Trel w koronie

Rynek wydawniczy w Polsce jest niewdzięczny. Grupą, która wie o tym najlepiej, są debiutujący pisarze. Rozbijają się tysiącami maili o skałę braku czasu potencjalnego wydawcy. Najlepszym wyjściem dla debiutujących, mających coś do powiedzenia autorów, stają się metody alternatywne, idące im w sukurs pomimo powszechnych strategii rynku.

Autor: Antoni Trybus

Właśnie dzięki nim, na naszych półkach już za kilka tygodni będzie mógł się znaleźć Trel w koronie, czyli debiutancka powieść Adriana Skoczkowskiego, bliżej znanego szerszej publice z literacko-filozoficznego kanału Pająki. Napisana w przeciągu roku, stała się swego rodzaju osiąganiem literackiej dojrzałości, próbą skonfrontowania umiejętności pisarskich z dłuższą, pełniejszą formą, jaką jest pełnoprawna książka. Choć w poprzednim zdaniu podniośle ujęty, sam proces tworzenia Trelu był podniosłości przeciwieństwem. Wieczorki spędzone na pracy z tekstem, w towarzystwie szklaneczki whiskey były dla autora swego rodzaju dionizyjskim rytuałem (stąd dedykacja dla Dionizosa), kipiącym przede wszystkim dobrą zabawą, przeszywaną raz po raz salwami śmiechu w miarę powstawania książki.

O Trelu, za przyzwoleniem autora oczywiście, można mówić jako o książce memicznej, poniekąd epigonicznej, składającej naręcza absurdu w hołdzie gombrowiczowskiemu duchowi. Jak sam autor podkreśla, Trel w koronie to jedna wielka egzystencjalna farsa, na wskroś prześmiewcza, dekonstruująca człowieka, jego istnienie w społeczeństwie oraz język, którym się posługuje. Punktem wyjścia do demaskacyjnej roli powieści jest wyemancypowana jednostka, o wręcz nieskrępowanej wolnej woli, która nic sobie nie robi z zasad przyczynowości czy czasu. Nie robi sobie też nic z czytelnika, którego wciąga w treść swojego wewnętrznego monologu, spisanego w hermetycznym języku swych prywatnych pojęć oraz myśli.

Treść książki to właśnie ten monolog, niepodzielony na akapity zapis przeżyć głównego bohatera – „pana w kapeluszu”, którego arbitralna osobowość, wręcz infantylne rozbestwienie sprawia, że świat wraz z zamieszkującymi go osobami zaczyna kręcić się wokół niego, stając się igraszką rozbrykanej woli. W największym stopniu, na swej skórze odczuwa to spotkany na ulicy przez protagonistę „człowiek z dziobem”. Zainteresowany naturą tego dzioba, pan w kapeluszu” podąża za nowo poznanym znajomym, starając się odkryć co tak naprawdę stoi za tym niecodziennym fenomenem. Z wartkim biegiem akcji, owe dociekania przeradzają się w próby wygryzienia człowieka z dziobem z jego własnego życia. Główny bohater Trelu w koronie coraz bardziej rozgaszcza się w nim, stopniowo odzierając dziobatego osobnika ze wszystkich prywatnych sfer. „Człowiek w kapeluszu” zaczyna od próby uwiedzenia żony znajomego (raczej Piersi, do których jest przytwierdzona) by następnie zamieszkać w jego domu, jednocześnie objadając go ze wszystkich możliwych produktów spożywczych, przede wszystkim cukru. Oczywiście całe to przedsięwzięcie przeprowadza w ubraniach, podwędzonych z garderoby człowieka z dziobem.

Jak sam Adrian przyznał w naszej rozmowie:
[W „Trelu  w Koronie” – przyp. aut.] chciałem podkreślić to, w jaki sposób jednostka może narzucać swoją wolną wolę rzeczywistości oraz to, w jaki sposób ją interpretujemy. Zwykle ją pojmujemy w dosyć ograniczonym aspekcie moralnym. Ja natomiast zastanawiałem się jak wyglądałaby wola, która jest absolutnie wolna, oczywiście nie wszechmocna, bo jednak w  powieści limitacje przestrzeni istnieją, ale czas opisany w niej jest dziwną bestią. Wydaje się, że mijają miesiące, mimo tego, że pan w kapeluszu relacjonuje swoje życie z dnia na dzień, zdaje się traktować czas jak swego sługę, wydaje się że może nim manipulować. Moja książka jest próbą oddania tego, jak mogłoby funkcjonować wysoce wyemancypowane indywiduum, w połączeniu z tym bardzo dziwnym i mocnym charakterem, który przedstawia sobą główny bohater. Postrzegany przez innych, jako człowiek, sam widzący w sobie gnostycznego boga, traktującego świat jak własną piaskownicę.

