Magia po latach?

Średnia długość przerwy pomiędzy kolejnymi wydawnictwami artystów wynosi od dwóch do trzech lat. Co jednak z tymi, którzy zwlekają dekadami? Czy da się odtworzyć tę samą jakość, a może lepiej po prostu siedzieć cicho? ABBA przychodzi z odpowiedzią.

Tekst: Maciej Kondraciuk

Mamma mia, niby wszyscy wiedzieli, że to się wydarzy, ale i tak jest szok i niedowierzanie: ABBA powróciła z nowym materiałem. Po 40 latach. Będzie cały album i seria koncertów hologramowych. Równie monumentalnego comebacku w historii muzyki chyba nie było, chociaż podobne powroty, tylko na mniejszą skalę, już miały miejsce. Pozostaje tylko pytanie – czy było warto?

Thank you for the music

Spekulacje na temat potencjalnej reaktywacji Abby ciągnęły się już od 2016 r., kiedy grupa pokazała się publicznie po raz pierwszy od rozpadu na początku lat 80. Mimo wcześniejszych deklaracji, że nigdy nie powrócą do wspólnego grania, był to pierwszy znak, że coś może być na rzeczy. I faktycznie było. Dwa lata później Szwedzi ogłosili, że nagrali dwie nowe piosenki. Ich wydanie miało być pierwotnie związane z premierą specjalnego programu telewizyjnego, jednak plany te zmieniono przez opóźnienia w produkcji. Dalsze zwlekanie i okazjonalne napomknięcia o nowym materiale w wywiadach sugerowały jednak, że szykuje się coś większego.

No i stało się. Voyage, dziewiąty studyjny krążek Abby, ma się ukazać jeszcze w listopadzie tego roku. Tworząc album, grupa postawiła na tradycyjne podejście, pisząc, komponując i nagrywając wszystko bez pomocy nikogo z zewnątrz. Gościnnego wersu Ty Dolla $igna czy produkcji Jacka Antonoffa zatem tu nie znajdziemy, ale obok dziewięciu premierowych kompozycji na płycie pojawi się ich pierwsza świąteczna piosenka.

Dwa pierwsze single stylistycznie nie odstają aż tak bardzo od dawnych szlagierów Abby – jeden z nich to power ballada rodem z Eurowizji, a drugi to enigmatyczny disco-throwback. Podczas wywiadu na konferencji zapowiadającej album Björn i Benny potwierdzili, że oba kawałki pojawią się na setliście przyszłorocznej serii koncertów wirtualnych awatarów zespołu. Nasuwa się jednak pytanie, czy nowy materiał trafi do kanonu twórczości grupy? A może to zwykła komercyjna zagrywka mająca podbić sprzedaże albumu i biletów? W każdym razie o odcinanie kuponów Szwedów posądzić nie można, bo znalazłoby się kilka prostszych sposobów na zarobienie pieniędzy niż spędzanie lat nad tworzeniem nowego materiału czy pracami nad nadchodzącym show.

Who can live without it?

Motywacje za powrotami po kilku dekadach są różne, jednak u słuchaczy budzą nie tyle nadzieje, co często wątpliwości. Czy było to w ogóle potrzebne? Czy kogoś to jeszcze obchodzi? Czy po tylu latach można nagrać coś godnego dotychczasowego materiału?

Niektórym się udało. Wydane w 2014 r. po 20-letniej przerwie The Endless River Pink Floydów zadebiutowało na pierwszym miejscu list najlepiej sprzedających się albumów w 21 krajach. Wprawdzie płyta spotkała się z mieszanymi reakcjami, ale przynajmniej odbiła się szerokim echem i przyniosła odpowiedź na nurtujące wszystkich pytanie: jak legendy muzyki będą brzmieć wykorzystując nowoczesną technologię? Gilmour i Waters w swoich solowych karierach także zaliczyli podobne powroty. Eagles swoim pierwszym krążkiem od 27 lat osiągnęli większy sukces od kultowego Blackout Britney, które zostało wydane w tym samym tygodniu, co ich Long Road Out of Eden. „Zreaktywowani” Steely Dan z kolei zgarnęli w 2001 r. trzy statuetki Grammy, w tym za album roku, za ich pierwsze dzieło od dwóch dekad, Two Against Nature. „Comebackowe” krążki shoegazowców My Bloody Valentine oraz Slowdive (srebro w maglowej topce albumów 2017 r.) zdobyły zaś uznanie krytyków i fanów, dumnie prezentując się na równi z poprzednimi pozycjami w dyskografiach zespołów.

Z drugiej strony trudno wymazać z pamięci powroty, które okazały się totalnymi flopami. What The… punkowców z Black Flag (warto dodać, że w niepełnym i zmienionym składzie), pierwszy album od niemalże trzech dekad, jest uznawane za dzieło rujnujące ich dotychczasowe dziedzictwo. Podobnie znienawidzone było zresztą The Weirdness Iggiego Popa i spółki z The Stooges, które ukazało się 34 lata po ich poprzedniej płycie. Inne krążki, jak wydane w ubiegłej dekadzie It’s About Time grupy Chic Nila Rodgersa czy Déjà Vu Giorgia Morodera, ich pierwsze albumy od lat 90., spotkały się z krytyką za ślepe podążanie za trendami. Czasem jednak takie rozwiązanie wydaje się korzystniejsze niż powracanie z materiałem tak nieistotnym, że nie ma on własnej strony na Wikipedii.

A jak będzie z Abbą? Na pewno kasowo. Voyage już bije szczyty popularności, w kilka dni po zapowiedzi sprzedając blisko sto tysięcy kopii w przedsprzedaży w samej Wielkiej Brytanii, stanowiąc tym samym rekord w historii grupy Universal. Co z samym materiałem? Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ocenimy to już 5 listopada.