Długi film o umieraniu

Na festiwalu w Cannes premierowy pokaz Vortex miał odbyć się w piątek o 23. Zapewne w głowach wielu fanów twórczości Noégo (w tym piszącego te słowa) pojawiła się myśl, że to idealna pora na seans. Filmy francusko-argentyńskiego reżysera zazwyczaj bywają emocjonalnie przytłaczające, ale są także perwersyjnie hedonistyczne. Pełne imprez, cielesności, używek i skrajnych doświadczeń. I tak często są odbierane – jak coś, co można obejrzeć w poszukiwaniu „mocnych wrażeń” – transgresywnej przyjemności obserwowania czegoś, czego samemu nie miałoby się odwagi zrobić. Jakie musiało być zdziwienie, gdy nowe dzieło Noégo, zamiast kolejnym narkotycznym tripem, okazało się bardzo naturalistycznym dziełem o starości i umieraniu.
Głównymi bohaterami filmu francusko-argentyńskiego twórcy jest starsza para – krytyk filmowy grany przez Dario Argento oraz psychiatrka (Françoise LeBrun). Małżonkowie są na takim etapie życia, w którym ich codzienna egzystencja naznaczona jest w znacznym stopniu przez choroby – demencję żony i problemy z sercem męża – a dobowy rytm wyznaczają godziny przyjmowania leków.

Vortex nie ucieknie zapewne od porównań z Miłością Hanekego – innym filmem o tym, jak to Panu Bogu starość się nie udała. Z tym, że dzieło Noego jest utworem dużo bardziej surowym i naturalistycznym. Przedstawiającym skrajnie prozaiczny wymiar starości, raczej unikającym efekciarstwa. Stąd znaczna część dzieła jest niewątpliwie nużąca i frustrująca (niczym starość – można by dodać).
Pod względem formy Vortex jest jednak utworem dość oryginalnym. Noé znany jest z wielu eksperymentów z ruchem kamery, montażem itd. Często można odnieść wrażenie, że warstwa formalna jest dla reżysera Climax ważniejsza od treści dzieł (co oczywiście nie musi być czymś złym). W filmie Vortex – być może ze względu na ciężar gatunkowy historii – Noé ograniczył eksperymenty z formą do minimum. A właściwie do jednego pomysłu. Przez cały utwór obraz podzielony jest na pół, a losy pary głównych bohaterów obserwujemy równolegle. Zabieg ten ciekawie dopełnia narrację i pozwala wybrzmieć dużo mocniej niektórym scenom.
Noé pokazał wiele razy, że potrafi tworzyć utwory dewastujące emocjonalnie. Jednak chyba nikt (pewnie włącznie z samym reżyserem) nie spodziewał się, że nakręci on kiedykolwiek film tak surowy, szczery pod względem emocji, obdarty z artystowskiego ego, i w którym nawet awangardowa forma ostatecznie służy jedynie dopełnieniu opowiadanej historii.

Ocena: 4,5/5

Tekst: Tomasz Dwojak