Pół życia na zafu, pół na prozaku

Tekst: Zuzanna Łubińska

Czy byliście kiedyś na obozie jogi? Pewnie nie. Nikt normalny nie jeździ na takie wakacje. Nauka oddychania codziennie o 6.50 zakończona rytualnym piciem naparu imbirowego. Potem tylko joga z przerwami na inny rodzaj jogi. Śniadanie w połowie dnia i kolacja, która jest drugim i ostatnim posiłkiem. Rutyna, czasami urozmaicana koncertami gongów czy wieczorami medytacji, trwa tydzień. Czy urlop może być bardziej rygorystyczny? Tak, wystarczy jak Emmanuel Careere pojechać na Vipassanę.

Obóz mentalnego przetrwania

Na obóz jogi nie trafiłyśmy z moją mamą przez przypadek. Ona od roku przechodzi jakieś dziwne przemiany wewnętrzne, ogląda coachingowego YouTube’a o 5.55, a na lodówce ma wypisane elementy heksagonu szczęścia i triady kłamstwa (czymkolwiek jedno i drugie jest). Z kolei ja po prostu lubię jogę, bo nie przemawiają do mnie żadne inne sporty. Poza tym obie nie chciałyśmy spędzać tygodnia wakacji na leżeniu brzuchem do góry, co, jak się potem okazało, i tak przyszło nam robić, ale pod nazwą shavasana.
Na naszym turnusie było około trzydziestu innych fanatyków rozciągania na macie. Żebyśmy się wzajemnie poznali, już pierwszego dnia tuż po przyjeździe (i godzinnej jodze relaksacyjnej – a nuż ktoś zestresował się podróżą na Wyspę Sobieszewską) usadzono nas w kręgu i proszono o zwięzłe przedstawienie się od jogowej strony. Cześć jestem Zuzia, przyjechałam tu z mamą Małgosią. Jogę ćwiczę od półtora roku. Cześć jestem Małgosia, przyjechałam tu z córką Zuzią. Jogę ćwiczę od pół roku z czteromiesięczną przerwą. Uff, zapoznane.
Oprócz nas w kółeczku podobnym do tych ze spotkań AA siedziało jeszcze kilka równie barwnych osób. (Pamiętajcie – jeżeli nikt was nie komplementuje róbcie to sami jak ja w poprzednim zdaniu). Po mojej prawicy – kobieta, lat na oko 60, burza rudych loków na głowie i ogólna aparycja pozwalająca postrzegać ją jako szamańską duszę zagubioną na ziemskim padole albo słabo opłacaną piosenkarkę disco polo na narkotykach. Później okazało się, że jest ona połączeniem jednego z drugim, bo ćwiczy jogę kundalini. Dla niewtajemniczonych jest to praktyka polegająca na śpiewnym powtarzaniu mantr. Mantr, czyli OM, RA MA DA SA SA SAY SO HUNG, HO OPONOPONO. No cóż, niektórzy mają specyficzne hobby.
Naprzeciwko mnie, dokładnie po drugiej stronie kręgu siedziała Dorotka – kwintesencja zafascynowania jogą, duchowością i wnikania w głąb siebie. Dorotka pochwaliła się, że na obozie jogi jest już piąty raz, razem z mężem zajmują się tłoczeniem olei, bo mają one zbawienny wpływ na zdrowie, poza tym hodują też pszczoły i nie korzystają z leków – to przecież syntetyczny syf. Dorotka swoje dzieci leczy energią. Zaczynało robić się coraz ciekawiej. Całe spektrum jej zainteresowań przedstawiła mi i mamie dopiero po jednej z kolacji, kiedy to podeszła do nas i od słowa do słowa wyznała, że czuje ze mną połączenie dusz i jest pewna, że w poprzednim wcieleniu byłam hinduską joginką. Potem Dorotka zaczęła opowiadać nam o otwieraniu czakr, bioenergoterapii, którą leczy dzieci, i rozmowach z duchem zmarłej bratowej. Ba, nawet udało jej się przeprowadzić tę zagubioną duszę na tamten świat. Jednak najbardziej interesującą historią Dorotki była ta o Vipassanie.

