Podwójna bańka

W ujęciu geograficznym Sudan wydaje się krajem odległym i ukrytym. W wymiarze społecznym okazuje się znacznie nam bliższy i skłania do postawienia pytania o podstawowe wartości. Na szczęście powstają filmy, które podważają tezę o moralnej przepaści cywilizacyjnej krajów Afryki i Europy.

Tekst: Iwona Oskiera

Gdy czytałam pierwszy raz reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, będąc nastolatką, głęboko dotykała mnie potężna przepaść między kontynentem europejskim i afrykańskim czy Ameryką Północną i Południową. Przed zgłębieniem treści Cesarza, opisującego totalitarną władzę w Etiopii, nie mogłam dopuścić do siebie myśli, że ktoś w drugiej połowie XX w. zatrudniał osobę do czyszczenia butów władcy czy podkładania mu poduszki pod stopy, aby wydawał się wyższy. Rzeczy absurdalne i nie mogące dziać się w Europie, w Afryce okazywały się pozornie, acz akceptowane przez jej mieszkańców. Kraje afrykańskie od czasów dekolonizacji musiały mierzyć się z cieniem militarnych lat niewoli i europejskiego ucisku oraz z widmem demokratycznych aspiracji i kapitalistycznej perspektywy gospodarczej. Wśród tych państw znalazł się także Sudan.

Droga bez końca

Kolonizacja, pierwsza demokracja, pierwsza dyktatura, druga demokracja, druga dyktatura, trzecia demokracja i wciąż trwająca dyktatura – takie słowa wypowiada jeden z bohaterów filmu dokumentalnego Pogawędki o drzewach to zbrodnia z 2019 r., przedstawiając tym samym w dużym, lecz trafnym skrócie, historię swojego kraju, Sudanu. Zobrazowane w dokumencie wydarzenia zaszły w 2015 r., kiedy po raz kolejny na władcę kraju został wybrany Umar al-Baszir. W 1989 r. w wyniku puczu przejął władzę w Sudanie, wprowadził prawo szariatu oraz pozbawił mieszkańców kraju pełni praw obywatelskich i podstawowych wolności. Warto podkreślić, że w 2019 r., po 30 latach dyktatorskiego panowania, Umar al-Baszir został pozbawiony władzy w niemal identyczny sposób, w jaki ją zdobywał. Pod wpływem silnych demonstracji społeczeństwa, armia dokonała bowiem zamachu stanu. Obecnie państwo czeka na wybory mające odbyć się pod koniec 2022 r., a sam al-Baszir jest oskarżony przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze o zbrodnie przeciwko ludzkości. W filmie sudańskiego reżysera, Suhaiba Gasmelbariego, poznajemy czworo filmowców, niegdyś uciekinierów i wydalonych z kraju studentów, od kilku lat będących znowu w ojczyźnie. Teraz tworzą Sudańską Grupę Filmową starającą się odrestaurować kino. Przed wprowadzeniem dyktatury al-Baszira w państwie istniał Narodowy Instytut Kultury, dystrybujący filmy do kin. Po jego zlikwidowaniu, właściciele musieli kupować pirackie filmy od ulicznych handlarzy. Zwykle indyjskie – mówi jeden z bohaterów. Te stale się powtarzały, państwo odcięło finansowanie i dlatego decyzją administracyjno-polityczną zamknięto kina. Przywrócenie dawnej świetność tej instytucji to czyn heroiczny, bo w głęboko zbiurokratyzowanym i chcącym mieć kontrolę nad życiem wszystkich obywateli kraju, ta misja okazuję się trudniejsza niż bohaterowie mogli przypuszczać. Zdobycie pozwolenia na wyświetlanie jednego filmu, na który wstęp byłby bezpłatny, jest drogą bez końca. Niczym w kafkowskim Procesie, filmowcy stale są odsyłani do kolejnych urzędów. Ówczesne władze Sudanu bały się bowiem dużych zgromadzeń, uważały, że każdy zawsze ukrywa coś pod pozorem czegoś innego. Z filmu wyłania się obraz państwa totalitarnego. Kraju chaotycznego, w którym powstają korki, dochodzi do stłuczek i wypadków z udziałem samochodów, mimo że nie ma w nim zbyt wielu dróg. Samochodów przybywa pod pozorami rozwoju gospodarczego, szkoda tylko, że nikt nie dba o bezpieczeństwo społeczeństwa – brakuje znaków i sygnalizacji świetlnej. Zresztą dlaczego takowa sygnalizacja miałaby w ogóle działać, skoro na naprawę prądu trzeba bez uzasadnienia odczekać swoje. Władza nie tworzy również chociaż namiastki pluralizmu. Filmowcy śmieją się, że teraz wokół kina znajduje się sześć meczetów, a zanim władze pozwolą je otworzyć, powstaną jeszcze dwa.

