The kids are alright, czyli jak modsi zmienili brytyjską popkulturę

Swego czasu zadałem pytanie na pewnej grupce o tematyce muzycznej m.in. o to, których artystów jej członkowie uznaliby za pewnego rodzaju synonim angielskości. Padały różne odpowiedzi: Queen, David Bowie, The Clash, Sex Pistols, Beatlesi. Często wymieniane były też grupy pokroju The Who, The Kinks, Small Faces. W tym gronie znalazły się też grupy britpopowe pokroju Oasis czy Blur. Co, oprócz domniemanej angielskości, je łączy? Czy coś w ogóle?

Tekst: Michał Wrzosek 

Instytucje, jakimi są kultura czy obyczaje, zmieniają się powoli. Katalizatorami czy też punktami zwrotnymi są duże, istotne wydarzenia historyczne – wojny, rewolucje, kryzysy. Druga wojna światowa bez wątpienia takim była. Choć straty osobowe i szkody dokonane w Wielkiej Brytanii ciężko porównywać do tych z Polski czy Związku Radzieckiego albo jakiegokolwiek kraju, w którym odbywały się walki piechoty i okupacje, także dla tego państwa było to wydarzenie traumatyczne. Do wielu rodzin nie wrócili ojcowie, synowie, bracia. Wielotygodniowe naloty i bombardowania pozostawiły ślady w psychice milionów Brytyjczyków – młodszych i starszych. Straszliwe doświadczenie wojny dało pole do popisu różnorakim zmianom i ich propagatorom. Zmienił się układ sił na świecie. Imperium Brytyjskie rozsypywało się w coraz szybszym tempie, mocniejszą pozycję dzięki globalnemu konfliktowi uzyskały Stany Zjednoczone. Polityczną, gospodarczą, militarną – w końcu także kulturową. Postępująca globalizacja, wzrost znaczenia handlu międzynarodowego, a także rozwijający się w zawrotnym tempie konsumpcjonizm zawładnął masami. W wielu umysłach pojawiła się egzystencjalna pustka, zawiedzenie starym porządkiem społecznym, który doprowadził do, jakby nie patrzeć, niefortunnego obrotu spraw, a także odchodził – szybciej czy wolniej – do lamusa. Czy to osłabienie więzi rodzinnych, czy spadające na angielskie miasta bomby wciąż świdrujące gdzieś z tyłu głowy doświadczenie wojny, czy też niedający perspektyw system edukacji – nieistotne. Istotnym jest to, że dorastająca po wojnie młodzież (szczególnie pochodząca z klasy pracującej i uboższej średniej) sensu upatrywała w buncie.

Ojcowie założyciele i misiowe chłopaki

Muzyka popularna jako taka w Wielkiej Brytanii pojawiła się w zasadzie po wojnie. Początkowo był to głównie jazz, który zakorzenił się tam w pewnych środowiskach – w tym tych bardziej intelektualnych – już w czasach dwudziestolecia międzywojennego. Pop (w szerokim i wąskim znaczeniu) jest z definicji popularny, a więc słuchany przez masy, a do tych dźwięki muzyki hałaśliwej dotarły dopiero w drugiej połowie lat 40. Z początku było to głównie odrodzenie bardziej tradycyjnych nurtów, jednak z czasem sceny klubów i sal koncertowych podbili moderniści. Interesowali się oni pchaniem gatunku do granic – harmonicznych, rytmicznych, tonalnych. Różnili się też podejściem do używek – podczas gdy tradycjonaliści z reguły konsumowali piwo i inne napoje alkoholowe, moderniści woleli lekkie narkotyki. Temu całemu towarzystwu, z reguły elegancko ubranemu, często w przypadku wykonawców posiadającemu muzyczne wykształcenie, towarzyszył rdzennie brytyjski gatunek zwany skiffle. Muzyka bardzo demokratyczna, wywodząca się w dużym stopniu z folku, inkorporująca wiele niekonwencjonalnych instrumentów. Nie o tym jest jednak ten artykuł.