Operacja na otwartym mózgu

W porównaniu do Vipassany obóz jogi jest tylko subtelnym preludium do pełniejszego poznania siebie. Kiedy z ust Dorotki po raz pierwszy padła ta orientalnie brzmiąca nazwa, nie miałam pojęcia z czym może się ona wiązać. I powiem wam – w życiu nie spodziewałam się tego, co chwilę później usłyszałam.
Vipassana to dziesięciodniowy obóz medytacji. Medytacji nie byle jakiej, bo opartej na specjalnych zasadach. Opartej na ciszy. Świętej ciszy. Po przyjeździe do ośrodka uczestnicy oddają obsłudze wszelkie przywiezione gadżety – telefony, tablety, laptopy. Zakazane są również książki, odtwarzacze muzyki czy kartki i długopisy. Dorotka wspominała jak jeden z obozowiczów zaczął kreślić coś patykiem na piasku, a już za moment pojawił się obok niego człowiek z obsługi i szybko zniszczył jego rysunki. Zgodnie z filozofią S. N. Goenki, czyli twórcy opisywanej techniki medytacyjnej, wszelkie przedmioty zajmujące ludzkie myśli czymś innym niż faktyczną myślą stanowią przeszkodę w wyzwoleniu umysłu. Jednak największą przeszkodą jest rozmowa. Dlatego zaraz po dopełnieniu formalności i przypisaniu adeptów medytacji do pokojów zapada wszechobecna cisza. Zakazane jest mówienie. Zakazane jest nawet patrzenie na innych. Wzrok nie może rozpraszać w dążeniu do celu. Celem jest osiągnięcie stanu zen. Celem jest jednak także sama droga w dążeniu do stanu zen. Wzrok powinien być więc skierowany w podłogę. Kobiety i mężczyźni rozdzieleni są na dwie grupy, medytują oddzielnie, jedzą oddzielnie, a nawet śpią w przeciwnych skrzydłach ośrodków. Dorotka opisując swoją przygodę z Dziadowicami (o zgrozo, nazwa tej miejscowości nie może być przypadkiem), w których mieści się jedyny w Polsce ośrodek Vipassany, nota bene najnowocześniejszy na świecie, porównała ją z operacją na otwartym mózgu. Można sobie jedynie wyobrażać jaki wpływ na psychikę ma dziesięć dni spędzonych na medytowaniu od 4 rano do zachodu słońca wyłącznie w towarzystwie własnych myśli. Po usłyszeniu historii Dorotki wiedziałam, że gdy już będę gotowa na najdłuższą randkę z samą sobą trafię na Vipassanę. Chociażby w ramach eksperymentu. Nie minęło wiele czasu, żebym przekonała się, że nie tylko ja wpadłam na taki pomysł. Francuski pisarz Emmanuel Carrere już w 2015 r. połowicznie zdążył go nawet zrealizować.

