Wywiad z ojcem odbudowy

Był postacią ze wszech stron niejednoznaczną. Żyd, komunista-ideowiec, pod koniec życia zainteresowany katolicyzmem. Politruk, który najlepiej czuł się, projektując i nadzorując budowę osiedli i mostów, oraz pisząc książki o historii najnowszej. Promotor socjalistycznego modelu rodziny, miał nieślubną córkę. Przede wszystkim Józef Sigalin był jednak człowiekiem, który chciał odcisnąć swoje piętno na Warszawie. Znając jego dzieła i historię życia, można nawet hipotetyzować, jak odpowiadałby na pytania zadawane w wywiadzie.

„Rozmawiał”: Maciej Cierniak

 

MAGIEL: Na początek chciałbym pogratulować panu zdobycia trzydziestej ósmej lokaty w plebiscycie Wyborczej na Warszawiaka Stulecia. Musi to być ogromny zaszczyt, biorąc pod uwagę pańską złą prasę pochodzącą jeszcze z czasów stalinowskich.

Nasz “rozmówca” – oryginalne zdjęcie z tyg. “Stolica” (domena publiczna)

Józef Sigalin: Zaskoczyło mnie, że w ogóle znalazłem się w tym zestawieniu. W końcu już pod koniec lat 50. moje projekty i założenia były ze wszech stron krytykowane, po pierwsze za przeideologizowanie w treści i przesadny monumentalizm w formie, generujący koszty, które miały być minimalizowane w nowym ustroju, o który tyle walczyliśmy. Pałac Kultury i Nauki, co prawda projektu Lwa Rudniewa, ale nadzorowany przeze mnie razem z Heńkiem Janczewskim, od lat próbuje się przysłonić czymś większym, bardziej monumentalnym i zaburzyć jego dominację nad panoramą. On oraz MDM były przez dekady pokazywane jako przykłady marnotrawstwa czasów Bieruta i oderwania ówczesnej władzy od rzeczywistych potrzeb. Sam jednak widziałem Bolesława na spotkaniach pracowni, gdzie żywo interesował się najdrobniejszymi szczegółami naszych przedsięwzięć. Ale nie o tym. Wygłosowana dla mnie lokata w plebiscycie z pewnością oznacza, że w czasie jego prowadzenia nastroje wobec stylistyki lat 50. i naszych założeń prospołecznych przeżywały podobny renesans, co na początku dekady pierwszego sekretarza Gierka. Po nastu latach rządów skąpego towarzysza Gomułki znów rozpaliło się zamiłowanie do monumentalnych form, znacznie jednak odbiegających od tych znanych z socrealizmu. Dlatego powierzono właśnie mi zadanie zaprojektowania i nadzoru nad budową Trasy Mostowej Łazienkowskiej.

 

M: Do tematu zawodu związanego z budową Trasy Łazienkowskiej wrócimy jeszcze za chwilę. Teraz chciałbym jednak zapytać, czemu w zasadzie, poza oczywistymi naciskami ze strony „bratniego” Związku Radzieckiego zdecydowaliście się na uskutecznianie takiego budownictwa?

Rozpoczęcie budowy Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej (sierpień 1950, domena publiczna)

J.S.: Umieszczanie słowa „bratniego” w cudzysłowie w tym kontekście jest trochę nie na miejscu, gdyż faktycznie korzystaliśmy w ogromnej mierze z dużego doświadczenia inżynierów radzieckich w dziedzinie odbudowy zniszczonych miast – oni mieli za sobą również zrównane z ziemią Stalingrad czy Krzywy Róg. Uczyli nas, jak wykorzystywać gruzy ze zniszczonych budynków do budowania całkowicie nowych założeń, przy wykorzystaniu tzw. gruzobetonu. Ich ekspertyza okazała się też nieoceniona przy budowie pierwszego odcinka metra, które przecież miało zostać zrealizowane w koncepcji metra głębokiego. Nie zostało dokończone, a szkoda, lecz doświadczenie, którego nabrali nasi inżynierowie, budując na początku lat 50. targówecki odcinek kolejki podziemnej, zwanej wówczas Koleją Szybką Miejską, pozwolił w latach 70. i 80. zbudować dziś funkcjonujące odcinki metra bez żadnej pomocy z zewnątrz. Istotne były także żywotne potrzeby Warszawy. Tak powstała trasa WZ, która do dziś pozostaje jednym z kręgosłupów komunikacyjnych miasta, zarówno pod względem transportu kołowego, jak i tramwajowego. Jeśli zaś chodzi o monumentalizm budowli. Myśmy musieli pokazać, że jesteśmy w stanie zapewnić robotnikom wszystkie te wygody, które dotychczas mieli tylko kapitaliści i arystokraci. Ale nie chodziło tylko o infrastrukturę – prąd, wodociągi, kanalizację czy ogrzewanie, ale również o to, by poczuli, że Partia dba o nadanie im godności. Tę godność symbolizować miało zdobienie „pałaców”, w których robotnicy mieli mieszkać i spędzać wolny czas. Chcieliśmy, żeby poczuli się jak arystokraci, których nienawidzili, ale też nie czuli się w tych domach nieswojo – stąd przykazanie, by budować socjalistycznie w formie, narodowo w treści. Ważna była też koncepcja budowy tzw. z rosyjska mikrorajonów, w luźnym tłumaczeniu minidzielnic. Podział nowo budowanych osiedli na takie subdywizje ułatwiał rozplanowywanie wszystkich elementów potrzebnych do życia socjalistycznemu obywatelowi – sklepów, domów kultury, komunikacji publicznej czy szkół dla robotniczych dzieci. W takiej koncepcji były realizowane pierwsze wielkowymiarowe osiedla na Mokotowie, jeszcze w połowie lat 40. Tak dobudowaliśmy potem osiedle Koło II do przedwojennej kolonii WSM. I tak budowaliśmy cały Muranów, mający już mniej wspólnego z modernizmem sensu stricto, a więcej z socrealizmem – szczególnie okolice skrzyżowania alej Świerczewskiego i Marchlewskiego przy kinie Femina [dzisiejszych al. Solidarności i Jana Pawła II – przyp. red.] oraz Nowotki [dzisiejszej Andersa – jw.]. Robotnicy więc, poza dojazdami do pracy oraz wizytami u znajomych czy wiecami pierwszomajowymi, nie musieli  w zasadzie opuszczać najbliższego otoczenia swoich mieszkań, żeby załatwić codzienne sprawy, a nawet ponapawać się trochę kulturą. Tak samo przygotowany pod zwykłych obywateli robotników był MDM, szczególnie jego część określana jako Latawiec.

 

M: A ostatecznie zamieszkali tam oficjele partyjni i osoby związane z wierchuszką.

J.S.: To był mój pierwszy zawód związany z realnym wprowadzaniem socjalizmu w Polsce. Byłem szczerze zaskoczony, gdy zobaczyłem nazwiska na liście przydziałów do mieszkań na Marszałkowskiej. Zdecydowanej większości z nich nie powinienem był znać ze zjazdów partyjnych i posiedzeń władz państwowych. Drugim zawodem była nagonka, jaka spotkała nas po referacie Chruszczowa. Właściwie cała nasza praca z ostatnich siedmiu lat została określona jako przeżytek, niepotrzebne marnotrawstwo środków i budownictwo przesycone ideologią. Z dnia na dzień z królów, którzy jednym gestem mogli zadecydować o zburzeniu lub budowie osiedla, staliśmy się pariasami, którzy musieli się starać o jakąkolwiek pracę zarobkową. Do tego doszedł dysonans poznawczy związany z poznańskim czerwcem ‘56. który pozostawił mnie z pytaniami w rodzaju tego: jak to możliwe, że Partia, z nazwy nawet robotnicza, strzela do protestujących robotników?. Czarę goryczy przelały wydarzenia na Węgrzech, które otworzyły mi oczy. Sam stałem w kolejce do punktu krwiodawstwa. Chciałem wtedy wystąpić z PZPR, naprawdę chciałem, byłem już o krok. Ale powstrzymał mnie lęk, co będzie z moimi obiema rodzinami, które w takim wypadku straciłyby środki do życia. Pozostałem partyjny wyłącznie ze względów oportunistycznych, po pierwsze osobistych, rodzinnych, a po drugie, żeby dalej móc budować Warszawę.