Ogromną rewolucją w kulturze okazało się – a jakże – powstanie rock and rolla. Elvis, Little Richard, Fats Domino czy Bill Halley podbili serca brytyjskiej młodzieży niewiele później niż amerykańskiej. Buntowniczość tej muzyki stała się jednym z fundamentów subkultury zwanej Teddy Boys. Z początku była to niewielka grupka wywodzących się z nizin społecznych młodych chłopaków z Londynu, szybko jednak rozprzestrzeniła się na cały kraj. Natura tej subkultury była dość podobna do natury gangu – choć, pomimo obracania się wokół przemocy i złości wobec świata, nie była przestępcza. Teddy Boys tworzyli sprawiającą groźne wrażenie wspólnotę słuchających rock and rolla i rockabilly dandysów, ubierających się w szerokie spodnie, marynarki i czeszący swe włosy na Elvisa, umacniając je żelem. Duży nacisk kładli na schludny wygląd. Paradoksalnie, stali się oni prekursorami innej subkultury wczesnych lat 60., zwanej rockersami. Dlaczego paradoksalnie?

(Te) dzieciaki są w porządku

Historia obrała taki kurs, że wraz z jej postępem rozwijał się również dostęp do informacji. Im większy do niej dostęp, tym większa grupa ludzi może po nią sięgnąć. Prosta prawidłowość. Międzynarodowy przepływ informacji o modzie nie był w latach 50. i 60. XX w. niczym nowym, jednak akurat wtedy napływ nowych trendów z Włoch i Francji pod brytyjskie strzechy (i do ceglanych domków w londyńskich dzielnicach robotniczych) zrodził nowy ruch masowy. Modsi, czyli kolejna subkultura, powstała w okolicach 1958 r., najpewniej wywodzi się ze snobistycznych, beatnickich środowisk studentów szkół artystycznych, lubujących się w eleganckich ubraniach i kinie z wysokiej półki. Ich nazwa pochodzi od modernizmu – zarówno tego jazzowego, jak i tego sartre’owskiego. Początkowo jednak ruch ten nie miał w zasadzie nic wspólnego z muzyką. Ani niczym innym, co nie było ubraniami. Pierwsi modsi skupiali się głównie na powierzchowności, pedantycznie dobierając elementy garderoby – najlepiej uszyte na miarę – w imię zasady, że najlepsze jest to, co najnowsze i najbardziej nowoczesne. Podchodzili do nich we wręcz artystyczny, purystyczny i narcystyczny sposób.

Z czasem wydarzyło się rozszerzenie – zarówno zakresu zainteresowań modsów, jak i samej subkultury o nowych członków. Z początku słuchająca głównie nowoczesnego jazzu grupa młodych londyńczyków gustować zaczęła również w importowanej drogą morską muzyce rhythmandbluesowej, skuterach Vespa i Lambretta, całonocnych imprezach oraz amfetaminie, która pomagała te imprezy przetrwać, a inne miasta Anglii również zyskały swe oddziały modsów. Świetnym zapisem modsowskiego zeitgeistu, kultury, zwyczajów i wydarzeń ważnych dla tej subkultury jest Quadrophenia – album grupy The Who (autorstwa głównie Pete’a Townshenda) z 1973 r., który sześć lat później doczekał się ekranizacji w formie filmu (swoją drogą, niezłego). Gangi około 20-letnich chłopaczków (i dziewczyn) pracujących na niższych stanowiskach w biurach lub fizycznie, nocami terroryzowały londyńskie ulice na swych skuterach czy też przetańcowywały nocki w klubach i na prywatkach pod wpływem różnego rodzaju tabletek. Główny bohater Quadropheni, Jimmy, nie cierpi swojej pracy, nie może dogadać się z nierozumiejącymi jego świata rodzicami, ma problemy ze sobą, ucieka więc w trybalizm, chroniąc się wśród ludzi podobnych do niego. Nie jest przy tym nieskazitelny, popełnia wiele przestępstw, m.in. biorąc udział w walkach z rywalizującym z modsami gangiem wcześniej już wspomnianych rockersów.

