Najeźdźcy w all inclusive

Większości z nas pandemia pokrzyżowała wakacyjne plany. Ten – miejmy nadzieję – tymczasowy stan zamrożenia ruchu turystycznego jest według mnie szansą, aby zrewidować nasze turystyczne zwyczaje. A te bywają różne.

Autor: Michał Orzołek

Kilka miesięcy temu popularna aktorka umieściła na Instagramie sponsorowane zdjęcie, na którym przechadza się po zanzibarskiej plaży z dzieckiem w wózku. Towarzyszy jej kilkoro miejscowych dzieci, nieśmiało i z zaciekawieniem spoglądających na bogato ubraną Polkę. Przedmiotem reklamy był właśnie dziecięcy wózek, w którym, jak opisała sama aktorka, „Henio jeździł jak król”. Większość komentujących stwierdziła, że zdjęcie było nieprzyzwoite. Zwracali uwagę na instrumentalne potraktowanie tamtejszych dzieci, których wizerunki zostały wykorzystane zapewne bez ich świadomej zgody. Nieetyczna reklama czy wiele hałasu o nic? A może turystyczny neokolonializm?

Zgodnie z definicją zaproponowaną przez dr. Pawła Cywińskiego, badacza z wydziału Geografii i Studiów Regionalnych UW, neokolonializm turystyczny to „niesymetryczna relacja między światem turystów a światem mieszkańców, którego skutkiem jest uzależnienie lub zmarginalizowanie świata mieszkańców przez świat turystów”. Turysta w takim modelu nie jest kimś, kto przybywa do innych krajów, by poznać cudzoziemców czy zobaczyć osobliwości natury. Jest to przedstawiciel »cywilizacji«, który przyjechał do mniej rozwiniętej części świata i traktuje wszystko na swojej drodze (w tym autochtonów) jak eksponaty, które należy dokładnie obejrzeć, dotknąć lub dać się z nimi sfotografować. Zjawisko to obserwuje się głównie w krajach globalnego południa przyciągających ze względu na swoje położenie turystów z północy. Ich gospodarki są na tyle słabo rozwinięte, że turystyka stanowi lwią część produktu krajowego i rezygnacja z tego źródła przychodu oznaczałaby nędzę dla dużej części ich mieszkańców.

 Ludzie z innej epoki

Wszystko zaczyna się od języka. To on kształtuje nasze wyobrażenia o mieszkańcach dalekich krajów, ich stylu życia czy strukturze społecznej. Afrykańskie wycieczki reklamuje się zwiedzaniem wiosek, obserwowaniem plemion czy doświadczaniem prymitywności. Z perspektywy Europejczyka takie nazewnictwo jest całkowicie naturalne, jednak czy na pewno powinniśmy nazywać grupy etniczne Makonde lub Dogonów plemionami? Występuje również tendencja do nadmiernego archaizowania odległych regionów, jak gdyby tamci ludzie byli dzikusami z innej epoki. „Trasa wyprawy wiedzie przez rejony, w których czas zatrzymał się w miejscu” – czytamy w opisie wycieczki jednego z biur. Oczywiście wszyscy jesteśmy sobie współcześni, ale dla Europejczyka zwyczaje cudzoziemców są przestarzałe.

Z kolei wyobrażenia są tym, co kupujemy. Neokolonialny turysta chce zobaczyć to samo, co na ulotce. Nie interesuje go, że mieszkańcy danych regionów czasami odeszli już od tradycji swoich przodków. Nie chce oglądać w afrykańskich domach dzieci korzystających z komórek czy laptopów. Dla niego to, co »dzikie« i egzotyczne, jest atrakcyjne, bo pokrywa się z jego wyobrażeniami o tamtym świecie.

Klient nasz Pan 

Niegdyś kolonializm polegał na dominacji militarnej, dzisiaj turystyczny neokolonializm bazuje na dominacji ekonomicznej. Mimo że okres kolonizacji skończył się na początku lat 60. ubiegłego wieku, to nierówności między północą a południem wciąż istnieją. Turystyka w neokolonialnej formie jest więc swoistą redystrybucją, choć bynajmniej nie w znaczeniu pozytywnym. Mieszkańcy egzotycznych – z naszej perspektywy – regionów odgrywają przypisane im przez nas role, a w zamian bogacze z zachodu przywożą pieniądze. I to wcale niemałe, gdyż turystyka generuje około 10 proc. światowego PKB. W Tajlandii czy na Filipinach ten dział gospodarki odpowiada za piątą część krajowego produktu.

Dominacja ekonomiczna rodzi poczucie niższości względem mieszkańców zachodu. Wyraźne stawianie granicy my–oni jest kwintesencją turystycznego neokolonializmu. Wrażenie przynależności do dwóch różnych rzeczywistości potęguje fakt, że to głównie najbogatsza część zachodniego społeczeństwa wybiera się na wakacje do dalekich krajów.

Turysta odpowiedzialny

Znajomość mechanizmów zachodzących w naszej podświadomości jest już dużym krokiem naprzód. Skoro wszystko zaczyna się w naszych głowach, wszystko może się też w nich skończyć. Zmniejszanie nierówności ekonomicznych to żmudny proces, ale podmiotowość tubylcom możemy oddać już dziś. Traktujmy ich jak gospodarzy, do których przyjeżdżamy w odwiedziny z dalekiego kraju. Spróbujmy wyjazdu na własną rękę, lub przynajmniej ostrożnie dobierajmy biura podróży – są takie, które trzymają się standardów etycznych bardziej niż inne, co najłatwiej ocenić po języku stosowanym w ogłoszeniach.

Optymistycznym akcentem na koniec niech będzie przykład Szerpów. Wśród bogatych turystów mieli reputację taniej siły roboczej. Najczęściej to oni wykonywali najcięższą pracę przy wejściach na himalajskie szczyty, a mimo to zawsze byli pomijani i marginalizowani. Ich zimowe wejście na K2 (czy raczej Czogori) odczarowuje przypisaną im rolę. Odzyskali swoje góry i podmiotowość, co może być inspiracją dla innych ludów zmagających się z problemem marginalizacji we własnym kraju.