Nie będzie niczego

Festung Knurau powoli dobiega końca. Jednostki wypadowe generała Gloo Koza zdobywają kolejne pozycje na wałach z donosów, spajanych mitomanią. Zaprzyjaźniony major wojsk bombaskich zwleka z odsieczą, prowadząc badania nad rozpuszczalnikiem. Poziom abstrakcji i oderwania od rzeczywistości przebija kolejne zagrzybione sufity.

Tekst: Michał Rajs

Myli się ten kto uważa, że – z braku innego słowa – istnienie fenomenu mieszkańców budynku przy ulicy Szkolnej 17, społeczeństwo zawdzięcza jedynie jednostkom skrajnym, względnie  psycho- i socjopatom. Przygody w malowniczej pleśni białostockiego Belwederu, nazywanego tak na cześć niedoszłych startów Krzysztofa Kononowicza w wyborach prezydenckich, to oczywiście niezły pokaz najniższych ludzkich instynktów i postępującej osteoporozy mocno pogiętego kręgosłupa moralnego. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości – wystarczy zobaczyć, jakie społeczne męty krążą wokół przysadzistego, czerwonego domku, mlekiem i colą płynącego. O nieciekawej proweniencji osób ochrzczonych pseudonimami pokroju rudego centaura z bielska, moczopijano, czarnej szprychy, nitroszczura, latexów czy bobolaków nie świadczą wyłącznie towarzyszące im w komentarzach rozlanych po internecie epitety. Wszem i wobec oznajmia to fakt, że wszystkie te osoby z własnej, nieprzymuszonej woli dogrywają się lub radośnie uczestniczą w starości umierającego uniwersum. To jednak nie oni, a zwykli „szkolniacy”, którzy „nigdy nie wysłaliby na US 17 ani grosza” ani „nie odwiedziliby Belwederu, bo nie przywykli do smrodu wtartych w wersalkę ekskrementów”, stanowią najliczniejszą grupę widzów.

Ty mnie nie biłeś, ty mnie nie prowokowałeś…

Na początku rzeczywiście trudno w to uwierzyć. Krzywe kadry rodem z Łowcy trolli albo Blair Witch Project, długie pauzy między wypowiedziami i brak jakiegokolwiek przygotowania sprawiają, że w porównaniu do tej produkcji nawet Trudne sprawy do spółki z Rolnik szuka żony mogłyby być przyszłorocznymi laureatami Emmy. W mieszance z potencjalnymi chorobami psychicznymi głównych bohaterów – alkoholizm, być może początki łagodnej odmiany schizofrenii (na deser zaś żółte papiery) – smak tej internetowej potrawy normalnego człowieka raczej oburzy, niż zachęci do kolejnych kęsów. Chociaż te, mimo pozornej ohydy całego przedstawienia, prędzej czy później przyjdą same. Raz, że najlepsze fragmenty Szkolnej rozlazły się po YouTube jak karaluchy po zapomnianym, nigdy nie dezynsekowanym bloku z otwartym zsypem. Ucieczka przed ledwie trąconym algorytmem wymagałaby więc odcięcia od sieci i pozbycia się komputera. Po drugie, bembeńska saga spod znaku „Nie będzie niczego”, chrzęszcząca różańcem z zębów to serial z przeciwnego bieguna nieprawdy i zakłamania.

…ty mnie całowałeś.

W końcu prawie każdy konsument internetowych treści widzi, gdzie to wszystko brnie. Odmęty wyidealizowania kreują wypomadowanych, sterylnych bohaterów, dla których bardziej opłacalne staje się wieczne zaprzeczanie w myśl zasady „jeśli cię złapią na gorącym uczynku za rękę, to mów, że to nie twoja ręka” niż szczere przyznanie się do winy. Konkurencja nie śpi, napchany po sam odwłok marketing szuka przestrzeni również tam, gdzie nigdy nie powinien jej znaleźć, a PR-owe taśmociągi kropią społeczeństwo wydmuszkowatymi żywotami świeckich świętych, niczym samoloty spuszczające smugi chemiczne. Nie dziwi zatem, że niektórzy ludzie mają zwyczajnie dosyć i bez szkody dla zawartości absurdu oraz wartkiej akcji, przenoszą wzrok z góry na dół. Kononowicz i jego zamelinowana ferajna też bije się o wpływy, ale zamiast wiecznie wygrywać i oferować widzom zestawy kremów Nivea w okazjonalnych cenach, wieszczy spiski wśród pielęgniarek, pogrywa ze strażą miejską oraz policją i bez skutku stara się zaczarować świat tak, żeby wreszcie mieć rację.