Oddanie do użytku MDMu i Placu Konstytucji (22.07.1952, domena publiczna)

M: Z czego wtedy żyliście?

J.S.: Przez jakiś czas siedziałem w biurach, ale potem utworzono dla mnie specjalne stanowisko do spraw budowy mostu pod Cytadelą i tras dojazdowych do niego. Była to praca najbliższa mojemu ówczesnemu marzeniu – zawiadowania całym wybrzeżem Wisły. Trasa, nazwana później imieniem prez. Starzyńskiego, była nie lada osiągnięciem – zbudowaliśmy ją w niecałe dwa lata, to była pierwsza tak skomplikowana inwestycja od odwilży ‘56. Na nieszczęście dla nas, w Warszawie przebywał wtedy akurat sekretarz Chruszczow, którego przemówienie w Pałacu Kultury przyćmiło otwarcie mostu. Kolejny afront ze strony Partii – pozwolili nam ustalić datę oddania trasy na dokładnie ten sam dzień, aby tylko nie za bardzo przydać nam chwały. Po zakończeniu inwestycji objąłem stanowisko nadzorcy ds. realizacji tras mostowych. Rozpaliłem się wtedy ideą wzniesienia dwóch nowych przepraw – Mostu Świętokrzyskiego oraz Łazienkowskiego razem z planowaną jeszcze przed wojną Trasą Łazienkowską mającą spoić Ochotę i południowe Śródmieście z Grochowem. Rzecz jasna skąpstwo czasów Gomułki pozwoliło rozpocząć budowę dopiero, kiedy władzę przejął sekretarz Gierek.

 

M: Czy pracowaliście wtedy nad innymi przedsięwzięciami?

J.S.: Jak najbardziej, nawet poza Warszawą. Pod koniec lat 60. zlecenia na opracowanie założeń urbanistycznych dostawałem z takich miast jak Wrocław, Lublin, Toruń czy Białystok. Do dziś ślady moich projektów są widoczne w tamtejszych siatkach ulic. Najważniejsze pozostawały jednak dla mnie warszawskie mosty. W 1966 r. z Belgii wrócił mój serdeczny przyjaciel Janek Knothe, z którym dwadzieścia bez mała lat wcześniej projektowaliśmy razem WZ-kę. Znów ruszyliśmy na podbój szkicowników i modeli trójwymiarowych. Znów poczuliśmy wiatr we włosach. Trochę jednak nasze czupryny – moja już trochę przerzedzona (śmiech) – oklapły, kiedy fundusze ucięto, a projekty zawieszono. Najbardziej o ich przyszłość bałem się na fali antyżydowskich czystek 1968 r., jednak stanowiska utrzymałem, głównie dzięki wieloletnim deklaracjom narodowości polskiej, a także faktycznym umiejętnościom mojego zespołu i moim zdolnościom organizacyjnym. Być może więc od wyjazdu z kraju uratował mnie też ten rok studiów na waszej uczelni (śmiech). Niestety, mojej rodziny od zwolnień i przymusowych urlopów oszczędzić się nie udało.

 

M: A potem przyszedł Gierek, a wasze włosy znów porwał wiatr.

“Szeroka jak morze” Trasa Łazienkowska oraz MDM współcześnie (źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Trasa_Lazienkowska_Warschau_DSC_1495.JPG)

