Rwanda ścięła wysokie drzewa

Żelazu jest obojętne, czy używasz go, żeby ściąć gałąź, zwierzę czy człowieka Jean Hatzfeld, Sezon maczet

Nigdy nie słyszałem słowa ludobójstwo, kiedy trwały rzezie. Usłyszeliśmy je dopiero z ust zagranicznych dziennikarzy i członków organizacji humanitarnych […]. To prawda: między sobą nigdy go nie wymawialiśmy. Wielu nie znało nawet znaczenia słowa ludobójstwo. […] Ludzie wiedzieli, co mają do roboty, i nie było potrzeby, żeby to nazywać. – J. Hatzfeld, Sezon maczet

Tekst: Zuzanna Łubińska

To, czyli masową rzeź, w której udział wzięli wszyscy mieszkańcy Rwandy. Po studniowej masakrze populacja kraju zmniejszyła się o około 15 proc.. Niektórzy, chcąc dodać sytuacji dramaturgii, nieco zobrazować skalę zbrodni, tworzą nowe wartości skalarne: zgony na sekundę. Szacuje się, że w sto dni w całej Ruandzie zabito około miliona mieszkańców kraju, co daje średnio jedną osobę zabitą co 8,64 sekundy. 80 proc. ofiar zginęło podczas pierwszych sześciu tygodni. Tempo zabijania było większe niż w nazistowskich obozach zagłady.

Zabijano wszystkich. Głównie Tutsi, ale mniej zaangażowanych w krwawe porachunki Hutu również. Odcinano kończyny, gwałcono kobiety, palono domy.

Nie jest łatwo opisać zdarzenia z Rwandy. W kwestii rzezi, zagład, masowych mordów najbezpieczniej jest oddać głos ocalałym. Tylko oni wiedzą, co rzeczywiście miało miejsce podczas dni, których zapewne woleliby nie pamiętać. Francuski reporter, pisarz i korespondent wojenny Jean Hatzfeld podjął się stworzenia serii książek, w których oddaje głos naocznym świadkom ludobójstwa. Autor rozmawia zarówno z ofiarami, jak i katami, co pozwala spojrzeć na sytuacje z szerokiej perspektywy. Co robiono z Tutsi? Wszystko co najgorsze, wszystko czego człowiek, który nie doświadczył ludobójstwa, nawet nie jest sobie w stanie wyobrazić. O tym tragicznym wymiarze abstrakcyjności nie sposób mówić, czytać. Jednak ile razy w historii nieświadomość doprowadziła ludzkość do zakrętu, na którym spotykają się wrogie nacje z maczetami albo cyklonem B? Z pewnością – o każdy jeden raz – zbyt wiele.

źródło: Wikimedia Commons

Pilnie doglądały, by żadna nie umarła bez bólu.

Opisy zbrodni są niejednokrotnie odrażające. Jedna z bohaterek bez bólu wspomina, że była gwałcona długo i brutalnie. Na domiar złego jej dzieci były zmuszone do obserwowania stosunków, które nie sposób nazwać jakimkolwiek współżyciem. Jednak kobieta za moment dodaje, że to i tak nie było najgorsze, co spotykało płeć piękną z plemienia Tutsi. Inne dzieci nie tylko obserwowały – były też zmuszane do trzymania nóg matki w taki sposób, aby gwałciciel miał do niej jak najłatwiejszy dostęp. Wydawać by się mogło, że nie można zadać większego bólu dziecku. W Rwandzie udowodniono, że jest to możliwe. Zdarzało się i tak, że dorastający chłopcy na rozkaz morderców gwałcili swoje matki. Potem ścinano ich, kiedy penetrowali ciało własnej matki. Niektóre kobiety na oczach tłumu musiały jeść swoje noworodki.

