali bądź siedzieli na podłodze i pufach. Po chwili, gdy i ja zdecydowałam się usiąść, by móc bliżej przyjrzeć się wyświetlanej właśnie Gwiaździstej nocy, zadziało się coś magicznego. Rozbrzmiała klasyczna muzyka, a obrazy zaczęły się zmieniać, ożywać na moich oczach. Ekspresyjne kolory migotały i wibrowały, namalowane drzewa i kwiaty poruszały się, niczym na wietrze. Rozpoczął się malarski spektakl. Co chwila pojawiały się nowe obrazy, a unoszące się w tle melodie podkreślały ich nastrój. Pokazano mniej znane, wczesne pejzaże Vincenta, przedstawiające chłopów oraz robotników na roli, różne wyobrażenia pór dnia i roku, kruki odlatujące z pola pszenicy czy ożywione autoportrety malarza. Fragmenty obrazów, niby fantasmagoryczne płatki kwiatów odrywały się od wyświetlanych na ekranach płócien, by spaść na podłogę, pod stopy wpatrzonych widzów. Zwizualizowano również wybrane dzieła i wyświetlano współczesne zdjęcia malowniczych krajobrazów, które mogły zainspirować artystę. Wreszcie przemówił i on, sam van Gogh – a właściwie – wcielający się w tę rolę w Twoim Vincencie, Robert Gulaczyk. Aktor odczytał wybrane cytaty z listów malarza. Jednak to przeżycie nie byłoby tak niezwykłe, gdyby nie muzyka – bardzo poruszająca i rozbudzająca pogrążone we mnie gdzieś głęboko emocje. Myślę, że to jest najpiękniejsza rzecz, jaką dają nam artyści – potrafią dotknąć najbardziej czułych strun duszy, uwrażliwić nas na piękno sztuki.

Nigdy nie myślałam o tak nowoczesnym odczytaniu malarstwa. Pomysł połączenia obrazów z muzyką niewątpliwe zawiera w sobie potencjał artystyczny, uważam, że powinien być wykorzystywany nie tylko na wystawach czasowych, ale i na co dzień w muzealnych galeriach (tak jest np. w Muzeum Narodowym w Warszawie w Galerii Faras, gdzie oprócz stylizacji ekspozycji na dawną świątynię, w tle słychać śpiew chórów kapłanów). Muzyka towarzysząca wystawie pozwala na bogatsze odczucie sztuki, doświadczenie jej w sposób pełniejszy. Myślę, że i taki był cel twórców wystawy Van Gogh Multi-Sensory – postawienie na multisensoryczność i multimedialność. Pokazanie, że dzieła te niejako żyją własnym życiem, opowiadają historie, wędrując po świecie i nie są tylko niedostępnym, drogocennym eksponatem za muzealną szybą. Dodatkowo prezentacja obrazów w wielkim formacie sprawia, że możemy się przyjrzeć nawet najdrobniejszym szczegółom, co nie zawsze jest możliwe w muzealnej galerii. Oczywiście, nic nie zastąpi kontaktu z oryginałem i sama jestem raczej zwolenniczką oglądania obrazów „na żywo” niż reprodukcji w książce lub w internecie. Jednak współczesne odczytania oraz redefinicje wystaw przy użyciu nowoczesnych technologii przemawiają zarówno do mnie, jak i szerokiego grona entuzjastów sztuki. Kilka lat temu widziałam wystawę fotografii Zdzisława Beksińskiego w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Oferowano tam możliwość założenia okularów VR i przeniesienia się w głąb obrazów polskiego mistrza. To było niesamowite i niezapomniane doświadczenie. Cieszę się, że coraz częściej stawia się w muzeach na  multimedialność, co więcej, myślę, że taki odbiór dzieł bardziej przemawia do młodszych odbiorców. No bo w jaki sposób zaciekawić nastolatka historią sztuki? Pokazać mu obraz w szkolnym podręczniku? Poprosić o schematyczne opisanie dzieła z podziałem na plany? A może zabrać na wystawę, pokazać obraz na żywo, by na końcu poszukać współczesnych inspiracji – jak np. filmy i multimedialne spektakle takie jak w przypadku tej wystawy.

Jednak bez choćby podstawowej wiedzy na temat van Gogha trudno jest zrozumieć tę wystawę. Warto cokolwiek wiedzieć o malarzu, gdyż pozwoli to ujrzeć prezentowane dzieła w biograficznym kontekście. Jestem ciekawa, co Ty, czytelniku MAGLA, wiesz o van Goghu? Z czym kojarzysz postać tego artysty? Niech zgadnę, czy pomyślałeś o wspomnianych już Słonecznikach i Gwiaździstej nocy? Czy masz przed oczami portret szaleńca, który był chory psychicznie i odciął sobie ucho (a nie jak podają badacze malarza – zaledwie jego fragment)? Czy pomyślałeś o człowieku samotnym i nieszczęśliwym? Jeśli na którekolwiek z pytań odpowiedziałeś tak, a Amsterdam i Muzeum van Gogha pozostają dla Ciebie na razie odległymi miejscami, namawiam Cię do sięgnięcia po popkulturowe dzieła, które w ciekawy sposób opowiadają o życiu malarza. Na jesienno-zimowe wieczory polecam dwa filmy: Van Gogh. U bram wieczności czy wspomnianego już Twojego Vincenta. Zachęcam też do przeczytania powieści o artyście: Pasji życia Irvinga Stone’a czy uważanych za swoistą autobiografię – listów van Gogha do brata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *