Złote Palmy i chirurgiczne maseczki

Do Cannes po raz kolejny zawitali najlepsi twórcy i twórczynie z całego świata. W trochę innych okolicznościach niż zazwyczaj jednak wciąż z wieloma ciekawymi dziełami.

Tekst i zdjęcie: Tomasz Dwojak

Najbardziej prestiżowy festiwal filmowy powrócił w tym roku, po przerwie spowodowanej przez (wciąż chyba trwającą) pandemię koronawirusa.
Tegoroczna edycja przyniosła kilka zmian. Zamiast standardowo w maju festiwal odbył się, tym razem, w lipcu. Ze względów bezpieczeństwa wszyscy uczestnicy musieli przedstawiać certyfikat zaszczepienia, bądź negatywny wynik testu PCR (odnawiany co dwa dni). Organizatorzy zrezygnowali również z kolejek na seanse – rozwiązania anachronicznego i w canneńskim wykonaniu dość kastowego (oczywiście nie wszyscy stali w tych samych kolejkach) – na rzecz systemu rezerwacji elektronicznej, co niewątpliwe ucieszyło wszystkich studentów zaprawionych w bojach z wszelkimi USOSami czy wirtualnymi dziekanatami. System oczywiście rządził się swoimi prawami – niektórzy szczęśliwcy rezerwowali wejściówki już w kilka sekund po odblokowaniu możliwości wybierania biletów, natomiast inni obserwowali ładujące się długimi minutami strony. Na tych, którym udało się zarezerwować wejściówki, czekało wiele obiecujących premier.

Julia wśród Goliatów

Konkurs główny obfitował w dzieła canneńskich weteranów. Swoje najnowsze dzieła zaprezentowali m.in. Apichatpong Weerasethakul, Asghar Farhadi, Jacques Audiard czy ulubieniec publiczności – Wes Anderson. Z Cannes ze Złotą Palmą za najlepszy film ku zaskoczeniu wielu wyjechała jednak Julia Ducournau. Artystka na pewno wstrzeliła się w ekstrawaganckie gusta tegorocznego szefa jury – amerykańskiego reżysera Spike’a Lee (swoją drogą, kreacje jakie przygotował na festiwal zasługują na oddzielny artykuł. Reżyser rozpoczął od różowego garnituru, a zakończył na zestawie w klasycznym kolorze, jednak niby zamalowanym w połowie pociągnięciami malarskiego pędzla – czymś pomiędzy impresjonizmem a testowaniem kredek w sklepie papierniczym). Julia Ducournau niewątpliwie stworzyła dzieło bezkompromisowe. Poruszające aktualne kwestie, chociażby patriarchatu czy tożsamości płciowej. Jednak w bardzo kampowej stylistyce kina eksploatacji.
Jeśli chodzi o największe zaskoczenie festiwalu to z Ducournau może śmiało konkurować Gaspar Noé. Reżyser znany ze skrajnie hedonistycznych filmów zaprezentował na festiwalu przejmujący portret starości, zdecydowanie najdojrzalsze dzieło w swojej karierze. Ze swojego reżyserskiego emploi wyszedł też wspomniany już prawie siedemdziesięcioletni Audiard. W oparciu o scenariusz przygotowany m.in. wraz z Céline Sciammą – autorką Portretu kobiety w ogniu, nakręcił bardzo autentyczny (i estetyczny) film o perypetiach miłosnych i samotności współczesnych młodych dorosłych. Podobne tematycznie dzieło stworzył Joachim Trier. Protagonistką, jego Najgorszego człowieka na świecie jest dwudziestoparoletnia Julie (świetnie zagrana przez Renatę Reinsve, która za swoją rolę otrzymała Złotą Palmę). Główna bohaterka to bardzo dobrze napisana (i zagrana) postać – trochę marzycielka, rozdarta, wciąż poszukująca drogi dla siebie. Tak autentyczna, że niektóre osoby utożsamiające się z nią podczas seansu mogą poczuć się personalnie zaatakowane.
Natomiast jeśli chodzi o Farhadiego i Weerasethakula, to otrzymaliśmy jeszcze więcej tego, do czego obydwoje zdążyli przyzwyczaić widzów. Farhadi wciąż ściga się z braćmi Dardenne kto nakręci bardziej niejednoznaczną moralnie eseistyczną opowiastkę. Z kolei reżyser z Tajlandii wciąż gra w swojej lidze jeśli chodzi o impresyjność i niespieszność dzieł.
Na koniec warto wspomnieć o filmie który najprawdopodobniej wzbudzi w Polsce ogromne kontrowersje. Mowa o Benedettcie Paula Verhoevena. Film przedstawia opartą na faktach historię bardzo bogobojnej zakonnicy. O, to idealny film dla widzów w katolickim kraju – można by powiedzieć po tym krótkim opisie. Sęk w tym że główna bohaterka ma w klasztorze kochankę, a film obfituje w wiele obrazoburczych scen. Choć trzeba dodać, że dzieło można też krytykować z tej drugiej strony politycznego sporu za tzw. male gaze.

W Cannes w Grand Théâtre Lumière

Cannes to dość niewielkie miasto (zamieszkuje je ok. 70 tys osób). Na czas trwania wydarzenia jego przestrzeń jest zatem niemal całkowicie przejęta przez festiwal. Plakaty gęsto zdobią główne arterie czy lokale usługowe – zarówno salony fryzjerskie jak i małe sklepy spożywcze, a na ulicach co chwilę mija się osoby z akredytacjami zawieszonymi na szyi. Kameralność miasta ma też swoje minusy – gdy cały filmowy światek zjeżdża się do tak małej przestrzeni trudno o miejsca w hotelach w przystępnej cenie.
W czasie trwania wydarzenia wyczuwalny był delikatny niepokój. Od czasu zamachów z 2015 r. w Paryżu i z 2016 r. w pobliskiej Nicei tereny festiwalowe stale są patrolowane przez policjantów z bronią maszynową. Obowiązkowe maseczki w salach kinowych z kolei przypominają o pandemii.
Cannes wciąż jednak czaruje swoją magią. Przepięknymi, operowymi salami, gwiazdami na każdym kroku i pobliską plażą, na której po zakończonych seansach można odpocząć, wypić szampana i  porozmawiać ze znajomymi o obejrzanych filmach. Oby przyszła edycja odbyła się w trochę spokojniejszych czasach.