O wodzie i o smrodzie

Często w mediach mówi się o polityce ciepłej wody w kranie – metafora ta opisuje zjawisko utrzymywania ciężko wywalczonego status quo. Ciepła woda w kranie dla starszych pokoleń jest epokowym osiągnięciem, spełnieniem zbiorowych marzeń, a dla młodszych absolutnym standardem oraz czymś niewystarczającym. A co, gdyby przyjrzeć się temu, jak w naszych rurach woda w ogóle się pojawiła – dosłownie?

Tekst i fotografia: Michał Wrzosek

Jako ideowy włóczęga, pewne letnie popołudnie dawno temu spędziłem na spacerze po moich rodzimych Kielcach. Lubię to robić choćby dlatego, że pozwala poobserwować obcych ludzi i niekiedy podsłuchać, o czym rozmawiają. Przechodząc przez plac św. Tekli, zawierający m.in. szalet, usłyszałem zdanie, które stało się dla mnie katalizatorem ciekawych rozważań: najbardziej publiczny jest kibel publiczny. Tak prezentuje się mit założycielskich moich zainteresowań nad zagadnieniami wody, która rurami wpływa do naszych kuchni i łazienek, oraz z nich, zanieczyszczona, wypływa. Historia dostępu do czystej wody jest historią rozwoju cywilizacji, i nawet coś tak nudnego i trywialnego jak wodociągi czy kanalizacja ma przeszłość zbyt szeroką, by ująć ją w krótkim maglowym artykule. Warto zarysować jednak kilka ważnych, podstawowych postaci oraz zdarzeń.

Wieża ciśnień Filtrów Warszawskich widoczna z ul. Koszykowej

Pochodząca ze szkoły czy kultury popularnej wiedza zarysowywuje nam pewien obraz, jak z tym zaopatrzeniem w wodę oraz higieną było. Starożytne kanały, akwedukty, łaźnie, zbiorowe latryny w starożytności, następnie średniowieczna stagnacja (to znaczy – w świecie zachodnim) z miejskimi nieczystościami spływającymi przydrożnymi rynsztokami czy wręcz ulicami do rzek, oraz ogromnym smrodem i licznymi zarazami. W końcu w pewnym momencie powrót na ścieżkę rozwoju, który przyspieszył w okolicach XIX lub XX w. i trwa do dziś. Jeśli brać pod uwagę cały świat – ciężko znaleźć taki moment. Przez całe średniowiecze, różne kultury, w szczególności te stawiające na higienę czy dostęp do świeżej wody jako priorytety (jak świat islamu, Majowie czy Nepalczycy), rozwijały przede wszystkim rurociągi dostarczające żywioł do miast oraz systemy kanalizacyjne, odprowadzające z nich to, co niepożądane. W chrześcijańskiej Europie pomysły takie ponownie zaczęły pojawiać się jednak dopiero bliżej końca Wieków Średnich. Z początku ograniczały się one do zabudowywania wcześniej odkrytych kanałów ściekowych lub budowania nowych, pojedynczych – głównie dla ukrycia przykrych zapachów, które, jak powszechnie wierzono, miały odpowiadać za powstawanie chorób. Ogromny krok dalej poszło leżące dziś w Chorwacji miasto Dubrownik, które pod koniec XIII w. uchwaliło budowę systemu kanalizacyjnego, zrealizowanego na przestrzeni kolejnych dwóch stuleci. Funkcjonuje on zresztą do dziś, przystosowany do współczesnych potrzeb oraz co jakiś czas remontowany.

Pomnik Williama Heerleina Lindleya przy ulicy Rybaki na Nowym Mieście w Warszawie

Toalety umożliwiające spłukiwanie odchodów istniały już od neolitu. Korzystały one głównie z płynących pod nimi stale strumieni. Prototyp współczesnego klozetu został zaprojektowany nigdzie indziej, jak w Anglii, przez Johna Haringtona w 1596 r. Idea jego działania była prosta – ze zbiornika pełnego wody upuszcza się poprzez otwarcie zaworu jej pewną dawkę, która spłukuje zawartość muszli przez rury do zbiornika lub kanału. Projekt został zrealizowany i wykorzystany po raz pierwszy w pałacu Richmond, z przeznaczeniem dla samej królowej Elżbiety I.

Pomysł Haringtona był przez lata rozwijany i ulepszany, a kluczowa zmiana nadeszła niecałe 200 lat po jego powstaniu. Wtedy to szkocki wynalazca Alexander Cumming wprowadził do niego syfon, czyli wygiętą w kształt litery S rurę znajdującą się pod muszlą klozetową. Rozwiązał on problem smrodu przedostającego się z kanałów do pomieszczenia, w którym znajdowało się urządzenie. Powstanie oraz rozpowszechnienie się w Anglii przez XVIII w. wodociągów, takich jak Chelsea Waterworks Company, pozwalało na coraz szersze wykorzystanie toalet ze spłuczką. Postępująca w związku z rozwojem przemysłu urbanizacja faktycznie przyczyniła się do ich rozpowszechnienia. Pogłębiła też jednak wiele problemów ciążących nad krajem, a w szczególności jego stolicą.

