Włoska Robota

Italia.
Pizza, makarony, wypełnione słońcem, ciasne uliczki oraz… piłka nożna.
Nieodłączny element włoskiej popkultury.
Przed Wami najlepsza jedenastka ostatniego 30-lecia Serie A, wyselekcjonowana przez redakcję Amici Sportivi. Oraz garść ciekawostek o każdym z graczy, którymi będziecie mogli zabłysnąć przed znajomymi.

 

Autor: Michał Jóźwiak

 

W wyniku niezwykle żarliwej dyskusji, w której nie obyło się bez kontrowersji, redakcja Amici Sportivi dokonała wyboru jedenastki, która swoją grą na włoskich boiskach w ostatnim 30–leciu imponowała najbardziej. Dość powiedzieć, że przytoczonych zostało prawie sto nazwisk, a spotkanie trwało niemal dwie i pół godziny! Już teraz zapraszam Was ciepło zarówno na kanał Amici Sportivi w serwisie YouTube, który pozwoli Wam zakochać się we włoskiej piłce, jak i na amicisportivi.com, gdzie znajdziecie wiele wysokiej jakości artykułów o Calcio. Każdy z jedenastu graczy to odrębna historia, są to jednak zawodnicy powszechnie rozpoznawalni przez każdego, kto kiedykolwiek miał styczność z Calcio. Przygotowałem więc dla Was dwanaście krótkich notek (wybrany został również najlepszy trener 30–lecia), które ukażą ich sylwetki z nieco innej perspektywy.

 

Gianluigi Buffon

 

Legendarny golkiper Juventusu, występujący w przeszłości również w barwach Parmy, ma sport we krwi. Jego matka – Maria Stella, dzierżyła przez 17 lat rekord Italii w rzucie dyskiem, siostry – Guendalina oraz Veronica, były siatkarkami (pierwsza może się nawet pochwalić triumfem w rozgrywkach siatkarskiej Ligi Mistrzyń), kuzyn jego dziadka – Lorenzo Buffon, przywdziewał zaś w latach 50. bluzę bramkarską Milanu (wystąpił również 16–krotnie w reprezentacji Włoch). Swoją przygodę z piłką nożną Gigi rozpoczął od gry w środku pola. Do przywdziania bramkarskich rękawic zainspirowały go dopiero występy Kameruńczyka, Thomasa N’Kono, strzegącego w latach 80. bramki Espanyolu Barcelona. Jego sympatię względem afrykańskiego bramkarza podkreśla imię nadane pierwszemu z synów Gianluigiego – Louis Thomas. To nie ostatni raz, kiedy Buffon inspirował się swoimi idolami, imię drugiego syna – Davida Lee, to laurka złożona wokaliście zespołu Van Halen.

 

Gianluigi Buffon w trakcie meczu Euro 2012 – fot. Wikipedia Commons

 

Włoski bramkarz czuje niemałe przywiązanie do rodzinnych stron – w latach 2012–2015 pełnił funkcję prezesa Carrarese, lokalnego klubu, rozgrywającego aktualnie swoje spotkania w Serie C. Akronim C.U.I.T na jego bramkarzach odnosi się do grupy fanatyków klubu – Commando Ultrà Indian Trips. Swój pseudonim zawdzięcza zaś obronionemu w 1997 r. rzutowi karnemu wykonywanemu przez Ronaldo – brazylijskiego Il Fenomeno. Po udanej interwencji Gianluigi zdjął klubowy trykot, ukazując kibicom koszulkę popularnego Supermana. Cztery lata później stał się najdroższym bramkarzem świata, przebijając barierę 50 milionów funtów. W wieku 38 lat pobił kolejny rekord – nie tracąc bramki w Serie A przez 974 minuty z rzędu.