Francuskie non-fiction

Koniec tegorocznego września okazał się być początkiem złotej polskiej jesieni. Czerwone dywany z klonowych liści i mroźne, mgliste poranki zachęcały do rozkoszowania się jesieniarstwem. Właśnie w jeden z takowych poranków Vipassana znów stanęła na mojej drodze. Po uprzednim odstresowywaniu się do późnych godzin nocnych, rankiem często nachodzi człowieka chęć powrotu do świata kultury. W moim przypadku – Kultury Liberalnej kryjącej się pod postaciami Jarosława Kuisza i Piotra Kieżuna. Panowie w swoim podcaście poruszali akurat temat najnowszej książki francuskiego autora.
Joga Emmanuela Carrera, bo o niej była mowa, to kolejna próba zdefiniowania wewnętrznego ja. Tym razem poprzez jogę i medytację. Siedem lat wcześniej Carrere próbował dokonać tego samego dzięki chrześcijaństwu – opisał swoje starania w Królestwie. Według Panów obie próby zostały zakończone fiaskiem. Odnalezienie siebie okazuje się przerastać nawet pisarza tworzącego pokaźnych rozmiarów autobiografię psychiatryczną, jak sam określa swoje dzieło. Jednak o czym właściwie jest Joga i czy na pewno tylko o jodze i przygodzie z Vipassaną? Oczywiście, że nie.
Jest o skrajnościach, o tytułowym zafu i prozaku, elektrowstrząsach i nirwanie, kłamstwie i prawdzie, miłości i seksie, terroryzmie i spokoju, ciszy i myślach samobójczych.
Chciałabym opowiedzieć o niej więcej, przedstawić zarys historii, jednak wolę nie potrzebować dodawać adnotacji Uwaga! Tekst zawiera spoilery na początku. Skupię się więc na formie. Porównywanie się do prawdziwego pisarza zapewne mi nie przystoi, ale ten tekst został napisany podobnie jak Joga. Mocno osobiście. W pierwszej osobie. Nie ukrywając stosunku autora do przedstawianych zdarzeń. Gdybym jednak chciała zwiększyć współczynnik podobieństwa obydwu fragmentów prozy, musiałabym dodać tutaj kilka opisów magicznych i wyzwalających stosunków seksualnych i przygodnych, niezobowiązujących romansów. Niestety nie mam ponad 60 lat, nie jestem mężczyzną (nad tymi dwoma aspektami akurat nie ubolewam), ani też nie żyję we współczesnym Paryżu (nad tym już ubolewam). Carrere oprowadza czytelnika po swoich ulubionych paryskich kawiarniach, poznaje go ze swoimi przyjaciółmi i nie boi się przyznać, że poczuł ulgę, gdy w zamachu zginął tylko Bernard, a nie któreś z jego dzieci. Nie boi się opisać historię swojej choroby dwubiegunowej. Ale nie jest to ten ekshibicjonistyczny brak strachu, krzyczący wszem i wobec TAK, MAM CHOROBĘ PSYCHICZNĄ, PATRZCIE NA MNIE. Jest to raczej swobodne, wręcz melancholijne opisanie terapii elektrowstrząsowej, nadziei związanej z każdą kolejną dawką psychotropów w kroplówce i ogólnego braku sensu czy chęci do życia. Każde słowo jest prawdziwie intymne. Nie wiem, czy odnoszę takie wrażenie tylko dlatego, że ostatnio najczęściej czytaną przeze mnie prozą są komentarze do ustawy o usługach płatniczych. Ale chyba nie – Carrere naprawdę obnaża siebie w Jodze.

Załatwmy sobie wszyscy L4

Emmanuel człowiek. Emmanuel pisarz. Rozdwojenie jaźni, tachpsychia czy osobowość spójna. Autor często daje znać, że jest pisarzem. Wie, że jego przeznaczeniem jest opisywanie rzeczywistości. Na Vipassanę wybrał się mając na względzie późniejszy cel napisania książki na temat medytacji. Carrere żyje pisząc, pisze żyjąc. Nie rozgranicza swojego zawodu od siebie jako człowieka. Ma świadomość, że jest obserwatorem i musi dzielić się swoimi refleksami z szerszym gronem. Wiecznie obserwuje życie. Też tak chcę. Życie ma większy potencjał niż bankowość i finansowanie projektów. Może utwierdzę się w tym na Vipassanie, ale najpierw trzeba wygospodarować 10 dni na niemówienie, niepatrzenie i niemyślenie. Chyba najłatwiej jest tak jak Dorotka „załatwić” sobie L4 od psychiatry. Mówiła, że „załatwiła”, ale kto wie, co na tym świecie jest prawdą.
Na końcu wypadałoby odnieść się do zakończenia i puenty Jogi. Jednak, jak możecie się domyślać, nic wam o nim nie powiem. Wcale nie dlatego, że zostało mi jeszcze 70 stron tej książki. A przynajmniej nie tylko dlatego. Będę szczera – może nawet bardziej niż przyznając się, że piszę recenzję książki, której nie skończyłam. Każdy z nas to zakończenie odbierze inaczej. Nieważne jakie ono jest, każdego poruszy w nim coś innego, na coś innego zwróci uwagę. W tej sytuacji łączy nas tylko fakt, że zarówno dla mnie, jak i dla was zakończenie jest niespodzianką. Może właśnie tą niespodzianką, która przywróci komuś chęć do życia, a może autor na końcu faktycznie popełnia samobójstwo? Nie wiem. Ale czy to przypadkiem nie niewiedza i niemyślenie są najwyższymi wartościami według S. N. Goenki? Nie wiem. I jest mi z tym lepiej niż dobrze.