Rockersi byli inni od modsów – zdecydowanie mniej dbający o wygląd, choć również się nim odznaczający. Skórzane kurtki i jeansy zamiast swetrów z golfem i garniturów, wypastowane włosy, motocykle w miejsce skuterów. Słuchali – jak nazwa wskazuje – rock and rolla i rockabilly. Byli zdecydowanie bliżsi tradycyjnemu modelowi męskości obowiązującemu w ówczesnej brytyjskiej klasie pracującej. Modsi naginali dość mocno role płciowe – widać to było również w przypadku modsowskich dziewczyn, które nosiły krótkie spódnice oraz krótkie włosy. Nie mogły również narzekać na brak względnie dużej autonomii. U rockersów facet to miał być facet: nie chodził na zakupy, nie przykładał zbytniej wagi do ubrań i wyglądu. Czy różnice w podejściu do męskości były zarzewiem tak ognistego konfliktu pomiędzy modsami i rockersami? Być może, obie grupy miały jednak wiele okazji, by dać upust swemu buzującemu testosteronowi w licznych walkach pomiędzy gangami. Do historii najdobitniej przeszły nadmorskie starcia z 1964 r. Pierwszym pamiętnym zdarzeniem tego rodzaju było wielkanocne starcie w Clacton, w którym wzięło udział około tysiąca Londyńczyków. Najsłynniejszym starciem (bo unieśmiertelnionym w Quadrophenii) były jednak zamieszki na plaży w Brighton z 16–18 maja 1964. Podobnych zdarzeń w tamtym okresie było jeszcze kilka: m.in. w Margate czy Bournemouth. Przeszły one do historii jako element modsowskiego folkloru, a u ówczesnych wywołały moralną panikę wobec chuligańskich wyczynów i demoralizacji brytyjskiej młodzieży. Czy walki modsów i rockersów miały inne, głębsze podłoże niż to, że tamci są inni i ich nie lubimy? Jeden z uczestników jatki w Margate powiedział: to była świetna zabawa, dawno się tak nie ubawiłem. To było wspaniałe, plaża była jak pole walki. (…) Chcesz oddać tym starym nudziarzom, którzy mówią ci, co masz robić. Pokazać, że nie chcemy się im poddawać. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam czytelnikom.

Wraz z rozszerzaniem się fenomenu modsów następowała też jego komercjalizacja. Coraz więcej firm produkowało ubrania pod gusta nowoczesnej młodzieży, a różne brytyjskie zespoły legitymujące się RAF-owską tarczą (jednym z symboli modsów) tworzyły pod nie muzykę. Marketingowany jako maximum R&B styl dał światu kilka legendarnych grup, spod których pióra wyszło wiele hitów – choćby You Really Got Me The Kinks czy The Kids Are Alright, My Generation i Anyway, Anyhow, Anywhere (tu należy pozdrowić Nenę) The Who. Dzięki obecnemu wówczas zjawisku brytyjskiej inwazji, piosenki te śpiewała cała Ameryka, w której wielu również zaczęło naśladować modsowskie i rockersowskie style ubioru oraz łączyć się w gangi. Ciekawy był przypadek Beatlesów – choć ci określali się wielokrotnie jako mockers, gdy pytani byli o to, do której subkultury należą, niejako inkorporowali elementy obu stylów: w czasach hamburskich przypominali rockersów, później, za sprawą Astrid Kirchherr i menedżera Briana Epsteina, przybrali bardziej modsowski wygląd. Jego korzenie zapewne były te same, choć ze środowiskiem londyńskim nie mieli nic wspólnego. Tak czy siak, ich muzyka nie przemówiła do modsowskiej klienteli. Z początkiem drugiej połowy lat 60. subkultura modsów zaczęła przemieniać się w swinging London, ustępować miejsca psychodelii, za sprawą wpływów reggae i ska częściowo przeobraziła w środowisko skinheadów, aż w końcu w zasadzie zanikła.

What a catalyst it turned out to be

Co działo się w 1985 r. w Warszawie? Depeche Mode zagrali koncert na Torwarze, Teatr Wielki ucierpiał w pożarze, na Wiśle wybudowano tymczasowy Most Syreny, odsłonięty został pomnik Kościuszkowców. Wtedy też, w celu nagrania teledysku do singla Walls Come Tumbling Down!, w klubie Akwarium pojawił się zespół The Style Council. Jego liderem był nie kto inny jak Paul Weller, znany głównie z przewodniczenia kilka lat wcześniej punk rockowej grupie The Jam. Jedna z ikon brytyjskiej muzyki popularnej – choć poza Królestwem niezbyt rozpoznawalny, w kraju dorobił się przezwiska Modfather (gra słów: godfather, czyli ojciec chrzestny, oraz mod), stając się niejako ikoną modsowskiej muzyki. Trochę paradoksalnie, ponieważ wokalista i autor tekstów nijak nie miał szans załapać się na pierwszą falę popularności tej subkultury – urodził się w 1958 r., a gdy The Who wydało hołdujący jej album Quadrophenia, miał ledwie 15 lat. The Jam było zdecydowanym liderem nurtu w muzyce (i wizerunku scenicznym) z drugiej połowy lat 70. zwanym mod revival. Uczestniczyli w nim w retromaniackiej manierze głównie stosunkowo młodzi muzycy, wychowani wśród modsowskiej kultury na twórczości choćby ulubionego piosenkopisarza Wellera, czyli Raya Daviesa z The Kinks. Ubrani w eleganckie garnitury, z charakterystycznymi fryzurami, wyglądali jak wyciągnięci żywcem z 1964 r., grając na nową, fuzjującą maximum R&B z punkiem modłę oryginalne utwory, ale też modsowskie klasyki jak Love Is Like a Heatwave, często coverowane przez grupy z pierwszej fali. Nic dziwnego, że w połączeniu z filmową wersją Quadrophenii wywołali ponowną modę na modsów i skuterowe wypady do nadmorskich kurortów. Wychowana na The Kinks, The Who, The Yardbirds młodzież ubrała się znów w pedancko dopasowane stroje, przycięła pedancko włosy i wsiadła na swe pedanckie skutery, aby podmuchem swej młodzieńczości wzniecić na nowo dogasającą tradycję.