 

Paolo Maldini

 

We współczesnym piłkarskim świecie coraz ciężej znaleźć graczy, którzy pozostają wierni barwom jednego klubu przez całą swoją karierę. Paolo Maldini jest unikatem – nie dość powiedzieć, że spędził 24 lata w ekipie Rossonerich; jego ojciec również przywdziewał czerwono– czarny trykot. Klub, w uznaniu zasług Włocha, zastrzegł numer 3. Z jednym wyjątkiem – owianą legendą trójkę może odziedziczyć jeden z jego synów. Najbliżej tego wyczynu jest Daniel, 19–letni ofensywny pomocnik, który wystąpił do tej pory 4–krotnie w młodzieżowej reprezentacji Włoch.

 

Paolo Maldini w narodowych barwach – fot. Flickr

 

Paolo rozpoczął swoją reprezentacyjną przygodę dzięki powołaniu otrzymanemu od… swojego ojca – w 1986 r. Cesare umieścił bowiem swojego syna w reprezentacji Włoch u–21. Dwa lata później zadebiutował w seniorskiej kadrze, by już w 1990 r. stanowić o sile defensywy, która ustanowiła na włoskim mundialu rekord 518 minut bez utraconej bramki. Początki swojej przygody z piłką spędził na prawej stronie obrony, kluczowa w karierze Maldiniego była jednak umiejętność adaptacji. W Milanie zadebiutował na lewej flance, największe sukcesy wiąże zaś z występami na pozycji środkowego obrońcy. Słynął z niezwykłej elegancji oraz doskonałej percepcji gry. Jeśli musiałem zrobić wślizg, to oznaczało, że już popełniłem błąd – mówił. Średnia wślizgów na mecz w całej karierze Maldiniego to absolutny fenomen. 0,56. Dla porównania, topowi obrońcy Premier League notują w tym sezonie między 4 a 5 tego typu interwencji.

 

Fabio Cannavaro

 

Jest jednym z pięciu Włochów, którzy wygrali trofeum Złotej Piłki – otrzymał to wyróżnienie prowadząc włoską kadrę do triumfu w Mistrzostwach Świata w roku 2006. Karierę rozpoczął w Neapolu, gdzie w 1987 r. doświadczył z bliska euforii panującej na Stadio San Paolo po zdobyciu pierwszego w historii klubu Scudetto. Jako 14–letni zawodnik drużyny młodzieżowej podawał na stadionie piłki, przypatrując się wielkiemu Diego Maradonie. Kiedy Ciro Ferrara zaprosił go na jedną z sesji treningowych, dał mu do rąk futbolówkę, mówiąc: weź piłkę ode mnie – nigdy bowiem nie odbierzesz jej Maradonie. Nastoletni wówczas defensor zadziwił wszystkich, wykonując perfekcyjnie czysty wślizg, odbierając tym samym piłkę geniuszowi. Po zakończonym treningu Diego wręczył młodemu Cannavaro swoje buty. Jak mówi sam Fabio: tego dnia zrozumiałem, że żeby być światowej klasy obrońcą nie potrzebny jest mi wzrost, szybkość czy nawet technika użytkowa. Najważniejsza jest pewność siebie.

 

Fabio Cannavaro wznoszący trofeum za wygrane Mistrzostwo Świata (2006) – fot. Flickr

 

Jedynym graczem, który potrafił wzbudzić w Cannavaro poczucie strachu był Luís Nazário de Lima – Ronaldo. Pierwszy kontakt Fabio ze snajperem to rok 1998, mecz towarzyski przed francuskim mundialem (przez wielu uznawanym za jeden z najlepszych meczów w historii). Spotkanie zakończyło się remisem 3:3. Po ostatnim gwizdku na rozmowę z defensorem udał się ówczesny trener Azzurrich, nomen omen, opisywany wyżej Cesare Maldini.

Fabio, wiesz, wiele ludzi mówi jak dobry jest Ronaldo. Mówią, że jest bardzo, ale to bardzo dobrym graczem

Powiedział selekcjoner, na co Cannavaro jedynie przytaknął.

I patrząc na jego grę przeciwko Tobie, mogę potwierdzić. Jest bardzo, ale to bardzo dobrym graczem.