Ogółem całe te

Prawie milion wyświetleń uzyskał na przykład filmik, którego autor pod pijany monolog Majora o kulistości Ziemi podłożył muzykę z Interstellara i nagranie pochodzące z satelity. Efekt? Bełkot bez ładu i składu okraszony zainteresowanym spojrzeniem siedzącego na kanapie Kononowicza nagle nabrał groteskowej głębi. „Spadanie z księżyca na żubra z sarną” przestało być etanolowym andronem. „Kula odporna od płaskiego” zadzwoniła w kościele melancholii utraconego dzieciństwa, spędzonego na wykrzykiwaniu ataków i obron przed czterema żywiołami. Znakomite, przerysowane aktorstwo i bijąca od obu panów fascynacja przedmiotem dysputy nie musi być wtedy wsparta latami treningów i ukończeniem gimnazjum. Refleksja, że zarówno „Konon” jak i jego współlokator występują także przed swoją, pogrzebaną za młodu świadomością, przemyka gdzieś obok, niezauważona. Grunt w tym, że i widzowie, i aktorzy zdają sobie sprawę, że to wszystko nieprawda.

„Się stało się, co się miać stało”

Nie sądzę przy tym, ale to moja prywatna opinia, żeby do bohaterów ze Szkolnej docierał powód popularności. Widać u nich pewne parcie na bycie role models, ograniczone głównie przez niewielką ilość treści, które mogliby przekazać; nie widać natomiast żadnego istotnego wpływu ideologicznego na publikę. Na znalazcę i dokumentalistę przypadku nastolatka, który świadomie wprowadziłby w życie zalecenia edukacji seksualnej „by Kononowicz&Major” czeka „dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności albo sto złotych grzywny” (prezydent w lekcji wyróżnia „dwie sposoby” odbywania stosunku – analny i oralny, czyli taki, po której są dzieci i taki, po której dzieci nie ma). Nie inaczej dzieje się z radami od Majora rejestrowanymi przez mikrofon z zapiekanki i pływy w „psznym” bigosie, zmielonym hamburgerze i kiełbasie (wszystko w konsystencji papki na przedpolu zgnilizny w jednym talerzu). Kto raz zawiódł się na Paulo Coehlo, ten i tutaj nie znajdzie nic poza losowymi sentencjami wyrzucanymi przez automat o napędzie toluenowo-acetonowym. Chociaż trzeba przyznać, że o plagiacie nie może być mowy – Suchodolski całkiem otwarcie przyznaje się do bycia „aflabetą”, a jego nędzne próby powrotu na łono kultury i przeczytania tytułu powieści „Nierządnica spełzły na dukanym „Nie-no-rzy-ca”.

Młodzież okuratna, filmowa

Punktem, w którym obie strony przebijają czwartą ścianę, jest „samo życie”. Rzesza użytkowników „bandyckiego” wykopu twierdzi, że wypady do Lasu Zwierzynieckiego w poszukiwaniu echa rozmów Majora z Bogiem służą ochronie środowiska – butelki po rozpuszczalniku rozkładają się wszakże przez tysiące lat. Niestety, nie tłumaczy to minimalnej dozy życzliwości, którą przemarznięci, zmęczeni – lub i to i to – odkrywcy obdarzają Nitroszczura na wymęczonym spotkaniu. Niby oblali go farbami, ale jakoś nikt nie kupił niezmywalnej. Niby Pampalini wezwał policję w nadziei, że tym razem na stałe usadzi Majora w Choroszczy, ale tamtej nocy było minus dziesięć, a Leśny Struś czasowo utracił zdolność poruszania się, więc pewnie by po prostu nie przeżył. Może i nieznani sprawcy, podpisując się imieniem, nazwiskiem i adresem sąsiada Kononowicza, przesłali mu w paczce ludzkie odchody, ale za ile paczek z jedzeniem, ubraniami i produktami higieny osobistej nikt w Belwederze nie podziękował? Bądź co bądź Kononowicz i „alfabeta poczęty metodą in nitro” żyją właśnie z tego. Z ludzkiej, okuratnej i sprawiedliwej litości – prezydent od dwudziestu pięciu lat jest na bezrobociu, a Dziąślak rzekome podatki płaci z nieco mniej rzekomych donate’ów.

Interaktywny teatr

Celowo traktując napad na Belweder i pobicie Majora jako obserwację skrajną i przez to niepotrzebną, niektóre okresy Szkolnej, głównie po śmierci Leonardy, matki Kononowicza i przed udarem samego prezydenta, można spokojnie uznać za rodzaj spektaklu z udziałem widzów. Wspólna zależność dwóch podmiotów, pozostających wzajemnie w przedmiotowej, umownej relacji, zrodziła jak gdyby koło zamachowe, osobliwą symbiozę. Scena sprzedała gawiedzi swoją autentycznością do granic bólu, gawiedź zapłaciła zaangażowaniem ponad jakiekolwiek znane normy. Bo zapytajmy się szczerze – który z fanów Ojca Mateusza szedłby szukać Artura Żmijewskiego z latarką, po nocy, w lesie, ponieważ usłyszał z krótkiego vloga żony aktora, że ten wyszedł z domu i będzie śmiecił plastikiem po machmolu w pobliskim rezerwacie przyrody?