Królowie lata

Czujesz, że twoja rzeczywistość nabrała czarno-białych barw i nie możesz odnaleźć słońca za oknem? Czas najwyższy to zmienić! Zespół Jelsa zabierze cię na najlepsze wakacje bez wychodzenia z domu!

Rozmawiała: Natalia Jarmul

Magiel: Wasze brzmienie przypomina mi grę przyjaciół, którzy znają się od lat i razem świetnie się bawią. Czy tak właśnie jest? Jak powstała Jelsa?

Maciek: Mam wrażenie, że zespół formował się naturalnie, do tego wszyscy w nim czujemy się przyjaciółmi. Przed pandemią spędziliśmy dużo czasu razem nie tylko na tworzeniu muzyki. Ja, Piotrek i Daniel graliśmy już razem wcześniej. Później dołączyliśmy z Piotrkiem do grupy musicalowej, w której poznaliśmy Oliwiera. W sumie początek Jelsy wyglądał tak, że wysłaliśmy Oliwierowi piosenkę instrumentalną, a on odesłał nam tekst i wokal. Zrobiło to na nas ogromne wrażenie i właśnie od tamtego momentu wiedzieliśmy, że chcemy działać razem.

Co do tajemniczej nazwy waszego zespołu, YouTube zasugerował mi, że inspiracją dla niej mogła być Kraina lodu lub miasteczko w Chorwacji. Chcielibyście zdradzić, co się za nią kryje?

Oliwier: Odpowiedzią zdecydowanie jest ta pierwsza opcja. Wszyscy jesteśmy fanami Disneya.

Piotrek: Każdy z nas ma na tapecie postacie z Disneya. Jedynie Daniel nie ma. On woli Toy Story. Ale mówiąc już bardziej serio, pomysłodawcą nazwy jest Oliwier.

O: Tak, to prawda – pomysł był mój, ale wydaje mi się, że każdemu z nas od razu spodobało się jego brzmienie. Faktycznie nazwa pochodzi od chorwackiego miasteczka, w którym spędzałem wakacje z dziewczyną trzy lata temu. Cała otoczka towarzysząca wyjazdowi na tyle zapadła mi w pamięć i wpłynęła na mnie, że stąd pomysł na taką właśnie nazwę dla zespołu. Mam wrażenie, że nikt po jej usłyszeniu nie wie za bardzo o co chodzi i jest to w sumie fajne, bo jeśli nazwa z niczym się nie kojarzy, nie są to słowa, których używa się na co dzień, to nie brzmi to tak standardowo.

Skoro to właśnie miłość była inspiracją dla nazwy zespołu, czy też ona zdeterminowała powstawanie pierwszych utworów?

M: Jak najbardziej! Głównym twórcą tekstów jest Oliwier, który podczas powstawania pierwszych utworów zaczynał się spotykać ze swoją obecną dziewczyną. Na naszej pierwszej wspólnej próbie powstała piosenka Pinkman i to właśnie ona później w pewien sposób definiowała nasze brzmienie. To był okres wakacyjny i podczas pracy towarzyszył nam jego klimat i do tego wspomniana miłość. Osobiście uważam, że na pewno w znaczący sposób miała ona wpływ na chociażby liryczną stronę piosenek.

Mimo krótkiego stażu macie za sobą liczne koncerty, także przeglądy muzyczne. Wychodzicie na scenę, powoli zaczynacie odliczać do rozpoczęcia piosenki – o czym myśli muzyk na chwilę przed występem?

Daniel: Zazwyczaj ja rozpoczynam piosenkę. Mimo że osobiście trochę denerwuję się przed koncertem, to raczej zawsze towarzyszą mi pozytywne emocje, wewnętrzny spokój i chęć ekspresji siebie. Jeśli wszystko jest wcześniej odpowiednio przygotowane i sprawdzone, to ten negatywny stres się po prostu nie pojawia. Oczywiście były momenty, gdzie coś szło nie tak i faktycznie sytuacja się wtedy odwracała.