Mimo, że obrońca nigdy w pełni nie przezwyciężył strachu przed Brazylijczykiem, to, jak sam mówi, zawdzięcza mu odnoszone później sukcesy. Był motywacją do ciągłej pracy i doskonalenia się.

 

Alessandro Nesta

 

W przeciwieństwie do Maldiniego, Alessandro nie stronił od efektownych wślizgów. Był liderem zarówno na, jak i poza boiskiem. Ze względu na ponadprzeciętną liczbę kontuzji, które potrafiły wykluczyć go z gry na niemal cały sezon, wskazówki zza linii wydawał kolegom zdecydowanie zbyt często. Niegdyś ominął kilka dni treningów ze względu na uraz spowodowany zbyt długą grą na konsoli, a kontuzja uda uniemożliwiła mu w 2006 r. występ w wygranym przez Włochy finale Mistrzostwach Świata. Wszyscy widzieliśmy jego rozpacz. Nieobecność Alessandro podłamała całą drużynę.

Wiedzieliśmy jak ciężko na to pracował – pisał w swojej autobiografii Andrea Pirlo.

Był graczem wybitnym. Wzrastał u boku Paolo Maldiniego (wielu uznaje ten duet środkowych obrońców za najlepszy w historii dyscypliny), by kilkanaście lat później wychować jednego z najwybitniejszych obrońców XXI w. – Thiago Silvę.

 

Alessandro Nesta w trykocie rzymskiego Lazio (po lewej) – fot. Flickr

 

Do Milanu sprowadził go w 2002 r. Silvio Berlusconi, oferując drużynie stołecznego Lazio kwotę niemal 30 milionów euro. Tylko on mógł sobie pozwolić we Włoszech na taki wydatek, suma wydawała się wówczas kosmiczna. Kilka lat później nie było już jednak wątpliwości, że zakup Nesty to strzał w dziesiątkę. Dwa trofea Ligi Mistrzów oraz trzy Scudetto – liczby nie kłamią! Końcówkę piłkarskiej kariery spędził w Stanach Zjednoczonych oraz, co ciekawe, w Indiach. Do niedawna pełnił również funkcję trenera w drugoligowym, włoskim Frosinone.

 

Cafu

 

Itaquaquecetuba – jakkolwiek skomplikowanie brzmi, jest nazwą miasta, w którym narodził się Cafu. W języku Tubi nazwę tę możemy tłumaczyć jako miejsce obfitego bambusa, ostrego jak noże. Nazwa równie specyficzna co pozycja bocznego obrońcy – do niedawna najbardziej niedoceniana spośród wszystkich na boisku. Wybitny myśliciel piłkarski, Jack Charlton, był pierwszym, który w pełni ją docenił. Zauważył, że za sukcesy drużyn na przełomie XX i XXI w. odpowiedzialni są w dużym stopniu ofensywni boczni obrońcy. Najcenniejsze w piłkarskim świecie trofeum wznosiły reprezentacje posiadające najlepszy ich duet: w 1998 r. Lilian Thuram oraz Bixente Lizarazu, w 2002 przedstawieni wyżej Brazylijczycy, w 2006 zaś Gianluca Zambrotta oraz Fabio Grosso.

 

Cafu (w środku), w towarzystwie Pelé (po prawej) – fot. Wikipedia Commons

 

