Mata – Młody Matczak

Recenzja albumu Młody Matczak Maty wydanego przez SBM Label.

Tekst: Jacek Wnorowski

gibon / skręt / zioło / lufka / chwast / skun / marihuana – 11 razy
wódka / alkohol / flacha / browar / kac – 17 razy
dupka / cipka / dziwka – 6 razy

Jedno trzeba przyznać na pewno: dawno nie było w polskiej muzyce tak obfitego w rekordy debiutu jak ten Maty – poczwórna platyna za 100 dni do matury, diament za Patointeligencję, podwójna platyna za preorder Młodego Matczaka, największy rapowy koncert w Polsce. Czy zasłużenie?

Trudno powiedzieć, czy za wspomnianymi wyżej wynikami idzie wyjątkowa jakość muzyczna i tekstowa. Inne aspekty osobowości i wizerunku Maty dla ułatwienia rozważań warto pominąć (choćby godna politowania kreacja na dobrego synka inteligenckiego ojca). Przygotowane na początku zestawienie mniej więcej pokazuje różnorodność liryczną Młodego Matczaka. Może się więc wydawać, że cały koncept kręci się wokół jarania zioła, spożywania alkoholu i uprawiania seksu. I, poza kilkoma wyjątkami, nie byłoby to dalekie od prawdy. Oddać trzeba jednak Macie, że z całości tworzy intertekstualny twór, wypychając teledyski smaczkami i ściśle łącząc je z utworami.

Oczywiście można powiedzieć, że przecież rap nie musi mieć przekazu, że wystarczy, żeby, mówiąc kolokwialnie, bujał. To prawda. Ale Mata nie buja. Do potencjału bangiera zbliżają się jedynie SKUTE BOBO z mumble rapową nawijką à la Playboi Carti, i Papuga, w której jednak zaproszeni goście przyćmiewają Matę (a żeby Malik Montana kogoś przyćmił, to trzeba się naprawdę postarać). Nasza klasa ale to DRILL robi miły ukłon w stronę memów z YouTube’a – na produkcji znalazł się bowiem Młody Klakson, użytkownik przerabiający znane piosenki na drill. Próbująca uderzać w spokojniejsze tony strona Młodego Matczaka spektakularnie przewraca się na skórce od banana – w końcu, jeśli chce się wysuwać tekst na pierwszy plan, to trzeba mieć coś do powiedzenia. A z tym bywa różnie. Mata potrafi być naprawdę dobrym narratorem (67-410, 2001), ale nawet w szczytowym momencie nie może się powstrzymać od przemycenia żenującego bądź nieadekwatnego elementu ( jak wstawka o orgazmie w epitafium dla zmarłej osoby – niby ma swoją rolę i nie jest przypadkowa, ale… czy naprawdę musi tam być?).

Radiowy Kiss cam brzmi jak Post Malone, Patoreakcja potyka się o własne nogi przez natłok odwołań, a wyjątkowość przeciwstawnych tematycznie utworów Faka i Szmata kończy się na koncepcie (ta pierwsza piosenka jest w dodatku obleśna). Co z tego, że Matczak skrywa gdzieś głęboko w sobie pokłady kreatywności (czasem klei rymy jak Plastuś), jeśli wykorzystuje je do rapowania głupot w nieszczęsnej „rapowej konwencji” polegającej na wywyższaniu używek i obrażaniu kobiet? Przydałoby się chyba dorosnąć i zmienić mentalność.

Ocena: 4/10