Zbrodni dopuszczali się zarówno cywile, jak i wojskowi czy duchowni. Na nikim nie można było polegać. Sąsiedzi z dnia na dzień stali się dla siebie największymi wrogami. Nauczyciele zabijali swoich wychowanków, członkowie rodzin mordowali siebie nawzajem. Bojówki Hutu pozbawiały życia jedynie z powodu – ich zdaniem – nieodpowiedniego stempla w dokumentach. Ludność Tutsi chowała się, gdzie tylko mogła. Standardowo schronieniem wydawał się dom opieki bożej. Jednak ten kraj w 1994 r. Bóg opuścił, albo może patrzył z góry na dwa wrogie sobie plemiona, których podział był stworzony sztucznie przez okupujących Rwandę Belgów kilkadziesiąt lat wcześniej. Nie była to kolejna walka o religię. Była to kolejna walka o rasę, w której Bóg wielowymiarowo nie miał znaczenia.

Jednymi z bardziej znanych antybohaterek rwandyjskiej rzezi są dwie siostry benedyktynki Consolate Mukangango i Julienne Mukabutera. Siostry zajmowały się dostarczaniem benzyny bojówkom Hutu, jednego razu razem z nimi podpaliły budynek, w którym ukrywało się około 500 Tutsi.

To było dla mnie ciekawe, zobaczyć, jak dzieci upadają bezgłośnie. To wyglądało nawet dość zabawnie. […] Teraz zbyt często wraca do mnie wspomnienie tej dwójki dzieci, do których strzelałem jakby dla zabawy.

W drugiej książce z serii reportaży opowiadających o rwandyjskim ludobójstwie autor opisuje relacje morderców. Słucha ich, nie analizuje, przedstawia tylko suche fakty i doznania. Niektórzy z nich nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, czego dokonują. Owładnięci propagandą, byli pewni, że czynią… dobrze? Kolejnym autorem, który stara się przybliżyć szerszej publiczności rwandyjski 1994 r., jest Wojciech Tochman, autor reportażu Dzisiaj narysujemy śmierć. To właśnie w nim obnaża on pozycję Kościoła i duchownych, co niedawno wywołało sporą burzę medialną.  Jednak to nie relacje kościół–śmierć są tam najbardziej poruszające. Najbardziej dotkliwe są jak zwykle wypowiedzi osób, dla których ludobójstwo było rodzajem zabawy, zajęciem nazywanym pracą.

Zabijali od 8 do 17, z krótką przerwą na obiad, zachęcani przez lokalnych dygnitarzy i media.

Czy w trakcie masakry panowały jakiekolwiek zasady? Czy Rwandyjczyków obowiązywały normy prawa? Chciałoby się w tym miejscu napisać, że prawo dotyczy wszystkich, ludzie są wobec niego równi, a w jeszcze większej mierze zostało ono stworzone do obrony najsłabszych i uciśnionych. Niestety w tamtym momencie Rwandyjczykom z plemienia Hutu przyświecały inne zasady…

Zasadą numer jeden było zabijanie. Zasady numer dwa nie było.

Aktualnie otwarcie, mówi się o ludobójstwie jako the crime of crimes – zbrodni nad zbrodniami. Nie zawsze jednak sytuacja była tak klarowna, wiele lat badacze doktryny nie byli w stanie zdefiniować tego, co właściwie działo się podczas masowych rzezi. Zazwyczaj brak definicji, konkretnie określonych przesłanek rozróżniających jedną zbrodnię od drugiej utrudnia jej eliminowanie i pociągnięcie do odpowiedzialności osób, które odpowiedzieć za nią powinny. Przed stworzeniem ogólnej definicji ludobójstwa, do czego przyczynił się polski prawnik Rafał Lemkin, pojęcie to nie było znane. Jesteśmy świadkami zbrodni bez nazwy powiedział Winston Churchill w radiowym przemówieniu, wygłoszonym w świetle masowych egzekucji dokonywanych przez siły niemieckie w ZSRR. Zbrodnia bez nazwy, która jednak sieje większe spustoszenie, niż każda inna nazwana zbrodnia, każde inne zło.

