Co oznacza powrót do normalności?

Upłynęło ponad 365 dni, od kiedy w Polsce pojawił się pierwszy pacjent zakażony COVID-19. Od tamtej pory przeżyliśmy trzy fale, kilka wydłużających się lockdownów oraz sporo niestabilnych decyzji. Z dnia na dzień zostaliśmy wyrwani z dotychczasowej rzeczywistości, brutalnie wrzuceni do nowego świata pełnego pustych obietnic na rychłą poprawę i wielu niewiadomych.

 

Tekst: Karolina Chojnacka

Grafika: Natalia Łopuszyńska

Dziś wspominamy z utęsknieniem czasy, które przyszło nam nazywać „normalnością”. Szukamy jakichkolwiek zamienników, z zimną krwią łamiemy zasady, kurczowo trzymając się przekonania, że kiedyś było przecież lepiej. Wszystkie decyzje podejmujemy, mając z tyłu głowy nadzieję, że nieszczęścia, które nas spotkały, dobiegną końca wraz ze zniesieniem kolejnych obostrzeń. Pędzimy skupieni wyłącznie na odległym na razie celu, nie zastanawiając się nad drogą, którą przyjdzie nam przebyć, aby do niego dotrzeć. A co jeżeli „normalność”, za którą tak gonimy, przepadła już na zawsze?

Rok w zamknięciu niewątpliwie wywołał lawinę wyzwań, z którymi może nigdy nie myśleliśmy, że będziemy musieli się zmierzyć. Mimo wszystko dni mijały, a nowa codzienność z czasem przestała niepokoić nas swoją nietradycyjną formą. Człowiek niezwykle szybko adaptuje się do nowych sytuacji. Czasy koronawirusa nie są wyjątkiem. Znam niewiele osób, które nieśmiało przyznają się do tego, że nawet lepiej odnajdują się w obecnej sytuacji, niż za czasów przed pandemią. Jednak wraz z nadejściem wiosny oraz wzrostem liczby zaszczepionych osób pojawiło się długo wyczekiwane światełko w tunelu i okazało się, że wizja powrotu do stanu sprzed pandemii, dla wielu nie jest już tak kusząca, jak na początku.

Ponad 90 proc. zapytanych przeze mnie osób potwierdziło, że boi się ponownego przeorganizowania swojego życia. Nie da się ukryć, że pandemia podarowała nam pewnego rodzaju luksusy, chociażby w postaci większej ilości snu czy możliwości ustalenia elastycznego grafiku dnia. Ponadto, chociaż wciąż przybywa wiele skarg na nauczanie zdalne, nie można nie zauważyć, że opcja nagrywania wykładów czy posiadania wszystkich zadań i materiałów w jednym miejscu – na platformie, ułatwia studentom życie. Wielu z nas boi się ponownego wrzucenia w pęd życia, obawia się natłoku zajęć i tego, czy damy radę pogodzić dotychczasową pracę ze studiami. Powrót do naturalnego biegu wielkiego miasta przywodzi na myśl ogrom stresu, a przecież nie każdy lubi żyć w ciągłym napięciu.

Dodatkowo okazuje się, że pandemia zmniejszyła naszą tolerancję na innych. Wiele osób przyznało, że dzięki wirusowi widać, że ludzie zaczęli bardziej dbać o higienę, zwracają większą uwagę na zarazki i komfort innych. W dzisiejszych czasach jeżeli ktoś źle się czuje, to po prostu zostaje w domu, bo ma możliwość pracy zdalnej, a poza tym jest na to nacisk ze strony społeczeństwa. Skończyły się już wymówki jak np. to tylko katarek. Ponadto niektórzy przyznają, że podoba im się dystans społeczny. Pandemia nauczyła nas stawiać granice, czy to w sferze fizycznej, czy psychicznej. Wielu z nas uważa te nawyki za dobre i nie chce się z nimi rozstawać.

Półtora metra odstępu od siebie pozwoliło nam pozbyć się nieprzyjemnego uczucia osaczenia, gdy ktoś nieustannie zerkał nam przez ramię w środkach komunikacji lub dyszał nad głową w kolejce do kasy. Niestety przyzwyczajenie się do pewnego rodzaju swobody pociągnęło za sobą kolejne następstwa, dość przykre w skutkach. Dużo osób przyznaje, że czuje dyskomfort na myśl o poznawaniu nowych ludzi. Boją się, że nie będą mieli o czym rozmawiać, bo zwyczajnie odzwyczaili się od small talk’u. Nawet osoby z natury raczej otwarte i komunikatywne stresują się utrzymaniem rozmowy z nowymi znajomymi. Aspektem, który wydaje się najbardziej niekomfortowy, jest to, że rozmówcy nie mogą znieść myśli o możliwości zapanowania niezręcznej ciszy w konwersacji.

Zawsze znajdzie się coś, co spędza sen z naszych powiek i są to myśli przeróżnych gabarytów. Począwszy od tego, że jeżeli pandemia się skończy, to studenci będą musieli ponownie postarać się o mieszkanie w mieście, w którym studiują, a nie uczyć się wygodnie online u rodziców, aż po wielkie egzystencjalne rozmyślania, takie jak kwestionowanie sensu w przygotowywaniu się na powrót w obliczu niepewności, że ten koszmar naprawdę się skończy. Walka z własnymi lękami, nawet tymi pozornie małymi, wymaga od nas sporego nakładu siły oraz energii, więc nic dziwnego, że ludzie zaczęli coraz bardziej przejmować się nadchodzącą wizją powrotu do „normalności”. Wyobrażenie o możliwości zmarnowania naszego wysiłku nie zachęca do walki ze strachem. Szczególnie jeżeli z tyłu głowy kołacze się nieprzyjemna myśl, że pomimo czucia się źle w teraźniejszości, wizja przyszłości wydaje się jeszcze gorsza.

A może powinniśmy przestać po prostu narzucać sobie presję powrotu do „normalności”, bo co tak naprawdę znaczy „normalność”? Czy nie lepiej, zamiast odbudowywać coś, co zapewne już nie wróci w dokładnie takiej samej formie, skupić się na tworzeniu naszej nowej rzeczywistości, nowej codzienności, która z czasem stanie się naszą nową „normalnością”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *