Świeże brzmienia zza pochmurnego nieba

Zaczynali grać na deskach szkolnej sceny, dziś mogą marzyć o podboju polskiej sceny muzycznej. Skromnie mówiący o sobie, zdecydowanie nieskromni w brzmieniu. Poznajcie Jaśka Dołkowskiego i Mateusza Szkodę – dwóch członków zespołu Wszyscy Jemy Chmury.

Rozmawiała: Wiktoria Kolinko 

fot. Martyna Asztemborska

MAGIEL: Cześć chłopaki, zacznijmy od kluczowego pytania. Zjedliście dzisiaj trochę chmur?

Jasiek: Nie, ale Mateusz kupił dzisiaj pączki. One są trochę jak chmury. Najlepsze można znaleźć na gdańskim Brzeźnie, naprawdę, nie tylko ja tak uważam.

Mateusz: Ja staram się rzucić palenie, ale jeszcze mi się nie udało. To dlatego pocieszałem się jedzeniem.

Tym pytaniem chciałam oczywiście nawiązać do nazwy waszego zespołu. Bo skąd pomysł na taką, a nie inną?

M: W zasadzie nie jest to skomplikowana historia. Lubimy zostawiać to do interpretacji własnej, natomiast bezpośrednią inspiracją był tekst piosenki Foals – Heavy Water. Jest tam wers, który brzmi dosłownie: we all eat clouds. Bardzo się nam to spodobało i zostaliśmy przy tym, szczególnie, że błądziliśmy między innymi nazwami.

W takim razie jak określilibyście swoją grę? Jaki to jest gatunek? Usłyszałam gdzieś raczej żartobliwe stwierdzenie, że gracie cloud rock.

M: Nie mam pojęcia, kto stworzył tę nazwę. Natomiast faktycznie, usłyszałem ją kiedyś i brzmi ona zabawnie. Trzymam ją jako kartę „wyjdź z więzienia” i wykorzystuję jako odpowiedź, gdy pada pytanie o gatunek. Granie cloud rocka to zgrabne i na wpół humorystyczne rozwiązanie tego problemu nazewnictwa.

J: Ja myślę, że to może być indie rock. Ten gatunek jest bardzo różnorodny i chyba moglibyśmy się w niego wpasować.

M: Problemy z nazewnictwem są też spowodowane tym, że nasze granie zmieniało się na przestrzeni czasu i wciąż ewoluuje. Na początku graliśmy bardziej rockowo, teraz idzie to chyba w kierunku indie. Tak właściwie, to jak rozumiałbyś indie, Jasiek?

J: Indie-pendent przecież znaczy niezależna. (śmiech) W sumie to jesteśmy teraz definicją niezależności. W końcu nagrywamy sami i możemy eksperymentować tyle, ile nam się podoba! Mamy do dyspozycji aż cztery mikrofony i własną salkę.

Przy okazji nagrywania Hot16Challenge poszliście właśnie w elektronikę i hip-hop, co nie jest waszym charakterystycznym brzmieniem.

J: To wyzwanie było tylko zabawnym epizodem. Jeśli chodzi o nasze ogólne brzmienie, będziemy szli w hybrydę. Zdaje się, że muzyka instrumentalna jest u schyłku, element pozainstrumentalny przenika do wszystkich kompozycji. Jestem entuzjastą łączenia gatunków, więc bardzo otwieramy się na eksperymenty. Obecnie nagrywamy utwór, przy którym przykładamy sporą wagę do detali, jak choćby dźwięki z syntezatora i inne elementy wypełniające jego przestrzeń.

A muzyka instrumentalna jest twoim zdaniem u schyłku, bo…

J: Bo trzeba cały czas iść w kierunku, który jest atrakcyjny dla odbiorców. Spójrzmy choćby na ostatnią twórczość Bring Me the Horizon – która mi osobiście się podoba. Nie są to drętwo brzmiące kompozycje, są naprawdę hybrydowe, w sporej części „sztuczne”. To bardzo pożądana forma kreatywności. Kiedy sam próbowałem stworzyć coś na komputerze, byłem lekko przytłoczony – muzycy, których to nie przerasta, mają spore pole do popisu.

M: Podpisuję się pod tym. Byłoby przecież naiwne, gdybyśmy uparcie trzymali się schematu, który znamy, i nic więcej. Miałoby to sens, gdybyśmy mieli w stu procentach skrystalizowany styl, który jest dojrzały i jasny – bas, gitara, perkusja – natomiast w momencie, w którym z każdą kolejną próbą odkrywamy coś w ramach naszej wyobraźni muzycznej, naszego pojęcia o komponowaniu, nie możemy się zamykać. To dość naturalne, że czerpiemy z różnych brzmień – Jasiek nazwał je elektronicznymi – daje nam to nadzieję na wzbogacenie tego stylu. Wypracujemy formułę, która będzie prawdziwym dobrodziejstwem.

Wasze autorskie brzmienie jest na tyle oryginalne, że nie potrafię znaleźć podobnego zespołu na polskiej scenie muzycznej. Utwór z Hot16Challenge przypomniał mi jednak Myslovitz. Powiedzcie mi – dzięki jakim inspiracjom tworzycie muzykę, która nie jest wyraźnie odtwórcza?

M: Bardzo nam miło, że twoim zdaniem nagrywamy taką właśnie muzykę. Nie inspirujemy się Myslovitz, mimo że sporo osób miało takie samo odczucie podczas słuchania tego kawałka. Na pytanie o bezpośrednie inspiracje powinien tak naprawdę odpowiedzieć każdy członek zespołu, bo wszyscy słuchamy bardzo różnorodnej muzyki, która w jakiś sposób kształtuje nasz gust. Myślę, że to jest nasza zaleta – każdy ma swój pomysł i zawsze dodaje coś od siebie. Ja sam nie złapałem się jednak nigdy na tym, że słuchałem konkretnego artysty i na nim postanowiłem się wzorować.

J: Mnie z kolei bardzo zaskoczyło to porównanie. Tak jak powiedział Mateusz, każdy z nas ma wpływ na konstrukcję piosenki. Czerpiemy radość z samego grania i procesu twórczego. Jest może jeden zespół, który przychodzi mi na myśl i którego brzmienie wydaje mi się bardzo inspirujące – Bay Faction.

Macie za sobą sporo koncertów i kilka przeglądów muzycznych, w tym dwa wygrane. Z czego jesteście najbardziej dumni? Co dało wam najwięcej radości?

J: Wydaje mi się, że wygrana olsztyńskiej Fest Muzy – gdy dopiero zaczynaliśmy grać. Ma to dla mnie ogromną wartość sentymentalną, bo finał konkursu był tego samego dnia co mój bal gimnazjalny. Po naszym występie od razu pojechałem się pobawić, a gdy wróciłem, wyniki były już ogłoszone. Nie wiedziałem, kto wygrał! Mimochodem usłyszałem, że my, ale nie chciałem w to wierzyć. Spojrzałem wtedy w kierunku Mateusza i Krzyśka, którzy… udzielali już wywiadu.

A Ty, Mateusz?

M: Fest Muza zdecydowanie ma swoją własną kategorię, szczególny sentyment – na takim etapie naszego rozwoju był to gigantyczny zastrzyk motywacji, żeby kontynuować ten projekt. Był to też zastrzyk pewności siebie. Przekonaliśmy się, że faktycznie jesteśmy w stanie grać coś, co przemówi do odbiorców, co im się spodoba – to pierwszy taki moment, w którym wystawiliśmy się na ocenę obcych ludzi. Stąd to specjalne miejsce festiwalu w naszych sercach.

Oprócz Fest Muzy, udało wam się zdobyć jeszcze jedną wygraną, w Rawiczu, w konkursie Muzykorama. Występ odbywał się jednak w formie online. Jak się czuliście, grając przed widownią, która ogląda was zdalnie?

J: Zestresowałem się bardziej chyba tym, że była to jednak forma konkursu, a nie koncert. Brak publiczności nie oddziaływał na mnie aż tak, ale fakt, czułem się dziwnie. Brakowało mi tej energii, którą czujemy podczas występów na żywo. Mimo wszystko jestem zadowolony z tego występu. Byliśmy bardzo dopieszczeni przez organizatorów i poznaliśmy świetnych ludzi.