Zło, będziesz moim dobrem

Początkiem do stworzenia definicji ludobójstwa była propozycja wspomnianego już Lemkina zamieszczona w raporcie V Międzynarodowej Konferencji Biura Unifikacji Prawa Krajowego z 1933 r. Propozycja stanowiła aby do katalogu zbrodni międzynarodowych włączyć barbarzyństwo i wandalizm. Pojęcie barbarzyństwa, definiowane jako destrukcyjne czyny przeciwko członkom społeczności rasowych, wyznaniowych lub społecznych a także pojęcie wandalizmu pomogły w ukształtowaniu poszukiwanego zupełnie nowego terminu, jakim jest ludobójstwo. Pojęcie to po raz pierwszy pojawiło się w 1944 r. we wstępie do książki Lemkina pt. Axis Rule in Occupied Europe: Laws of Occupation – Analysis of Government – Proposals for Redress. W swoim dziele naukowiec podkreślił, że choć samo pojęcie ludobójstwa jest nowe, odnosi się ono do praktyk starych jak świat. Masowe mordy są z nami od zawsze i – co niestety należy odważnie przyznać – zapewne zostaną z nami równie długo.

Słowo genocide opisujące ludobójstwo powstało z połączenia greckiego genos i łacińskiego cide, które znaczą kolejno rasa oraz zabijanie. Lemkinowska definicja opiera się tak naprawdę wyłącznie na etymologicznym znaczeniu tego połączenia. Według niego ludobójstwo to destrukcja narodu lub grupy etnicznej. Prosto i klarownie. Taka definicja obowiązuje po dziś dzień. Niepotrzebne jest opisywanie ludobójstwa bardziej dokładnie, gdyż może ono przybrać dowolną formę, a dodawanie do pojęcia przesłanek, które zbrodnia powinna spełniać, aby została uznana za zbrodnię nad zbrodniami tylko niepotrzebnie zawężałoby zbiór jej desygnatów. Tak przedstawiana zbrodnia nie musi być natychmiastowym działaniem, składa się raczej z serii skoordynowanych, starannie zaplanowanych działań, prowadzących do unicestwienia grupy.

Czytałem, że po każdym ludobójstwie historycy wyjaśniają, iż będzie ostatnie. Ponieważ już nikt nie będzie mógł się zgodzić na coś podobnego. To kpina. Ludzie odpowiedzialni za ludobójstwo w Rwandzie to nie jacyś biedni i ciemni rolnicy ani okrutni alkoholicy z interahamwe; to ludzie wykształceni. To profesorowie, politycy, dziennikarze, którzy wyjechali do Europy, by studiować historię Rewolucji Francuskiej i nauki humanistyczne. To ci, którzy podróżowali, których zapraszano na konferencje i którzy przyjmowali białych na kolacji w swych willach. Intelektualiści, którzy mieli biblioteki sięgające sufitu.

źródło: Wikimedia Commons

W książce Lemkin pokusił się o wyróżnienie kilku kategorii ludobójstwa – polityczne, społeczne, kulturalne, ekonomiczne, biologiczne, fizyczne, w sferze religijnej czy moralnej. Z którym z nich miał do czynienia świat w Rwandzie? Żadnym konkretnym i jednocześnie wszystkimi na raz. Powodów do bestialskiej rzezi było wiele. A może żadnego? Nie zabija się miliona ludzi bez powodu padło w filmie Ptaki śpiewają w Kigali. W odpowiedzi bohaterka słyszy, że jest to kwestia bardziej skomplikowana. Jednak, jak słusznie wskazuje w swojej pracy Katarzyna Kuczyńska-Koschany, to w ogóle nie jest skomplikowane. Zabija się milion ludzi bez powodu (Rwanda). Albo półtora miliona (rzeź Ormian). Albo sześć milionów (zagłada Żydów). A potem, przedtem i w trakcie znajduje się powody. Że karaluchy, że światowy spisek, że zagrażają żywotnym siłom mądrzejszych, lepszych, piękniejszych. Na świecie nie ma rzeczy skomplikowanych, są tylko niewystarczająco zdefiniowane, niewystarczająco odkryte.

Od 1948 r. wiadomo już, czym jest ludobójstwo. Pytaniem pozostającym jednak w dalszym ciągu bez odpowiedzi pozostaje, dlaczego do ludobójstwa dochodzi. Powyższą kwestię starał się omówić w swoim referacie The 8 stages of genocide Gregory Stanton, przewodniczący amerykańskiej organizacji Genocide Watch. Autor w swojej pracy wskazał na etapy, w których zbrodnia ludobójstwa przebiega.