To, co wyróżniało Cafu spośród innych zawodników, to nietuzinkowa wytrzymałość. Jaap Stam, słynny holenderski defensor, przedstawiał Brazylijczyka jako zawodnika, który w ofensywie dorównywał topowym skrzydłowym (swoją karierę rozpoczynał właśnie na tej pozycji), nie zaniedbując przy tym defensywy, gdzie oferował równie dużo, co najlepsi na świecie stoperzy. Początki jego kariery były jednak wyboiste – pół sezonu spędzone w Realu Zaragoza były absolutnym niewypałem. Warunki transferu z São Paulo do Hiszpanii zakładały jednak, że nie mógł bezpośrednio z Półwyspu Iberyjskiego powrócić do gry w topowym brazylijskim klubie. Parmalat, ówczesny główny sponsor Palmeiras wspomógł bocznego obrońcę, gwarantując podpisanie umowy z małym, lokalnym klubem – Juventude. Dzięki temu rozwiązaniu, zaledwie kilka tygodni później zawodnik powrócił na szczyt brazylijskiej piłki. We Włoszech rozgrywał swoje spotkania pod wodzą m.in. Zdenka Zemana, którego podejście do piłki określił w jednym z wywiadów jako taktyczne samobójstwo. Okres gry w Rzymie zapewnił mu również przydomek Il Pendolino, który należy uznać za bardzo trafiony – wydolność gracza do dziś pozostaje dalece niedościgniona. W wieku 32 lat zmierzał powoli na piłkarską emeryturę, podpisał nawet wstępną umowę z japońską Yokohamą FC, która zdążyła przelać na konto piłkarza zaliczkę. 15 dni przed oficjalną prezentacją ofertę Brazylijczykowi złożył Milan

Ne byłbym w stanie żyć w spokoju, gdybym odmówił – powiedział w wywiadzie przeprowadzonym przez redakcję FourFourTwo zawodnik.

 Odesłał zaliczkę do Japonii i przywdział trykot Rossonerich, zdobywając w 2007 roku po trofeum Ligi Mistrzów.

 

Andrea Pirlo

 

Po kole to najlepszy wynalazek w dziejach

Tak włoski wirtuoz wypowiada się o… grach wideo.

Na zgrupowaniach wstawaliśmy z Alessandro (Nestą – przyp. red.) wcześnie, jedliśmy śniadanie i zasiadaliśmy do PlayStation. Potem był trening, obiad i ponownie gra do godz. 16. To była czysta adrenalina.

Mimo, iż na wirtualnej murawie rozegrał, jak sam mówi, co najmniej cztery razy więcej meczów, niż w rzeczywistości, to zdecydowanie lepiej szło mu na prawdziwych boiskach. W 2006 r., zaraz po wygranym mundialu, otrzymał od Realu Madryt propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia.

Byłem już w Madrycie głową, sercem i duszą – wspomina w swojej autobiografii.

Adriano Galliani, ówczesny wiceprezes drużyny z Mediolanu nie mógł na to pozwolić

Andrea, przyjacielu, nigdzie się nie wybierasz. Nie wyjeżdżasz, ponieważ podpiszesz to (kontrakt – przyp. red.). Obowiązuje 5 lat, szczegóły dotyczące wynagrodzenia zostawiliśmy puste, abyś wpisał to, co chcesz.

Został. Cztery lata później o transfer Włocha zabiegał również Pep Guardiola oraz prowadzona przez niego Barcelona.

 

Andrea Pirlo kończący swoją karierę piłkarską w New York City FC – fot. Flickr

 

W Serie A strzelił łącznie prawie 30 bramek z rzutów wolnych, wzorując się na Juninho Pernambucano.

Zbierałem nagrania z jego meczów, studiowałem każdy aspekt jego ruchu

Cofnięcie na pozycję Registy Andrea zawdzięcza Carlo Ancelottiemu, którego traktuje jak ojca. Wcześniej ustawiany był znacznie wyżej, często nawet na pozycji drugiego napastnika. Pobyt w Mediolanie stał jednak nie tylko pod kątem taktycznej transformacji zawodnika. Andrea z dużym rozrzewnieniem wspomina spożywanie posiłków razem z kolegami z drużyny.

Zawsze prowokowaliśmy Gennaro (Gattuso – przyp. red.). Po pewnym czasie zaczął ganiać nas po stołówce z widelcem w dłoni. Oberwało mi się co najmniej raz – opisuje zawodnik.

To nie jedyny kontakt Andrei z gastronomią – jeszcze jako dziecko pomagał w rodzinnej winnicy we Flero. Od 2007 r. jest właścicielem “Pratum Coller”, położonego niedaleko Brescii, gdzie rozpoczynał swoją seniorską karierę piłkarską.

 

Edgar Davids

 

Długie dredy oraz kolorowe sportowe okulary – to zwiastowało problemy. Jaskra – wzrost ciśnienia w oku, który wpływa na nerw wzrokowy, to poważny problem dla zawodnika, który musi wykazywać się niebywałą wizją, nieustannie szukając najlepszego sposobu na przetransportowanie piłki do wyżej ustawionych zawodników. Davids jednak, zaprojektowane specjalnie dla niego okulary przekształcił w stylowy dodatek, stając się ikoną mody. Czarne oprawki, pomarańczowe szkła, niebieskie detale – możliwości były nieograniczone – Edgar wykorzystywał jej w pełni. Niech to nie pozwoli jednak przyćmić jego umiejętności, bo stały one na najwyższym światowym poziomie. Urodzony w Surinamie pomocnik, dzięki swojej buńczucznej naturze zyskał przydomek Pitbull, prowokując nieustannie swoich rywali, nie był jednak “nosicielem wody” w stylu Makélélé czy Deschampsa. Dzieciństwo spędził na ulicach Amsterdamu, szlifując swoją freestyle’ową technikę, co widoczne było na włoskich murawach. Wzór zawodnika box–to–box.

 

Edgar Davids podczas meczu charytatywnego (2015) – fot. Flickr

 

Były reprezentant Holandii potrafił zaciekle walczyć nie tylko na boisku. W roku 2017 wygrał spór z firmą Riot Games, która wprowadziła do gry League of Legends skina do postaci do złudzenia przypominającą Davidsa. Wygląd Edgara został uznany przez holenderski sąd za unikalny, co przyniosło zawodnikowi spory zastrzyk gotówki. Z pewnością nietypowy był również sezon 2012–13, spędzony przez Edgara w czwartej lidze angielskiej w roli grającego trenera. Swoją ekscentryczność zaprezentował również zakładając trykot z numerem 1, co, jak sam podkreśla, miało stać się nowym trendem w piłkarskim świecie. Pomysł nie znalazł wielu zwolenników, sam zawodnik pozostał jednak w pamięci kibiców na lata.

 

Zinedine Zidane

 

Ostatni turniej Francuza uwypuklił całą jego charakterystykę. W 110. minucie finału, kiedy to Zinedine uderzył głową obrońcę rywali – Marco Materazziego – wprowadziła cały świat w osłupienie. Włoch wiele lat później opisał sytuacje ze szczegółami.

Trzymałem Zidane’a za koszulkę – spytał czy aż tak mi na niej zależy. Odpowiedziałem, że wolę jego siostrę. Dalszy ciąg historii jest Wam wszystkim dobrze znany, kompletnie się jednak takiego obrotu spraw nie spodziewałem. Inaczej sam również skończyłbym wcześniej to spotkanie.

Zizou przez całą swoją karierę musiał mierzyć się z obelgami, często na tle rasistowskim. Francuz łatwo ulegał boiskowym prowokacjom, czego świadomi byli jego oponenci – nic dziwnego, że jest aktualnym rekordzistą pod względem liczby otrzymanych na mundialu kartek. Wychował się w najbiedniejszej dzielnicy Marsylii – La Castellane jako syn algierskich imigrantów.

Jestem dumny zarówno z bycia Francuzem, jak i z moich arabskich korzeni. Bardzo doceniam tę różnorodność – mówi.

 

Zinedine Zidane (w środku) dyskutujący z Andreą Pirlo (po prawej) – fot. Flickr

 