P: Zawsze jednak udawało nam się wychodzić z tych nietypowych sytuacji. Ten stres faktycznie jest u nas wszystkich, ale jak wchodzi się na scenę, to automatycznie przemija i cieszymy się chwilą.

O: Myślę, że właśnie takie sytuacje kształtują naszą osobowość, by pod presją działać w pewien sposób sprawniej i wychodzić z różnych niepowodzeń z podniesioną głową.

Jakie to uczucie widzieć podczas koncertów, że ludziom naprawdę podoba się to, co robicie?

O: Mnie osobiście to wszystko wydaje się surrealistyczne, że ktoś podczas koncertu patrzy właśnie na mnie i skupiony jest na tym, co robię. To takie momenty, których się po prostu nie zapomina. Jednak jak kiedyś odpowiadało się samemu przed całą klasą w szkole, to nie był ten sam rodzaj skupienia. Tutaj ludzie przychodzą na nasz koncert, aby posłuchać muzyki, którą robimy i jeszcze w pewien sposób może im to sprawiać przyjemność.

Gdybyście mieli w kilku słowach opisać waszą muzykę komuś, kto nigdy nie miał szansy pobawić się na waszym koncercie lub w ogóle nigdy jej nie słyszał, jak byście ją zdefiniowali?

M: Myślę, że można pokusić się o stwierdzenie, że gramy muzykę rockową, ale staramy się to robić trochę odwrotnie, odchodzić od wszystkich stereotypowych haseł związanych z tym gatunkiem, grać go też trochę delikatniej. Uważam na pewno, że jest to muzyka przede wszystkim pełna melodii, różnych brzmień – do czego przykładamy ogromną wagę.

O: Tak jak Maciek powiedział, przedstawiamy tę muzykę trochę odwrotnie, jakby w negatywie, aby szukać nowych rozwiązań. Niekoniecznie jest to coś bardzo innowacyjnego, ale nie chcemy też w naszej twórczości opierać się o utarte schematy.

M: Warto tutaj wspomnieć, że inspirujemy się też chicagowską sceną indie-folkową. Wydaje mi się, że w pewien sposób określa to naszą muzykę i może sporo o niej powiedzieć.

P: Staramy się też inspirować pewnego rodzaju rozwiązaniami uniwersalnymi. Zawsze podczas podróży samolotem muszę mieć ze sobą słuchawki. Ostatnio jednak podczas lotu jedyną piosenką, jaką miałem na telefonie, była ta naszego autorstwa, ponadto niedokończona, dlatego też byłem zdany właśnie na nią. Obok mnie siedzieli starszy mężczyzna i młody Hiszpan. Podczas rozmowy z nimi pokazałem obydwojgu nasz kawałek, a oni zgodnie przyznali, że naprawdę im się podoba. Właśnie to między innymi w naszej muzyce wydaje mi się fajne, że bez względu na wiek słuchacza może przypaść mu do gustu. Nie klasyfikujemy, co dokładnie gramy, cały czas w pewien sposób staramy się eksperymentować.

A co gdybyś nie mógł założyć słuchawek w samolocie? Jak według was świat wyglądałby, gdyby nagle zabrakło muzyki?

D: Kiedy nie mam przy sobie słuchawek, w moich myślach i tak pojawiają się pewnego rodzaju melodie. Wydaje mi się, że gdyby zabrakło nagle muzyki, to, co już kiedyś usłyszałem, byłoby po prostu we mnie, w mojej głowie i w pewien sposób by sobie tam trwało.

M: To, co teraz powiem, może zabrzmi banalnie, ale gdyby nagle zabrakło muzyki, do końca nie wiem, co byłoby sensem życia. W ciągu dnia śpiewam pod prysznicem, słucham różnych kawałków, rozmawiam o muzyce z ludźmi, moje najbliższe przyjaźnie nawiązały się właśnie dzięki niej. Mogę więc powiedzieć, że w moim życiu praktycznie wszystko jest powiązane z muzyką.