Męski świat

Podobne tło polityczne Sudanu ukazane jest w filmie Macieja Drygasa Abu Haraz z 2013 r. By zarysować ówczesne nastroje panujące w kraju, wystarczy powiedzieć, że reżyser musiał nagrywać materiały przez siedem lat niemal w ukryciu, tak, aby władze nie dowiedziały się o postępującym procederze. Abu Haraz to wioska w Sudanie, której mieszkańcy żyją zgodnie z rytmem wyznaczanym przez naturę. Funkcjonują dzięki uprawie roli i hodowli zwierząt, korzystając przy tym z darów Nilu. Z czasem władze nakazują wysiedlenie społeczności. Z powodu budowy tamy na rzece, tereny te wkrótce ulegną zatopieniu. Film to proces przechodzenia ludności przez kolejne stadia rozwoju sytuacji przesiedleń i zburzenia miejsc zamieszkania tak, aby nigdy nie mogli do wioski powrócić. W rozważaniach nad produkcją Drygasa wielokrotnie pod dyskusję zostaje poddany brutalny wymiar decyzji administracyjnych podjętych przez rządzących, którzy za wszelką cenę chcieli zniszczyć wszystkie więzy kulturowe i ulokować mieszkańców w miejscu, w którym, jak sami podkreślają, czują się obco i nie wiedzą nawet, w którym kierunku mają się modlić. Mnie zainteresował kulturowy wymiar funkcjonowania małej sudańskiej społeczności. Szczególną uwagę zwracam na męskie ciała. Sudańczycy nie są osobami o silnie rozbudowanej tkance mięśniowej. To wysocy, szczupli mężczyźni z mocnymi, zahartowanym przez wiosłowanie łódek rękami oraz z lekka zgarbioną postawą. To również wspólnota silnie zhierarchizowana. Film ukazuje przede wszystkim męski świat, w którym na zebrania przeciw budowie zapory zapraszani są co prawda wszyscy, ale w domyśle słowo „wszyscy” oznacza tylko mężczyzn. To właśnie oni decydują o tym, czy wyprowadzając się wezmą ze sobą ogół zwierząt czy tylko ich część. Targują się, sprzedają, wiążą i zarządzają, podczas gdy kobiety, zepchnięte w filmie w dużej mierze do roli płaczących sąsiadek, rodzą i wychowują dzieci. Nie ma się czemu dziwić. Każda kultura przechodzi przez swoje stadia rozwoju, a biorąc pod uwagę, że zbiory w tej konkretnej, dokonywane są za pomocą sierpa, a woda pitna jest brudna i mętna, gwałtowny skok w nowoczesność, co w samym dokumencie zostaje silnie wyartykułowane, jest naruszeniem naturalnego przebiegu ewolucji.
Opresyjność władz Sudanu i ich nagła potrzeba przeskoku ku wyższej cywilizacji skłania do zadania pytania, czy sposobem na sprawne funkcjonowanie państwa, nie byłoby mocniejsze wsłuchiwanie się w wewnętrzny głos jego obywateli. To również dobry moment, aby zastanowić się, kto komu daje tu lekcje moralności i uczciwości.