Mimo, że jest niepraktykującym muzułmaninem, wyjawił niegdyś w wywiadzie, że przed każdym meczem w barwach Juventusu czytał Ayat al–Kursi – krótki werset z Koranu. Jego rodzice również wierzyli w magiczne właściwości słów – imię Zinedine jest w rzeczywistości połączeniem Zayna i Adeen, przy czym to pierwsze oznacza w języku arabskim piękno, drugie zaś ścieżkę lub drogę. Zaynadeen (Zinedine) oznacza więc piękno przebytej drogi. Drogi zwieńczonej w 1998 r. Złotą Piłką – w wygranym 3:0 finale Mistrzostw Świata strzelił reprezentacji Brazylii dwie bramki, zostając po raz pierwszy (ale nie ostatni) mianowany najlepszym graczem turnieju. Co ciekawe, były to jedyne dwie bramki w całej karierze Francuza zdobyte przeciwko drużynie z Ameryki Południowej. Jest również jednym z zaledwie czterech piłkarzy, którzy wpisali się na listę strzelców w co najmniej dwóch finałach mundiali – listę uzupełniają Vavá, Pelé i Paul Breitner.

 

Francesco Totti

 

Bramki w Serie A strzelał 38 zespołom, pod tym względem dorównać mu mogą jedynie Roberto Baggio oraz Alberto Gilardino. 25 października 2014 r. stał się również najstarszym strzelcem w historii Ligi Mistrzów. Niewiele zabrakło a trafiłby do… Lazio! Już w wieku juniorskim wyróżniał się bowiem na tle rówieśników. Pozyskać chciał go również Milan, ale matka zawodnika nalegała, aby Francesco został w rodzinnym mieście. Dopiero Gildo Giannini, ówczesny trener młodzieżowej drużyny Romy wyrwał przyszłą legendę zespołu z rąk Biancocelestich. W wieku zaledwie 22 lat założył po raz pierwszy opaskę kapitańską. Nie oddał jej przez następne 19 lat, stając się drugim najlepszym strzelcem w historii ligi. Pozostał wierny barwom do samego końca barwnej kariery.

Oczywiście zdarzały mi się błędy. Był nawet moment, kiedy myślałem o wyjeździe z Romy do Madrytu. Kiedy bardzo utytułowana drużyna, być może najsilniejsza na świecie, prosi cię o dołączenie, zaczynasz myśleć o tym, jak mogłoby wyglądać życie gdzie indziej. Rozmawiałem na ten temat z prezesem Romy. Rodzina przypomniała mi jednak o co naprawdę chodzi w życiu. – tak Totti komentuje odrzucenie w roku 2007 opiewającej na 200 mln euro oferty Realu Madryt.

 

Francesco Totti w trykocie swojego ukochanego klubu – fot. Wikipedia Commons

 

Jeden z jego wielu pseudonimów, Er Pupone, co w wolnym tłumaczeniu na język polski oznacza „duże dziecko” znajduje więcej niż jedno uzasadnienie. W szkółkach juniorskich Francesco był najniższym spośród wszystkich piłkarzy, długo zwlekał również z opuszczeniem rodzinnego domu.

Moja mama była szefem. W zasadzie nadal nim jest. Jak każda włoska matka była nieco nadopiekuńcza – nie chciała żebym się wyprowadzał, zawsze obawiała się, że może mi się stać coś złego – komentuje Totti.

Jak na „duże dziecko” przystało, Francesco uwielbia wszelkiego rodzaju słodycze oraz… labradory. Aktualnie posiada sześć psów – jeden z nich, Ariel, uratował niegdyś nawet życie dwójki ludzi. Ze względu na swoje zasługi dla Romy, Włoch został przez kibiców mianowany nieoficjalnym ósmym królem Rzymu.

 

Roberto Baggio

 

Występował w trzech najbardziej utytułowanych włoskich klubach, ale to w reprezentacji pokazywał pełnię swoich umiejętności, zdobywając bramki w trzech kolejnych mundialach (1990, 1994 oraz 1998 r.). Swoją siłę i energię czerpał, jak sam twierdzi, z Buddyzmu. Religię przyjął w wieku 18 lat, w trakcie rehabilitacji kolana, poszukując wszelkich metod powrotu do swojej topowej dyspozycji. Nigdy nie powrócił do Chrześcijaństwa, pielęgnując charakterystyczny dla Buddyzmu kucyk, stając się również jednym z najpopularniejszych piłkarzy w Japonii. Co ciekawe, jedną z jego pasji jest polowanie na dzikie zwierzęta oraz rybołówstwo, sam podkreśla jednak, że nie stoi to w sprzeczności do zasad gałęzi buddyzmu, który wyznaje. Ze strzelbą w ręku najczęściej można zobaczyć go w Argentynie – w słonecznym kraju Ameryki Południowej mecze rozgrywa również jego ukochany klub – Boca Juniors.

