Metaforyczna pomoc

Ilekroć literat pisze o muzyce, tylekroć musi skonstatować, jak bezsilne jest wszystko, co słowami można w tej dziedzinie wyrazić. Znaczenia muzyczne nie dadzą się sprecyzować słowami. Mimo że minęło 70 lat, od kiedy Jarosław Iwaszkiewicz przelał swoją myśl na papier, wciąż wydaje się ona bardzo aktualna. Bo przecież nie raz słyszeliśmy, że utwór ma „tłusty bit” albo „surowe brzmienie”. Ale czy próbowaliśmy zrozumieć, co się kryje za tymi sformułowaniami?

Tekst: Wiktoria Kolinko 

Fotografia: Aleksander Jura

Przez ostatnie dwie dekady obserwowaliśmy rozkwit mediów promujących muzykę popularną. Na własnej skórze, szczególnie dziś doświadczamy wpływu internetu i stacji radiowych na gusta muzyczne wszystkich dookoła. Słuchamy muzyki w aucie, na imprezach, w domu i komunikacji miejskiej. Natłok bodźców dźwiękowych sprawia, że potrafimy wyrazić swoje preferencje muzyczne, nawet jeśli nie mamy wykształcenia muzycznego.

Żeby przekonać się, że Iwaszkiewicz miał rację, zapytajmy naszych znajomych, co myślą o nowym albumie muzycznym. Dokładnie przysłuchajmy się temu, w jaki sposób nazywają poszczególne dźwięki lub partie utworu. Jeśli będziemy rozmawiać o rockowej płycie, może usłyszymy, że gitary są „ostre”, brzmienie „mroczne”, wokal „ciemny”, a bas np. „gęsty”. Nasz umysł nie potrzebuje więcej określeń, żeby mógł sobie wyobrazić, jak brzmi cały kawałek. W momencie jego opisywania przez kolegę przeszyje nas dreszcz lub oczami wyobraźni zobaczymy tę czerń i mrok w utworze. To samo poczujemy, gdy przeczytamy recenzję w internecie. Abstrakcyjne, nie do końca wytłumaczalne określenia mogą nas również zachęcić do odsłuchania płyty. Dlaczego tak się dzieje?

Trochę o synestezji

Nie musimy dziś kończyć studiów muzycznych, żeby swobodnie wyrażać swoje zdanie na temat piosenki usłyszanej w internecie. Do jej opisu możemy użyć słów, które są nam bliskie i znane. Gdy mówimy, że melodia jest np. „mroczna”, posługujemy się metaforą synestezyjną. Sam termin „synestezja” ugruntował się na gruncie psychologii w XIX w., a sto lat później został zdefiniowany jako (…) współwystępowanie wrażeń różnych analizatorów przy pobudzeniu jednego analizatora, np. słyszenie określonych tonów przy oglądaniu określonych barw i odwrotnie (za: W. Szewczuk, Słownik psychologiczny, Warszawa 1985). Pojęcie zostało następnie zapożyczone przez językoznawców, którzy obiektem swoich badań uczynili nie mózg człowieka, lecz tekst. Na Uniwersytecie Warszawskim powstał nawet projekt Synamet, badający metafory synestezyjne w tekstach użytkowych. Jego autorzy zdefiniowali „synestezję” jako taki sposób ukształtowania tekstu lub wypowiedzi, w którym wrażenia pochodzące z jednego zmysłu przyporządkowuje się innemu zmysłowi. Oznacza to, że tekst lub konkretne wyrażenia można ukształtować w taki sposób, żeby opisywały muzykę, ale jednocześnie odnosiły się do zmysłu zupełnie innego niż słuch. Na taki zabieg często decydują się dziennikarze muzyczni, sami artyści lub w końcu my sami. Jest to swego rodzaju metaforyczna pomoc, która gwarantuje sukces w komunikacji.

Przyjemna dwuznaczność

Za pomocą metafor synestezyjnych możemy opisywać nie tylko całe albumy, lecz także konkretne partie utworu, sam wokal, a nawet poszczególne dźwięki. To z kolei może pomóc określić brzmienie całego gatunku muzycznego. Analizując recenzje tylko i wyłącznie albumów rockowych, dowiemy się na przykład, że każdy element płyty może być „ostry”. „Ostra gitara”, „ostry wokal”, „ostre brzmienia syntezatora”, czy „ostry riff” – wszystkie te wyrażenia opisują dźwięki, ale odnoszą się też do zmysłu dotyku. Możemy przecież poczuć na własnej skórze, że nóż jest ostry i nikt nie ma wątpliwości co do tego, jakie to doznanie. Jeśli chcemy je porównać do abstrakcyjnego uczucia, jakie wywołuje w nas wyrażenie „ostry riff”, możemy powiedzieć, że ta krótka melodia po prostu przeszywa nasze ciało swoim dźwiękiem. Inaczej jest w przypadku sformułowań, takich jak „brudny dźwięk”, czy też „brudne brzmienie”. Nie jest łatwo wtedy stwierdzić, czy określenie „brudny” powinno się odnosić do zmysłu dotyku, czy raczej wzroku. Nie do końca wiadomo również, czy „brudny” to cecha pożądana dźwięku, czy też nie. Przydatne okazują się wtedy pomocnicze określenia, jak np. „rockowy”. Jeśli opiszemy znajomym album jako „brudny i rockowy”, automatycznie zmienimy wydźwięk opinii na pozytywną, mimo że brud sam w sobie ma negatywne konotacje. O ile nie mamy również problemu ze zrozumieniem znaczenia wyrażenia „wysoki wokal”, o tyle „chrypiący głos” otwiera bramę do interpretacji. Czy jest on w takim razie nieprzyjemny, czy może jednak pożądany w konkretnym utworze? Metafory synestezyjne okazują się jednym ze sposobów, w jaki możemy sobie radzić ze sprecyzowaniem nie tylko samej muzyki, lecz także odczuć z nią związanych. Warto pochylić się nad tym, jak opisujemy swoje ulubione utwory i jakie emocje jesteśmy w stanie wywołać u drugiej osoby. Może się okazać, że bezsilność językowa wcale nie jest taka zła. Wręcz przeciwnie, może wyzwolić kreatywne myślenie, nadać przyjemnej dwuznaczności i, wbrew pozorom, pomóc się porozumieć.