Filtry Warszawskie od strony placu Starynkiewicza

Industrialny behemot, jakim stawał się na początku XIX w. Londyn, coraz gorzej radził sobie ze złymi warunkami sanitarnymi od dawna dręczącymi jego mieszkańców. Wybuchy epidemii cholery co kilka lat oraz rosnące zanieczyszczenie Tamizy sprawiały coraz większe problemy w innych dziedzinach życia, a także zaniepokojenie działaczy społecznych, którzy bezskutecznie próbowali przekonać parlament do podjęcia działań. Jednym z nich był Edwin Chadwick, członek Komisji Królewskiej, zajmujący się sprawami najbiedniejszych obywateli. Uważał on, że przyczyną występowania epidemii jest miazmat, czyli niezdrowe, „zepsute” powietrze, i w związku z tym postulował podjęcie radykalnych działań na rzecz poprawy kondycji sanitarnej Londynu. Postulat ten zdecydowanie popierał lekarz John Snow (sic!), którego badania terenowe skłaniały jednak do innych wniosków. Mapa przygotowana przez niego w czasie wybuchu w 1854 r. w dzielnicy Soho stanowiła mocne przesłanki za  twierdzeniem, jakoby zaraza pochodziła z wody, a konkretniej z zakażonych studni. Ich raporty nie skłoniły jednak polityków do podjęcia radykalnych działań. Udało się to dopiero katastrofie ekologicznej, jaką był Wielki Smród w 1858 r. Latem tego roku, poziom Tamizy wskutek suszy gwałtownie się obniżył, obnażając ogromne ilości nieczystości powodujących trudny do wytrzymania fetor odczuwalny w dużej części miasta. Połączenie tych czynników przekonało w końcu parlament do zlecenia inżynierowi Josephowi Bazalgette’owi prac nad budową systemu kanalizacyjnego dla całego miasta. Ukończony w 1865 r. projekt służy do dziś za podstawę kanalizacji stolicy Wielkiej Brytanii. Nie jest on zresztą jedynym przykładem spektakularnego sukcesu tego rodzaju w angielskim mieście w tamtym czasie. Budowa ogólnej kanalizacji w Liverpoolu podwoiła przeciętną długość życia jego mieszkańców, jeśli porównamy ją na początku i na końcu przedsięwzięcia.

Tabliczka przy ul. Williama Heerleina Lindleya

Pierwszy nowoczesny system kanalizacyjny powstał w Hamburgu – a więc nie w Anglii – ale do jego powstania przyczynił się pewien Anglik, nazwiskiem Lindley. William Lindley, zainspirowany działalnością Chadwicka, podjął się tego przedsięwzięcia w niemieckim mieście portowym, w którym niedawny pożar uznano za dobry pretekst do rozpoczęcia modernizacji. Budowa hamburskiego systemu w latach 40. XIX w. przyniosła inżynierowi sławę. Zaprojektowawszy podobne systemy dla kilku innych miast, w tym m.in. Frankfurtu nad Menem czy Düsseldorfu, Lindley znalazł się w Warszawie. Zarządzający miastem prezydent Sokrates Starynkiewicz miał mocno reformatorskie i prorozwojowe zacięcie. Stolica Kraju Nadwiślańskiego lat 70., pomimo rozwijającego się przemysłu, rosnącej liczby ludności, a także kwitnącego życia towarzyskiego i kulturalnego, w wielu dziedzinach pozostawała zacofana. Ścieki do nielicznych kanałów odprowadzających w dalszym ciągu spływały ulicami, spora część mieszkańców korzystała z publicznych łaźni dla utrzymania jakiejkolwiek higieny, a pobierające wątpliwej jakości wodę wodociągi nie spełniały zapotrzebowań stale rosnącego miasta. Projekt wodociągów, kanalizacji oraz filtrów miejskich sporządzony przez Lindleya został zrealizowany przez jego syna, Williama Heerleina, w latach 1881–1889. Był on z początku masowo oprotestowywany, m.in. przez właścicieli kamienic, którzy przekonywali, że łazienki w mieszkaniach, to zbędny luksus, który tylko podwyższy ich ceny, a obecność toalet we wnętrzach zniechęci ludzi do zamieszkiwania w nich ze względu na zapach. Jak to się skończyło – niech dopowie nam współczesność, w której na cześć panów Lindleya i Starynkiewicza w Warszawie nazwane są ulica i plac, a Filtry niedość, że po dziś dzień są czynne, dają też nazwę otaczającemu je rejonowi MSI.

Tabliczka placu im. prez. Sokratesa Starynkiewicza, tuż obok Filtrów Warszawskich

Przytoczone w tekście wiadomości to jedynie niewielki ułamek ogromu historii, jaki niosą ze sobą rury wodociągów, kanały czy elementy armatury znajdujące się w naszych łazienkach. Okrojone o wiele kontekstów, niuansów, bardziej technicznych danych, ważnych wynalazców, ale też po prostu zwykłych użytkowników, konserwatorów, operatorów, konstruktorów, skoncentrowane na tym, co najbliżej nas. Historia ta nadal niestety nie skończyła się też happy endem, ponieważ istnieje wiele rejonów świata, gdzie woda w dalszym ciągu nie jest zdatna do picia, a o dostępie do bieżącej wody czy regularnego odprowadzenia nieczystości trudno nawet pomarzyć. Zresztą, praktycznie obok nas niekiedy też nie jest lepiej – ponad dwa miliony osób w Polsce nie ma w domu czy mieszkaniu toalety. Zakładając, że przeciętny czytelnik Magla takową jednak posiada, zachęcam do zastanowienia się czasami nad czymś tak zwyczajnym i pospolitym, jak posiadanie (z reguły) czystej i ciepłej wody w kranie, oraz docenienia starań wielu pokoleń ludzi o bardziej higieniczne życie. A także tego, że Wodociągi Kieleckie w sposób wzorcowy usuwają awarie, w sposób błyskawiczny. Są w czołówce krajowej, a nawet światowej. Liczba awarii z roku na rok maleje.