Wnuki, wnuczęta

Na przełomie lat 80. i 90. na brytyjskiej scenie muzycznej pojawiło się coś nowego. Po trochu wyrosło ze sceny indie, po trochu można nazwać to dzieckiem Madchesteru, a spory wpływ na zjawisko to mieli też wykonawcy lat 60. Britpop, jak sama nazwa wskazuje, podkreślał brytyjskość w muzyce, w stylu, w image’u. Jakby zebrał sarkastyczny, północny humor Johna Lennona, miejsko-wiejską nostalgię za Anglią lat minionych Raya Daviesa i Andy’ego Partridge’a oraz nie mniej tęskną, choć bardziej brutalną melancholię Morrissey’a do kupy i stworzył z tego Oasis, Blur, Suede, Pulp, The Verve i tym podobne grupy. Dobrze, ale co mają wspólnego Britpop i modsi? Wystarczy włączyć sobie pierwszy lepszy teledysk braci Gallagherów, żeby zauważyć oczywiste wpływy. Nie wyglądają oni bardzo anachronicznie, nie są ubrani w zoot suits, niemniej fryzury, konkretne elementy ubioru, w końcu samo brzmienie muzyki. Niby lata 90., niby widać wpływy różnych innych nurtów kulturowych, ale przebija się jednak siłą rzeczy ten Townshend z Daltreyem, bracia Daviesowie i Steve Marriot z Ronniem Lanem, a także to stare dobre podejście do wyglądu z Londynu lat minionych.

Rok 2008. Dwa lata wcześniej zespół Arctic Monkeys podbił Wielką Brytanię swym debiutanckim albumem Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not. Teraz jego lider, niejaki Alex Turner z Sheffield, dobrał się w parę z pochodzącym z Merseyside Milesem Kane’m i jako The Last Shadow Puppets nagrał czerpiący całymi garściami z muzyki mody lat 60. album The Age of the Understatement. Oglądając zdjęcia czy filmy z tamtego czasu, nie potrzeba się bardzo wytężać, by dojrzeć stylizację na duet Lennon-McCartney. Wpływy są jednak dużo szersze niż to. Miles Kane jest znany jako jeden z współczesnych modsów czy może raczej ktoś dużo z tej subkultury wynoszący. Duża dbałość o elegancki ubiór, muzyczne inspiracje, te wszystkie nawiązania wciąż podtrzymują modsowskie dziedzictwo przy życiu. Bez dwóch zdań w zmodyfikowanej formie, ale niepozwalającej jednak zapomnieć o jego pionierach. Taka jest zresztą dzisiejsza brytyjska muzyka popularna – raczej każdy ma tu coś dobrego do powiedzenia o Daviesie, Townshendzie czy Wellerze.

Dlaczego ludzie tak właściwie wchodzą w subkultury? Jednostka jest bardzo słaba, a oddanie swej indywidualności grupie może dać poczucie sensu w życiu, przynależności, ale też ogromnej siły. Nie muszę chyba przytaczać przykładów mentalności stadnej? Niemniej, paradoksalnie, wiele osób dołącza do grup podobnych sobie osób, by poczuć się innym. Czy to działa? Nie wiem, głos oddam Kevowi z Quadrophenii. Parafrazując, nawet jeśli poszedłeś do wojska by być innym, tam też znajdzie się jakiś cholernik z gwiazdkami czy pagonami, który chce pomiatać. Wnioski znów pozostawię czytelnikom. Sobie zarezerwuję jedynie stwierdzenie, że wraz ze swoją subkulturą można zostawić ogromne piętno na historii i kulturze.