J.S.: Można tak powiedzieć. Nowy sekretarz ze Śląska musiał udowodnić narodowi, że nie jest taki jak Gomułka, za którego bieda była niemiłosierna. Chciał budować osiedla na setki tysięcy ludzi, chciał budować imponujące trasy, chciał puszczać szybkie pociągi. Jego marzeniom mieszkańcy Ursynowa, Gocławia, Bródna czy Bemowa zawdzięczają dach nad głową. Innym z tych marzeń miasta między Warszawą a Katowicami zawdzięczają dostęp do trasy szybkiego ruchu, zwanej pieszczotliwie Gierkówką. A jeszcze innym cała Polska zawdzięcza szybki korytarz kolejowy, łączący Warszawę ze Śląskiem i Krakowem, możliwość przesiadki na wygodnym stołecznym Dworcu Centralnym, a także okazję do zwiedzania sal odbudowanego Zamku Królewskiego. Mimo tych śmiałych planów, Gierek potrzebował jednak propagandowej inwestycji w samej stolicy, macierzy Partii, której zaufanie musiał zdobyć na jej poletku. Dlatego zdecydował się na wznowienie inwestycji w Trasę Łazienkowską. Osobiście z nim rozmawiałem na ten temat i wyraził głębokie zainteresowanie kwestiami komunikacyjnymi, jakie otworzyć miała przed Warszawą ta przeprawa. Razem z zespołem zaczęliśmy więc załatwiać wszystkie potrzebne sprawy. Zatrudniliśmy przedsiębiorstwa budowlane, otrzymaliśmy niezbędne pozwolenia. Rzecz jasna nie ja byłem oficjalnie kierownikiem budowy, moje nazwisko za bardzo kojarzyło się ze stalinizmem, nawet czysto fonetycznie. Formalnie stanowisko to objął mój dawny podopieczny, Rysiek Ostrowski. Sam zabiegał o to, by pracować “pod kierownictwem inż. Sigalina. Tym większym ciosem było, kiedy po niecałych dwóch latach budowy odsunięto mnie od niej i wysłano na emeryturę. Widać potrzebny im byłem tylko ze względu na posiadane kontakty i umiejętności organizacyjne, a budowę potrafili dokończyć sami. Niestety, nie posłuchali mnie odnośnie trwałości materiałów, bagatelizując moje rady, mówili, że najwyżej zamkniemy aleję na parę lat.

 

M: I dziś ta ich buta odbija się czkawką, bo już teraz trzeba most burzyć i stawiać praktycznie od nowa.

J.S.: Ano tak. Tak się dzieje, gdy za bardzo się patrzy na pieniądze, na tu i teraz. Mi nigdy nie chodziło o stanowiska, o honory, o to, żeby stojącego na postumencie, zobaczył mnie Breżniew, przejeżdżając przez zbudowany przeze mnie most. Zawsze chodziło mi o to, żeby warszawiakom żyło się jak najlepiej, by socjalizm dał im jak najwięcej tego, czego wcześniej nie mieli. Partia mnie jednak zawiodła, odsuwała coraz bardziej, a przez jeszcze jakiś czas podsuwała monumentalne projekty jak przynętę, by za chwilę je wygasić. Tak było w przypadku wielkiego kompleksu wypoczynkowo-sanatoryjnego, który miał się ciągnąć od Otwocka po Saską Kępę. Po tym policzku poczułem się jak mężczyzna, który po czterdziestu latach dopiero dowiedział się, że wziął dziwkę za żonę. [autentyczny cytat ze wspomnień przyjaciela Sigalina, Stanisława Jankowskiego – przyp. red.] Nie spotkał mnie co prawda taki zły los jak Mariana Spychalskiego, który niczym pionier Dzikiego Zachodu na wozie opancerzonym pierwszy wjeżdżał do zrujnowanej Warszawy, nadzorował bezpośrednio jej odbudowę, a bierutowska administracja odwdzięczyła mu się więzieniem. Czułem jednak nieopisaną gorycz wobec niewdzięczności, która mnie spotkała.

Józef Sigalin nie żyje już od prawie czterdziestu lat, jednak jego duch dalej tkwi w budowlach rozsianych po całej Warszawie. Drogi czytelniku, kiedy kolejnym razem spojrzy na ciebie stojące pośrodku Warszawy oko Stalina, pamiętaj, kto sprawował kontrolę nad jego budową i tygodniami woził radzieckich architektów po Polsce, by monstrualna budowla jak najbardziej przypominała te znane Polakom, choćby ze zdjęć z Zamościa, Krakowa czy Kazimierza Dolnego. Kiedy pójdziesz do knajpy na Placu Konstytucji, nie zapomnij, komu zawdzięczasz podcienie, pod którymi możesz się schronić przed deszczem, czekając na przydział stolika przez kelnera. A przede wszystkim dostrzeż mapę Warszawy oczyma tego wybitnego architekta, który większość swojego życia poświęcił temu, by miasto było jak najlepsze dla wszystkich, którzy je zasiedlają.