Jak uporządkować wszechświat

Move fast and break things – tak do 2014 r. brzmiało motto przyświecające zespołowi rozwijającego Facebooka. Trzeba przyznać, że rzeczy rozbiło się sporo. Wymieńmy chociażby traumatyzującą pracę moderatorów, postępowanie antymonopolowe przed amerykańską Federal Trade Commision czy rozwijający się problem scamów i morderstw z wykorzystaniem narzędzia Marketplace. Jeden z mniej oczywistych zarzutów tkwi w tym, jak zaprojektowana jest sama tablica.

Tekst: Mateusz Skóra

Odkąd tylko Internet po raz pierwszy wypełzł z szwajcarskiego CERN w formie znanej mniej więcej po dziś dzień, użytkownicy systemu WWW zaczęli mierzyć się z problemem: jak efektywnie zarządzać aktualizacjami wielu stron naraz? Dopóki wymiana informacji odbywała się między kilkoma ośrodkami, nie było konieczne istnienie narzędzia, które umożliwiłoby przeglądanie każdej pojedynczej zmiany w interesujących nas zakładkach. Do systemu hipertekstowego dostęp miało wówczas ograniczone grono osób, które korzystało z sieci jako rozległej, niemniej wciąż wewnętrznej bazy danych. Udostępnienie Internetu do publicznego użytku zdecydowanie zmieniło stan gry.

Liczba stron zaczęła rosnąć w sposób wykładniczy, a zapoznawanie się z każdą aktualizacją stało się problematyczne. Dużo lepszym pomysłem było zgromadzenie wszystkich aktualizacji w pojedynczym interfejsie. Jednym z rozwiązań stały się kanały internetowe. Za pomocą czytników opartych na języku XML użytkownicy sieci zyskali narzędzie, które umożliwia na zapoznawanie się z aktualizacjami wielu adresów jednocześnie w uporządkowany sposób. Do aplikacji, takich jak m.in. Feedly można swobodnie wprowadzić kanał RSS interesującej nas strony, aby uzyskiwać na bieżąco informacje o nowych publikacjach.

Geneza czytników kanałów internetowych pozwala zrozumieć, dlaczego newsfeed towarzyszy od samego początku większości mediów społecznościowych. Podobnie jak w przypadku pierwszych lat powszechnie dostępnego Internetu, również architekci TheFacebook szybko zorientowali się, że każdorazowe odwiedzanie profili znajomych w poszukiwaniu aktualizacji nie jest wygodnym rozwiązaniem. Stąd już w 2006 r. na platformę wprowadzony został kanał agregujący wszystkie wydarzenia związane z interesującymi nas osobami. Obecnie niekończący się newsfeed jest raczej standardem, niż wyjątkiem.

Tabula non rasa

Kusić może perspektywa, że Facebook zbliżony jest raczej do serwisu blogowego, albo forum dyskusyjnego, tym niemniej spojrzenie na medium społecznościowe jako swoisty “internet w Internecie” wydaje się trafne ze względu na zdecentralizowany i nieuporządkowany sposób tworzenia treści. Brakuje tu ustrukturyzowanego formatu znanego z forów opartych na skrypcie phpBB by przemo, a osoby zainteresowane publicystyką dysponują ograniczonymi możliwościami modyfikacji profilu na poziomie samej platformy. Mnogość interakcji z anonimowymi stronami, masowymi grupami i treściami udostępnianymi przez znajomych znajomych z jednej strony napędza zaangażowanie użytkownika, a z drugiej samodzielnie uzasadnia potrzebę korzystania z newsfeeedu.