Ludobójstwo bowiem zawsze jest zaplanowane.

Pierwszym etapem jest klasyfikacja, która polega na podziale społeczeństwa na określone grupy, którym przypisuje się określone właściwości. W przypadku Rwandy podział między dwoma plemionami od zamierzchłych czasów miał niewiele wspólnego z segregacją rasową. Była to bowiem bardziej segregacja społeczna. Już od XVIII w. podział na rządzących Tutsi i rządzonych Hutu był duży, a przepaść między nimi się pogłębiała. Rządy kolonialne, najpierw niemieckie, a po I wojnie światowej belgijskie, utrwaliły go i to w postaci hermetycznego podziału rasowego. podział na pasterzy – Tutsi, z których wywodzili się władcy oraz elita, a także rolników – Hutu, którzy mieli być ich klientami. Jak zauważa Stanton, klasyfikacja i symbolizacja są naturalne dla społecznych procesów poznawczych. Zauważamy różnice. To normalne. Samo dostrzeganie różniących dwie społeczności cech nie prowadzi do niczego złego, warto jednak mieć na uwadze, że prowadzić może. Do kolejnego stadium dochodzi poprzez dehumanizację, w trakcie której różnice między jedną grupą a drugą prowadzą do pozbawienia którejkolwiek z nich waloru człowieczeństwa. Jedną grupę wznosi się na piedestał wyimaginowanej hierarchii wśród narodów (jak to miało miejsce w przypadku Niemców i rasy aryjskiej) a drugą grupę niemal zrównuje się z błotem, twierdząc, że są ludźmi gorszej kategorii. Badacz zauważa, że skrajnym przypadkiem dehumanizacji jest uznawanie ludzi za zwierzęta.

Kochani słuchacze, otrzymujemy informacje, że niektórzy z was nie dołączyli do swoich braci w walce o wyplenienie tej plagi karaluchów z kraju.

Ludzi z natury charakteryzuje niechęć do przemocy, jednak ta wrodzona niechęć podsycana medialną nagonką i szerzeniem nienawiści wśród mieszkańców może przerodzić się w krwawe rzezie, czyli w rezultacie stać się przyczyną agresji czy przemocy. Kolejnym etapem zbrodni wspominanym przez Stantona jest jej organizacja. Ludzi ciężko wybić gołymi rękoma. Milion ludzi w sto dni – tym bardziej. Dlatego kluczowym etapem jest zaplanowanie ludobójstwa, w którym niestety najczęściej udział bierze władza państwa oraz ludzie, których zdanie się liczy, którzy powinni być przykładem właściwego postępowania, a nie sprawnego posługiwania się maczetą. Często to oni opłacali przywóz broni do Rwandy. Z własnych pieniędzy sponsorowali mordy. W kolejnej fazie – polaryzacji – dokonywany jest otwarty podziału społeczeństwa na dwie grupy: my i wrogowie. Wobec tych drugich, wcześniej porównywanych ze zwierzyną kierowana jest nieustanna propaganda nienawiści, aż do czasu, gdy przedstawiciele my uwierzą, że druga grupa jest im w stanie zagrozić i jedyną opcją, która jest ich w stanie uratować przed zagładą jest… zagłada. Przygotowanie zbrodni polega na izolacji i separacji grup uznawanych za gorsze, często pozbawia się ich dachu nad głową, dobytku i deportuje w inne miejsce. Tutaj przykład wręcz doskonale opisujący ten etap stanowią getta, w których Żydzi byli zmuszani do życia podczas II Wojny Światowej. Etapem poniekąd kluczowym, stanowiącym epicentrum wydarzeń jest eksterminacja. Masowe morderstwa. W tym momencie jedna grupa zabija członków drugiej. Bez znaczenia jak, w ludobójstwie chodzi przecież o zupełne pozbycie się całej rasy, społeczności.