Książka ta raczej nie zarezonuje z szeroką publiką czytelników w naszym kraju i po premierze próżno będzie jej szukać w popularnych księgarniach. Lecz jeśli Trel w koronie wydał Ci się pociągającym wyzwaniem intelektualnym lub po prostu wyrafinowanym żartem, to dzięki okazaniu wsparcia pod tym linkiem możesz uzyskać swój egzemplarz.

Dla tych sceptycznie nastawionych, wątpiących, zamieszczam poniżej fragment powieści, wzbogacony o wykres śmieszności lektury, który moim zdaniem broni się bez słów.

cyfra rzymska np. II – numer rozdziału; cyfra arabska np.4 – ilość salw śmiechu na rozdział

Fragment Trelu w koronie:

Łapię w garść łyżkę i widelec i zauważam, że są srebrne, co podwaja mój zasób grzesznych myśli również o takie bogactwo-roszczeniowe. Oblizuję wargi. Zauważam twarz żony, sporo zmarszczek. Ale to nie szkodzi, to te od śmiechu. Musiała mieć naprawdę śmieszne życie. Na szczęście dla mnie tamci nie silą się na rozmowę, chrząkają tylko i wymieniają ukradkowe spojrzenia, korzystam więc z tego komfortowego, niezobowiązującego milczenia i przymykam oczy w krótkiej drzemce. Orzeźwiony, budzę się na dźwięk tacy lądującej na stole za sprawą wiejskiej baby Matyldy, która jak już się domyślam, jest tu zapewne kucharką i służącą. Taca paruje a na niej leży mięso, pewnie z kaczki, tak mówił człowiek z dziobem, ale muszę zawsze mieć się na baczności i nie wierzyć we wszystko tylko dlatego, że ktoś mi mówi tak, a nie inaczej – równie dobrze może to być indyk, albo pies. W każdym wypadku kładę sobie talerz kopiasto i jem posiłek łapczywie jako, że ze śniadania zostało u mnie jedynie wątłe wspomnienie. Tamci jedzą w milczeniu ale ja, jako, że nie lubię takich cmentarnych nastrojów przy posiłku, który jest przecież ucztą życia, postanawiam nawiązać jakąś lekką gawędę. Jednocześnie czuję potrzebę zakomunikowania właścicielce piersi, że wcale mi się spodobała, składam więc taki oto fortel, aby przekazać to bez wiedzy i być może nieprzychylnych komentarzy ze strony człowieka z dziobem. Jako, że siedzę tuż obok tej, jak jej tam jest, Emmy, mam do niej otwarty dostęp kończyn. Macham więc ręką tak, aby ominęła ona nos tamtej jedynie o jakiś cal (a może morską ligę), robię to zaś ruchem odznaczającym się wielką szybkością. Kiedy ta, bodaj, Emalia, zwraca ku mnie piersi wyrażające przestrach i nieme pytanie, mówię: – I co pani na to? – zdobywam się na najbardziej szarmancki ton głosu i mrugam lewym okiem. – Ale… cóż to miało być? – pyta, nie mniej oniemiała niż wcześniej. Człowiek z dziobem przygląda się, z kęsem nadzianym na widelec, zawieszonym na wpół drogi od widelca do dzioba, taki półśrodek zapobiegawczy. – Ruch – odpowiadam nonszalancko i dla podkreślenia moich słów mrugam prawym okiem. – Ru… ale w związku z czym? – jest wciąż konkretnie skonfundowana. – Tak jakoś… Wie pani, człowiek nie może się czasem obejść bez pewnej gimnastyki, pewnego ruchania… – odpieram niewinnie i marzycielsko, podpierając policzek ręką. Dla absolutnej pewności, że podtekst nie został puszczony mimo, mrugam wpierw lewym, a następnie prawym okiem, pieczętując gest przytaknięciem. Mam ją, przyszpiliłem właścicielkę piersi jak motyla w klaserze, jak żyrafę w menażerii.