Łatwo dostrzec tu efekt kuli śnieżnej. Znajomi z Facebooka stali się bardzo rozległą grupą. Skupia ona zarówno kolegów ze szkolnej ławki, nauczycieli z liceum, osoby przypadkowo spotkane na wydarzeniach czy nawet członków grup, których nie miało się okazji jeszcze poznać na żywo. W obecnej formie tablica za wydarzenie godne uwagi nie uznaje wyłącznie nowych postów opublikowanych przez interesujące nas strony czy też zdjęć udostępnianych przez znajomych, ale również komentarze i polubienia w publicznych grupach czy propozycje nowych profili do zaobserwowania. Wystarczy, że w ciągu dnia co drugi z tak dobranych przyjaciół zareaguje na kilka postów i napisze parę komentarzy, aby nasza tablica zaczynała pękać w szwach. Dosypmy do tego jakieś kilkaset stron, które śledzi autor tego eseju (FB od jakiegoś czasu nie podaje ich łącznej liczby, co utrudnia zarządzanie subskrypcjami), a dojdziemy do sytuacji, w której nawet kolegium kilkunastu osób pracujących w systemie zmianowym nie dałoby rady zapoznać się z wszystkimi aktualizacjami związanymi z jednym użytkownikiem każdego dnia. Zwrot od chronologicznie uporządkowanego kanału do zautomatyzowanie wybranego wycinka wydarzeń okazał się zatem nieunikniony.

Nieidealny kurator

Powszechnie szacuje się, że przeciętny użytkownik Facebooka w ciągu dnia może być w każdej chwili eksponowany na około 1500 różnych interakcji. Według danych udostępnionych przez Facebook Transparency Center w drugim kwartale 2021 r. w przypadku Stanów Zjednoczonych ponad połowa aktywności przypadała na posty pochodzące od znajomych, a co piąta – od obserwowanych grup. Mniej niż co szósta pozycja na tablicy była autorstwa stron, a stawkę dopełniały inne posty, mniej związane z użytkownikiem.

Zautomatyzowany feed na Facebooku stoi przed znacznie większym wyzwaniem w porównaniu z podobnymi rozwiązaniami istniejącymi na Instagramie, Youtube, TikToku, a w pewnym stopniu nawet w wyszukiwarce Google. TikTok zdecydowanie ułatwił sobie zadanie ze względu na format, w jakim funkcjonuje aplikacja – nieskończony strumień krótkich klipów jest bardzo efektywnym narzędziem przyciągającym i utrzymującym uwagę, a szybka rotacja powoduje, że nawet gdy algorytm nie trafi w gust użytkownika, to aplikacja natychmiast podsunie mu nową propozycję. Strona główna w serwisie YouTube, funkcjonująca na bazie systemu Google Brain, podpowiada nam filmy, które mogą nas zaangażować, tym niemniej użytkownik sprawuje pełną kontrolę nad zakładką z subskrypcjami konkretnych kanałów. Popularnym zarzutem wobec algorytmu Faceboka jest z kolei to, że narzędzia umożliiwiające hierarchizację postów nie mają wystarczającego wpływu na to, co pojawia się w newsfeedzie.

Również Google mierzy się z podobnym wyzwaniem – wyszukiwarka musi zawęzić kwerendę z nawet miliarda wyników do 10 pozycji. Nie może uporządkować ich w sposób losowy, bo wtedy nie pełniłaby swojej podstawowej funkcji. Oczywiście, zdarzają się błędy, zwłaszcza gdy krótkie podsumowanie umieszczane na szczycie strony podpowiada, że wyrzucanie akumulatorów samochodowych do oceanu jest dobre dla środowiska. Zadanie jest jednak nadal o tyle prostsze, że w pasku wyszukiwarki oznajmiamy wprost, co chcemy zobaczyć – tymczasem medium społecznościowe nie jest w stanie określić, czego poszukujemy za każdym razem, gdy logujemy się na platformę.