M: Przede wszystkim było to dla nas zupełnie nowe doświadczenie. Sama forma online miała zarówno swoje plusy, jak i minusy. Wydaje mi się, że atmosfera była zbliżona do próby generalnej przed koncertem, a na nich czujemy podekscytowanie nadchodzącą chwilą wyjścia na scenę. Z drugiej strony, brak publiczności na pewno zaniżył nasze odczucia związane z dynamiką tego koncertu. Mimo wszystko pozytywnie oceniam ten występ.

Nic dziwnego, że brakowało wam widowni, która przecież was uwielbia! Pamiętam, gdy na olsztyńskiej Kortowiadzie fani przynieśli baner z waszymi twarzami. Jak myślicie, za co was tak cenią?

M: Osobiście jestem pod wrażeniem tego, jak chłopaki radzą sobie z prowadzeniem sekcji rytmicznej. To fundament naszych kompozycji, który sprawia, że wszystko płynie, bije i nadaje większy charakter utworom. Ja z kolei na tę podstawę próbuję położyć wierzchnią warstwę w postaci wokalu i gitary, która wszystko scali. Każdy z nas stara się, żeby nasze utwory były wykonane profesjonalnie. Może właśnie to przyciąga słuchaczy.

J: Jeśli grasz coś od serca, coś co ci się podoba, masz większą szansę na zaangażowanie odbiorcy. Ludzie widzą, że tworzymy jedność i myślę, że to ich porywa na koncertach.

Czas porozmawiać o waszych ogólnych planach na przyszłość. O przedsięwzięciach, nowych kawałkach.

J: Musimy na pewno nagrać coś solidnego. Ostatnia wygrana w Rawiczu pozwoliła nam na zakup sprzętu – mikrofonów, kabli, statywów, karty dźwiękowej – właśnie nagraliśmy pierwszą piosenkę, w planach mamy kolejne trzy, a potem – coś naprawdę innego, nowoczesnego i eksperymentalnego.

M: Nasze poprzednie doświadczenia z nagrywaniem w warunkach studyjnych były, powiedzmy, obarczone pewnymi niewygodami. Byliśmy nieprzygotowani technicznie, a brak jasnej wizji nagrywanego utworu znacznie to komplikował.

J: No i mieliśmy problemy z kwestiami brzmieniowymi. Teraz mamy nad tym kontrolę.

Czyli żadnej konkretnej płyty w planach.

J: No właśnie – teoretycznie tego nie ustalaliśmy, ale mamy faktyczne możliwości samorealizacji, co pozwala nam pracować w innym modelu wydawania muzyki. Nie wchodzimy do studia, żeby nagrać osiem piosenek, wyjść, i wydać je. Teraz raczej tworzymy na bieżąco i dopiero potem montujemy jakiś krążek – zresztą dziś ranga płyty nie jest aż tak wysoka jak kiedyś – operowanie w modelu bieżącego wypuszczania muzyki jest ciekawszym rozwiązaniem. Nie postanowiliśmy jeszcze jak dokładnie będzie to wyglądało.

M: Na razie możemy tylko spekulować. Będziemy o tym rozmawiać, na pewno w tym konkretnym momencie sami nagrywamy swoje utwory i uczymy się tego. Skłamałbym gdybym powiedział, że jesteśmy zdeterminowani by iść tylko w jednym kierunku.

Zatem pochwalcie się, gdzie obecnie można was posłuchać. Macie na Spotify kilka piosenek, będzie ich tam więcej?

J: Tak, będziemy też uploadować je na bieżąco na YouTube i informować słuchaczy o nowych kawałkach na naszym fanpage’u Wszyscy Jemy Chmury. Mamy też konto na Instagramie o takiej samej nazwie, wrzucamy tam zdjęcia z koncertów i wszelkie zapowiedzi nowych utworów. Mam nadzieję, że już niebawem zapowiedzi będą się naprawdę mnożyć.

M: Z pewnością!