Kiedy w deszczowy dzień spędzałem z przyjacielem popołudnie, oglądając telewizję, znaleźliśmy mecz. Boca (Juniors – przyp. red.) grało na Bombonera, było 4:0. Kibice tańczyli, śpiewali, ich radość była niesamowita. Mój przyjaciel podkreślił fakt, że przegrywają. Wtedy stali się moim ulubionym zespołem. Ich stadion i kibice są niesamowici. – mówi piłkarz.

 

Roberto Baggio reprezentujący swoją ojczyznę w meczu Mistrzostw Świata – fot. Flickr

 

Po zakończeniu kariery zawodniczej chciał zrewolucjonizować system szkolenia młodzieży w Italii, zrezygnował jednak w 2013 r. ze stanowiska w FIGC (włoski odpowiednik PZPN) ze względu na różnice poglądów z władzami. Jeszcze jako gracz, delikatnie mówiąc, nie dochodził do porozumienia z ówczesnym trenerem Bianconerich, Marcello Lippim. Ich drogi przecięły się dwukrotnie – w Juventusie oraz Interze Mediolan, nigdzie Roberto nie wytrzymał ze szkoleniowcem więcej niż jednego sezonu. Kariera Baggio pełna była wzlotów i upadków – w 1993 r. zdobył Złotą Piłkę, rok później, mimo rozegrania fenomenalnego turnieju, zwieńczonego dwoma bramkami strzelonymi w półfinale, przestrzelił karnego w spotkaniu decydującym o Mistrzostwie Świata. Co ciekawe, Roberto był pierwszym idolem… Roberta Lewandowskiego.

 

Ronaldo

 

Podobno piłkarskich kibiców dzieli się na dwie grupy. Tych, którzy słysząc „Ronaldo” myślą o Portugalczyku oraz tych, którzy uważają, że istniał tylko jeden, prawdziwy Ronaldo. Il Fenomeno pojawił się już w powyższym tekście – jako koszmar Fabio Cannavaro. Kontrowersyjnym nie będzie stwierdzenie, że nie był to jedyny obrońca, który nie mógł spać spokojnie myśląc o pojedynku z napastnikiem. Brazylijczyk jest, po dziś dzień, najmłodszym zdobywcą Złotej Piłki – pierwsze trofeum dla najlepszego piłkarza na świecie podniósł w 1997 r., w wieku zaledwie 21 lat. Rok wcześniej musiał uznać wyższość Matthiasa Sammera. Do otrzymania nagrody zabrakło mu jednak zaledwie jednego głosu (w całej historii plebiscytu taka sytuacja miała miejsce jedynie dwa razy – w roku 1966 Eusébio utracił w podobny sposób szansę na wygraną na rzecz Bobby’ego Charltona).

 

Ronaldo (w środku) w towarzystwie dwóch legend brazylijskiej piłki – Roberto Carlosa (po lewej) oraz Ronaldinho (po prawej) – fot. Flickr

 

Wielką tajemnicą od zawsze owiany był finał mundialu w 1998 r. Świetnie dysponowana w całym turnieju reprezentacja Brazylii została rozniesiona przez gospodarzy turnieju – Francuzów, którzy pokonali Cláudio Taffarela – bramkarza Canarinhos, trzykrotnie. Ronaldo był na boisku nieobecny, podobnie jak cały zespół. Teorii na temat powodu niedyspozycji było wiele – od manipulacji ze strony sponsora kadry, przez zaniedbanie ze strony medyków, po załamanie nerwowe Luísa Nazário. Najciekawszą, z perspektywy czasu, wydaje się teoria korupcyjna – Brazylia miała sprzedać finał Mistrzostw Świata FIFA za kwotę 23 mln dolarów. Cały plan miał uszczęśliwić nowego przewodniczącego FIFA – Seppa Blattera i pomóc Francuzom uspokoić panujący w kraju niepokój społeczny. FIFA miała obiecać Seleção łatwiejszą ścieżkę do finału cztery lata później oraz miano gospodarza jednego z mundiali w następnej dekadzie.