Facebook działa de facto jako agent pomiędzy postującymi, a odbiorcami, a zatem musi też ważyć zaangażowanie po obu stronach ekranu. Tablica nie może podsuwać bez przerwy podobnych treści, tak jak TikTok, bo istnieje istotne ryzyko znudzenia użytkownika. Kod musi więc stawiać na różnorodność, ale też za każdym razem, gdy wybiera coś spoza typowego repertuaru, mierzy się z ryzykiem, że nowa pozycja zupełnie nie zainteresuje odbiorcy. Z kolei w przypadku postujących pozycjonowanie musi odbyć się w taki sposób, żeby użytkownik z jednej strony nie wyskakiwał z lodówki wszystkim swoim znajomym za każdym razem, gdy opublikuje post (z powodów nakreślonych powyżej), ale z drugiej nie może też krzyczeć do pustego ekranu, bo inaczej brak interakcji skłoni go do przeniesienia się na inną platformę.

Odwracanie kota ogonem

W momencie wprowadzenia zautomatyzowanego mechanizmu porządkującego treści media społecznościowe przestały być wyłącznie narzędziem służącym do komunikacji. Poprzez modyfikację tego co i kiedy widzimy, stają się one nie tylko samodzielnym, ale też bardzo wpływowym uczestnikiem naszej codzienności. Zmiany w algorytmie emocjonują nie tylko użytkowników, starających się bronić przed zmianami za pomocą „statutu Rzymu”, ale również wpływają na podmioty prowadzące drobną działalność gospodarczą. Obecność w feedzie młodych przedsiębiorstw stanowi często być albo nie być dla strategii promocji danej firmy. Nie dziwi stąd również zwrot publicystów w stronę Substacka. Nawet jeżeli liczba subskrybentów newslettera stanowić będzie 10 proc. wszystkich obserwujących na innych kanałach, dziennikarz ma przynajmniej pewność, że ten ułamek czytelników z dużą pewnością zobaczy nowy wpis.

Intuicyjnym wydaje się rozwiązanie w postaci powrotu do chronologicznego newsfeedu. Wycinek wszystkich aktywności, które wydarzyły się w ciągu połowy godziny ma pewną rację bytu w przypadku istotnych wydarzeń odbywających się na żywo, takich jak na przykład wybory czy gale nagród. Tym niemniej w codziennym użytkowaniu mediów społecznościowych kolejność chronologiczna zupełnie nie działa – liczba interakcji odbywających się w każdej chwili jest olbrzymia, a znaczna ich część może się okazać kompletnie nieistotna. Punktem wyjścia jest w tym momencie pytanie, kto ma faktyczny wpływ na treści, które widzimy na swojej tablicy. Ostatni wyciek wewnętrznych dokumentów do Wall Street Journal (tzw. Facebook Files) bardzo wyraźnie uwypukla, że sami architekci mediów społecznościowych niewystarczająco skutecznie panują nad działaniem newsfeedu. Zmiany algorytmu z 2018 r. mające na celu przeniesienie punktu ciężkości na aktywność znajomych miały doprowadzić raczej do zaostrzenia retoryki przez strony prowadzące marketing polityczny oraz do jeszcze częstszego powielania pomówień i paniki. Alternatywą mógłby być technologiczny ascetyzm, czyli ograniczenie obserwowanych stron i znajomych do minimum. Albo jeszcze lepiej – udostępnienie użytkownikom intefejsu programistycznego i umożliwienie samodzielnej konfiguracji tego, w jaki sposób uporzadkoway jest ich newsfeed. Cały czas nie rozwiązuje to jednak podstawowego problemu, a mianowicie tego, że tablica musi mieć jakiekolwiek ustawienia fabryczne. Decyzje zespołu specjalistów od wzrostu Facebook Inc. mają wpływ na wybuchy przemocy w Birmie i fale antyszczepionkowych sentymentów, nawet jeżeli nie tworzą oni takich treści. Decyzja na zautomatyzowanie zasad, na podstawie których uporządkowane są wydarzenia w newsfeedzie, powinna iść w parze z odpowiedzialnością za zjawiska, które ten kod generuje.