Providence

Twe migotliwe światła co noc widzę
Choć przestrzeń i czas między nami;
Bo tyś mą duszą moje ty Providence
I zawsze przy mnie zostaniesz!
– H.P. Lovecraft, fragm. Providence

Tekst: Antoni Trybus

Zabierzmy nasz język ciut dalej niż nasza codzienność zwykła go zabierać. Spróbujmy przy użyciu słów, wiernych nośników myśli, wejść odrobinę głębiej w niepoznane, skryte pod cielskiem zwyczajności zjawiska jawiące się jako nadnaturalne. Im bardziej przerażające fenomeny będziemy starali się opisać językiem, tym bardziej będzie on nikł w naszych oczach, uwydatniając swoje wybrakowanie w próbie opisu Nieznanego. Człowiek postawiony względem niewypowiedzianego horroru będzie uciekał się do odmiennych form komunikacji. Podejmie próbę wyrażenia „tego czegoś” językiem sztuki, ewentualnie skończy jak zamknięci w ośrodkach dla obłąkanych bohaterowie Lovecrafta.

Szaleńcze partie wioli wiły się w dół kamienicy przy Rue d’Auseil, szepcząc dużo więcej, niż jest w stanie wyszeptać jakikolwiek śmiertelnik o zgrozie doświadczanej przez głuchoniemego Niemca – Ericha Zanna. Spod jego palców wychodziła muzyka mająca swe źródło w najczystszym strachu. Grał nieziemsko, delirycznie, histerycznie, a przecież nie roniąc najsubtelniejszych nawet znamion swego muzycznego geniuszu. Żyjąc w obliczu faktów wykraczających poza naszą rzeczywistość, jedynie poprzez swe chimeryczne kompozycje był w stanie jakkolwiek się z nimi skonfrontować. Muzyka Zanna była de facto przełożeniem na formy naszej rzeczywistości, niewysławialnej przestrzeni, przed którą ów człowiek został postawiony.

Niestety żadnemu z utworów Niemca nie było dane się zachować. Podzieliły one enigmatyczny los budynku, w którym Erich Zann mieszkał. Oczywiście wiele osób próbowało uzyskać dostęp do Nieznanego, nawiązać z nim relację, podobną do tej zannowskiej, jednakże próby te kończą się jedynie na epigonicznych dziełkach, oddających cześć jedynej w swoim rodzaju grze mistrza.

Chcąc obcować z tym, z czym zetknął się ów geniusz wioli, moim skromnym zdaniem należy zacząć od wysłuchania interpretacji Muzyki Ericha Zanna w wykonaniu Kirszenbaum. Odczyt tego kultowego opowiadania H.P. Lovecrafta w klimatycznej krakowskiej księgarni z podłogą z trzeszczącej klepki urozmaicony został nastrojowym podkładem duetu. Smyczkowa panika skrzypiec oraz pasaże gitarowe wplecione w zbijający z tropu ambient nadały w moich oczach zupełnie inny wymiar czytanej historii. Jej odbiór stał się pełniejszy, a ja sam przez chwilę poczułem się studentem metafizyki odwiedzającym w nabożnym podnieceniu klitkę Ericha Zanna, przepełnioną muzyką wykraczającą poza nasz świat.

Siła oddziaływania pisarstwa Samotnika z Providence, pomimo że za jego życia niezauważana przez mu ówczesnych, współcześnie stała się na tyle potężna, że spokojnie można mówić o takim nurcie w popkulturze, jak ten lovecraftowski. Wielcy i naprawdę maluczcy muzycy znajdowali nieziemskie pokłady inspiracji w mitach Cthulhu i jego pochodnych. Odwołuje się do nich Metallica (The Call of Ktulu, The Thing That Should Not Be), odwołuje się do nich Iron Maiden (należy się przyjrzeć nagrobkowi Eddiego na okładce koncertowego Live After Death), wreszcie odwołuje się do nich Electric Wizard (Dunwich, Weird Tales:…), każda z tych gwiazd metalu na swój charakterystyczny dla siebie sposób. Godnym uwagi z grona zainspirowanych jest według mnie niedoceniony Howls of Ebb grający muzykę przypominającą macki, które ośliźle obwiązują się wokół ciała, wciągają ofiarę w odmęty ciemnych oceanów, pod których powierzchnią w cyklopowych miastach drzemią Wielcy Przedwieczni. W ciut mniej sztampowym opisie przekłada się to po prostu na etykietkę: psychodeliczny death metal.

H.P. Lovecraft swą twórczością zdestabilizował znany nam porządek świata. Dzięki jego niezwykłej, przypisanej nielicznym, umiejętności zabierania języka ciut dalej, wpuścił do naszego świata nowy wymiar grozy. Poznaliśmy coś wymykającego się naszemu pojęciu, a zarazem silnie rezonującego ze zbiorową podświadomością. Nie bez przyczyny współcześni okultyści tacy jak magowie chaosu z Iluminatów Thanaterosa czy Ezoteryczny Zakon Dagona, bezpośrednio zaczerpnięty z Widma nad Innsmouth, korzystają z lovecraftiańskiej symboliki w swoich praktykach. Odczuwalne jest to również w muzyce, tej w duchu Zanna, obecnie zróżnicowanej gatunkowo jak cała muzyczna scena, a jednak posiadającej mimo wszystko ten sam wspólny pierwiastek konfrontacji z Nieznanym. Czcze słowa zmierzone z nim blakną, osuwają się w jego mrok, pozostaje muzyka, dźwięki kompozycji kończącej debiutancki album F#A#∞ kanadyjskiego Godspeed You! Black Emperor – Providence, rodzinnego miasta Lovecrafta