Proszę się obudzić Panie West

29 sierpnia światło dzienne ujrzał album Donda Kanyego Westa. Trwająca ponad rok saga zmiany terminów premiery dobiegła końca, jej efekt podzielił krytyków, a niektórzy zaczęli się zastanawiać, o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego wokół Kanyego zawsze jest tak głośno i czy całe to oczekiwanie miało ostatecznie sens.

Tekst: Jacek Wnorowski 

Można powiedzieć, że od premiery albumu Yeezus w 2013 r. Kanye trzyma się bardzo osobliwego sposobu zapowiadania swoich płyt. Wtedy właśnie ogłosił The Life of Pablo (jeszcze pod tytułem So Help Me God), które ukazało się ostatecznie trzy lata później. Kolejne płyty powtarzały ten schemat, również Donda, która mogła być zapowiadanym Jesus Is King Part II, a już na pewno wyewoluowała z God’s Country. Stało się to w połowie ubiegłego roku, kiedy Kanye przedstawił okładkę albumu, który miał być poświęcony pamięci jego zmarłej przed czternastoma laty matki, Dondy West.

O Dondzie, chociaż nie bezpośrednio, opowiadał już album 808 & Heartbreak, na którym artysta w emocjonalny sposób stawał twarzą w twarz ze smutkiem spowodowanym utratą matki i rozbiciem związku z projektantką mody Alexis Phifer. Jednak Donda jest o Dondzie w znacznie mniejszym stopniu niż o innych tematach (chociaż na płycie są obecne sample jej wypowiedzi): przede wszystkim o wierze i doświadczeniach z niej płynących, jak również o problemach z byciem w świetle reflektorów, relacji z mediami, z Kim Kardashian, własnej kondycji psychicznej czy zmarłych, których Kanye stara się upamiętnić (Kobe Bryant, Jonah Ware).

Kontrowersja goni kontrowersję

W nazwie kryje się jednak pierwsza poważna kontrowersja i zgrzyt – Kanye album zatytułowany imieniem swojej matki potraktował jako pretekst do epatowania swoim narcyzmem i egocentryzmem. Czy ktokolwiek się tego po nim spodziewał? Tak, każdy, ale wciąż pozostawia to spory niesmak. A to skupianie uwagi na sobie artysta próbował osiągnąć wszystkimi metodami. Od tych łagodniejszych, jak tweetowanie na temat albumu czy ciągłe przekładanie daty premiery, po te mniej gustowne: zaproszenie na płytę wielokrotnie oskarżanego o przemoc na tle seksualnym Marilyna Mansona i autora homofobicznych komentarzy DaBaby’ego oraz zarzucanie wytwórni po premierze albumu, że wydała materiał bez jego zgody. Kanye musi być w centrum uwagi i nie obchodzi go, jakimi sposobami to osiągnie. Trudno taką postawę pochwalać.

Megalomania i memy

Na megalomanię Kanyego trzeba też spojrzeć z drugiej strony: cała swoista akcja promocyjna albumu była jednym z najbardziej nietypowych wydarzeń ostatnich lat. Artysta po pierwszym listening party płyty na stadionie w Atlancie wynajął cały obiekt i zamieszkał w jego murach, dokładniej zamknął się w pokoiku przypominającym więzienną celę, poświęcając się wyłącznie ukończeniu płyty (być może stąd wziął się tytuł jednego z utworów, Jail, chociaż bycie metaforą stanu psychicznego Kanyego również wchodzi w grę). To tylko jeden z memogennych momentów „czasów okołodondowych”, do innych należą z pewnością zdjęcia Kanyego ze studia, sampel utworu Globglogabgalab, który lata temu był internetowym viralem, w outro Remote Control, intro albumu (powtórzone sześćdziesięciokrotnie przez Syleene Johnson imię Donda) czy zbudowanie w Chicago repliki domu Kanyego na potrzeby jednego z listening parties.

To zresztą inna kwestia warta uwagi. Trzeci odsłuch płyty (już w Chicago) przebiegał w niemal teatralnej atmosferze, z mnóstwem rekwizytów i odegranymi scenkami (ślub z Kim, samospalenie). Daleko mu było do sztywnych, niemal biznesowych w klimacie listening parties wielu artystów, które bywają często traktowane jako spotkanie grupki wybranych. U Kanyego wszystko odbyło się z rozmachem i masowo, nie po raz pierwszy zresztą. Zdjęcia z tej imprezy jeszcze długo nie znikną z internetowego krajobrazu.