Jak było naprawdę? Po obiedzie, w godzinach popołudniowych doznałem ataku (padaczki – przyp. red.). Straciłem przytomność na trzy czy cztery minuty. Dlaczego? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Ciśnienie? Nerwy? Presja? Być może, ale mimo wszystko błagałem Zagallo, żeby pozwolił mi zagrać – mówi sam piłkarz w rozmowie z Garym Linekerem.

Cztery lata później zawodnik zdobył jednak upragnione Mistrzostwo Świata (po raz drugi, w 1994 r. nie rozegrał jednak ani jednego spotkania) oraz drugą w swojej karierze Złotą Piłkę. Wielu sądzi, że gdyby nie kontuzje, byłby najlepszym piłkarzem w historii, przerastając nie tylko Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo, ale i rodaka – Pelé.

 

Marcello Lippi

 

Swoimi srebrno–białymi włosami, skłonnością do cygar i wyczuciem stylu Lippi wyróżniał się spośród innych szkoleniowców. Miał mentalność zwycięzcy, potrafił również dotrzeć do piłkarzy. Zasłynął z bliskich relacji z zawodnikami swoich drużyn.

Często rozmawiam z moimi piłkarzami i muszę powiedzieć, że naprawdę wzbogaca mnie to na wiele sposobów: kulturowo, taktycznie, technicznie, społecznie… to są rzeczy, które doskonalą menedżera – mówił sam Marcello.

Większość graczy nie miała z tym żadnego problemu. W niektórych przypadkach bliskość Lippiego była jednak problematyczna. Kiedy relacja z piłkarzem stawała się napięta, mogła się już nigdy nie poprawić (warto tu przytoczyć opisany wyżej przykład Roberto Baggio, któremu z włoskim szkoleniowcem nigdy nie było po drodze).

 

Marcello Lippi podczas treningu reprezentacji Chin – fot. Wikipedia Commons

 

Lippi dopasowywał formację do graczy, którymi dysponował. Kiedy rozpoczął pracę na Stadio Delle Alpi (dawnym stadionie Juventusu) i spotkał czterech światowej klasy napastników: Del Piero, Baggio, Ravanelliego i Vialliego, zaczął wdrażać system, który miał w pełni wykorzystać umiejętności całej czwórki. Było to rozwiązanie stojące w kontraście do tradycyjnego włoskiego Catenaccio, okazało się jednak dużym sukcesem. W debiutanckim sezonie w Juve Lippi sięgnął po Scudetto, sezon później zdobył zaś trofeum Ligi Mistrzów. Drużynę Bianconerich poprowadził łącznie w ośmiu sezonach, ustępując pod względem liczby meczów przy ławce trenerskiej drużyny z Turynu jedynie legendarnemu Giovanniemu Trapattoniemu. Co ciekawe, jest jedynym szkoleniowcem w historii, który zdobył zarówno europejską, jak i azjatycką Ligę Mistrzów. Do kolekcji dorzucił również zdobyte z reprezentacją Włoch w 2006 r. Mistrzostwo Świata oraz pięć mistrzostw Italii. Magazyn FourFourTwo umiejscowił go niedawno na 13 miejscu w rankingu najlepszych trenerów piłkarskich w historii. Spośród Włochów wyżej uplasowali się jedynie legendarny szkoleniowiec Interu Mediolan – Helenio Herrera oraz ikona AC Milanu – Arrigo Sacchi. Kto z wspomnianej trójki rzeczywiście był najlepszy? Nie wiem, nie mnie to oceniać.