O: Może gdyby zabrakło muzyki, w następnym życiu spotkalibyśmy się jako reżyserzy albo malarze…

P: Albo jako spawacze i spawalibyśmy w rytm silników! Dla mnie osobiście muzyka jest niezbędnym elementem życia. Niektórzy nawet nie zdają sobie z tego sprawy, ale to właśnie dzięki niej od razu lepiej spędza się czas, rozmawia. Myślę więc, że zajmuje ona bardzo ważne miejsce w piramidzie potrzeb człowieka. Gdyby zabrakło muzyki, byłoby po prostu smutno… i nie byłoby Jelsy!

Na szczęście nikt z nas nie musi się z tym mierzyć! Więc myśląc o przyszłości obfitej w muzykę, jakie jest wasze największe muzyczne marzenie i gdzie widzicie siebie za dziesięć lat?

M: Myślę, że bardzo płynnie się to zmienia. Na samym początku patrzyliśmy daleko w przód, a teraz mam wrażenie, że im dalej jesteśmy, tym bardziej skupiamy się na tym, co dzieje się tu i teraz. Na ten moment uważam, że mamy fajny materiał i pomysł na płytę, więc chcielibyśmy go spiąć i wypuścić.

O: Tak jak powiedział Maciek, trzeba realistycznie podchodzić do sprawy i patrzeć, co możemy zrobić, aby naszą pozycję w społeczeństwie muzycznym stopniowo poprawiać. Fajnie by było zamknąć się gdzieś na dwa tygodnie i skupić się jedynie na muzyce. Wtedy wiadomo, że człowiek jest na tyle skoncentrowany i działa w tym konkretnym obszarze, że faktycznie może spełnić swoje plany.

Jelsa… Jednym zdaniem – idealne miejsce na wakacje, na które teraz przez pandemię niestety nie możemy sobie pozwolić. A czy sami odczuwacie, że obecna sytuacja wpłynęła na waszą twórczość?

O: Przez pandemię my sami możemy dokonywać ciekawych spostrzeżeń nawet odnośnie naszych piosenek. Mamy szansę teraz na nowo interpretować powstałe wcześniej rzeczy, dopisywać im znaczenia, które swoje źródło mają w kompletnie innych zdarzeniach.

M: Porównałbym tu sytuację naszego zespołu do polskiej gospodarki. Tak jak pojawił się w tym obszarze pewnego rodzaju zastój, tak i w naszym zespole to wszystko jakby zwolniło. W wakacje, kiedy sytuacja pandemiczna się poprawiła i pojawiła się możliwość koncertowania, był to dla nas nagły skok aktywności i mieliśmy wtedy próby codziennie przez dwa tygodnie, żeby potem zagrać koncert w warszawskiej Stodole. Warto też dodać, że piosenki robimy we czwórkę, ale na scenie gramy w piątkę – jest z nami basista Mateusz Kurek.

Zostając jeszcze w temacie pandemii, jaka będzie pierwsza rzecz, którą jako zespół zrobicie po jej zakończeniu?

M: Uważam, że powrót do koncertowania jest naprawdę ważny. Chcemy też skończyć piosenki, nagrać teledysk. Potrzebujemy jakiegoś nowego kopa energii.

O: To prawda. Po każdym większym wydarzeniu jesteśmy bardziej pracowici, mamy dużo energii i po prostu nam się chce. Mocno przejmujemy się rzeczami typowo produkcyjnymi, brzmieniem, czy nawet samą konstrukcją piosenek. Jesteśmy po prostu takimi producentami, którzy są wobec siebie bardzo wymagający. Jednak obiecujemy, że nikt nie zawiedzie się na naszej pracy!