Kanye vs Drake

Komercyjny sukces Dondy bardzo szybko został przykryty przez wyniki nowego albumu Drake’a (Certified Lover Boy, czy, jak niektórzy wolą, Certyfikowany Kochacz). Nie dziwne więc, że panowie nie pałają do siebie sympatią. Powodów takiego stanu rzeczy jest jednak więcej niż jedynie sprzedażowa rywalizacja. Beef między raperami trwa od lat, wzajemna niechęć była często podbijana (przez media społecznościowe, publiczne wypowiedzi, dobieranie współpracowników, jak nielubiącego Drake’a Pushy T, czy w końcu zaczepki w utworach).

Udział Pushy T w tej walce gigantów poskutkował przed laty kompletnym nokautem Drake’a. Na produkowanym przez Kanyego albumie DAYTONA znalazł się utwór Infared, w którym Pusha zarzucał Drake’owi korzystanie z usług ghostwriterów. Na odpowiedź Kanadyjczyka nie trzeba było długo czekać, bo już po kilku godzinach pojawił się Duppy Freestyle odnoszący się do zarzutów i atakujący duet Pusha & West. Drake nie spodziewał się jednak, że w ten sposób tylko wystawił się na ostrzał: mający premierę kilka dni później The Story of Adidon przeszedł do historii jako jeden z najlepszych diss tracków. Pusha ujawnił w nim informację o ukrywanym przed światem synie Drake’a, Adonisie, który w dodatku miał być „użyty” w promocji nowej linii butów Adidas (stąd Adidon: połączenie słów Adonis i Adidas). Jakby tego wyrachowania ze strony Drake’a było za mało, Pusha ujawnił też jego zdjęcia w blackface. Wielu krytyków stwierdziło po tym, że kariera Kanadyjczyka jest zniszczona. Po pewnym czasie nastroje się jednak uspokoiły i rynek muzyczny o wszystkim zapomniał.

Niedawny okres dorzucił kolejną niedorzeczną sytuację: Drake doprowadził do nieoficjalnej premiery utworu Life of the Party Kanyego i Andrégo 3000, który w istocie jest atakiem na Kanadyjczyka. Trudno o bardziej widowiskowy przykład strzału w stopę, który jednocześnie jest swoistym zamknięciem etapu Dondy w mediach. Dodatkowo Kanye udowodnił, że nie ogląda się w kreowaniu swojej persony i podejmowaniu decyzji za nikim i niczym, czego nie można powiedzieć o Drake’u, czekającym specjalnie z premierą albumu na wydanie Dondy.

Muzyczna jakość

O Dondzie znacznie więcej mówi się w kontekście kontrowersji i widowiska, niż muzycznego albumu, którym w istocie jest. Kanye po raz kolejny okazał się sprawnym reżyserem i dyrygentem, zachęcił do współpracy kilka tuzinów współpracowników, w większości wyciągnął z nich co najlepsze, a sam wtopił się w tłum głosów i produkcji na płycie. Brzmieniowo zresztą bardzo eklektycznej, bo czerpiącej, podobnie jak The Life of Pablo, z różnych okresów twórczości Kanyego. Jest więc i syntezatorowy minimalizm, i gospelowe rozbuchane hymny, i eksperymentalny hip-hop.

West najlepiej sprawdza się właśnie jako „wielki układacz”, który dopasowuje do siebie style, osobistości i mocne elementy głośnych nazwisk muzycznego mainstreamu: do Hurricane zaangażował mistrza hooków The Weeknda, w Off the Grid udało mu się spleść agresywny bit z post-rapem Playboia Cartiego, uduchowionego 24 nie można sobie wyobrazić bez udziału Sunday Service Choir, a na monumentalnym Jesus Lord do formy wraca niemogący wyjść z długiej stagnacji producent Gesaffelstein. Całej płycie można co prawda zarzucić nadmierną długość i niewykorzystanie potencjału niektórych wersów czy podkładów, jednak jest to dzieło dopracowane o niebo lepiej niż choćby Jesus Is King. Dziwią więc bardzo surowe oceny recenzentów (średnia na Metacritic jest niewiele większa od wspomnianego JIK).

Nie dziwi natomiast fakt, że zarówno recenzenci, jak i fani, mogą mieć Kanyego po prostu dość. Trzymanie wszystkich w niepewności, ciągłe grzebanie przy utworach (Hurricane miało około 10 różnych wersji przed oficjalną premierą), brak poszanowania dla ofiar takich osób jak Marilyn Manson czy kontrowersje dla samych kontrowersji, nawet jeśli są powodowane zaburzeniami psychicznymi, nie mogą być przez nie usprawiedliwiane. Panie West, pora na ogarnięcie się, być największym showmanem współczesnej popkultury można również bez krzywdzenia i nadmiernych kontrowersji