Po rozlewie krwi pora już tylko na etap zaprzeczenia. Kto chciałby pamiętać o tym jak zabijał? Dlatego też obecnie w Rwandzie nie mówi się o Hutu i Tutsi. Nie porusza się tematu ludobójstwa. W Kigali postawiono muzeum i tyle. Temat nadal pozostaje tabu. Oprawcy próbują wyprzeć to ze swojej świadomości, a ofiary wolą nie wracać do czasów, które nazywają polowaniem i skakaniem przez trupy.

Bóg zachował milczenie

Mając świadomość przebiegu zbrodni ludobójstwa oraz tego, do czego prowadzą wszelkie segregacje rasowe, etniczne, wszystkie, należy jeszcze dokładniej przyjrzeć się z czego in rem wynika cały nieludzki proces. W Rwandzie szalę goryczy sukcesywnie wypełnianą od czasów I Wojny Światowej, przelało zestrzelenie 6 kwietnia 1994 r. samolotu z prezydentem Habyarimaną. Kwestia sprawcy zestrzelenia pozostaje w dalszym ciągu otwarta. Popularna interpretacja głosi, że za śmiercią prezydenta stali radykalni działacze Hutu, wydarzenie to stało się bowiem wygodnym pretekstem do rozpoczęcia starannie zaplanowanej akcji ludobójstwa. Mordować zaczęto już godzinę po zamachu.

źródło: Wikimedia Commons

Jednak to nie wojsko narodowe stanowiło pion operacji mordowania Tutsi. W rwandyjskim dramacie swój udział miała zwykła ludność cywilna. Co wynikało zapewne z propagandy na najwyższym poziomie. Duża część mieszkańców Rwandy nie miała dostępu do telewizji, dlatego też ich głównym źródłem informacji pozostawało radio, a dokładniej Radio Tysiąca Wzgórz. Mocno propagandowe radio, w którym audycje nawoływały do mordów.

Dodatkowo spikerzy na antenie wyczytywali adresy, pod którymi mogą ukrywać się Tutsi. Lokalna gazeta wystosowała listę zasad, którymi powinni kierować się Hutu. Otwarta nienawiść była głównym założeniem listy przykazań rwandyjskiego ludobójstwa.

Świat pozaafrykański nie reagował. Skłoniło to przywódcę Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego Paula Kagame do wznowienia wojny domowej (podobno zakończonej rok wcześniej) i skierowania wszelkich dostępnych sił do rwandyjskiej stolicy. Po zaciętych walkach, na początku lipca 1994 r. wojska RPF opanowały Kigali, kładąc kres eksterminacji Tutsi. Hutu bali się odwetu, dlatego uciekli do pobliskich krajów. W ciągu dwóch dni granicę sąsiedniego Zairu (Demokratyczna Republika Konga) przekroczył 1 mln uciekinierów, w tym czołowi działacze odpowiedzialni za zaplanowanie i przeprowadzenie ludobójstwa.

Dlaczego cały świat patrzył, ale nie widział? Obserwował rzeź, wysyłał do Rwandy swoich korespondentów, ale nie chciał pomóc? Nie wiadomo, może ratowanie Rwandyjczyków przed Rwandyjczykami okazło się nieopłacalne.

Dopiero później sytuacja uległa zmianie i społeczność międzynarodowa postanowiła zaangażować się w niwelowanie skutków konfliktu w Rwandzie. Po fakcie. Standardowo. Jednak nawet z takiego rozwiązania powinniśmy być zadowoleni. Powołano bowiem Międzynarodowy Trybunał Karny do spraw Rwandy, przed którym zostało osądzonych 93 osoby, spośród których 61 zostało skazanych, 14 – oczyszczonych z zarzutów, 10 – skierowanych do sądów narodowych, gdzie miały później zostać osądzone, a 3 zmarły w trakcie prowadzenia postępowań. Działalność Międzynarodowego Trybunału Karnego ds. Rwandy rzuciła nowe światło na orzecznictwo dotyczące kwestii ludobójstwa. Po konflikcie w Rwandzie okazało się, że trzeba będzie osądzić ponad sto tysięcy oskarżonych. Prowadziło to do całkowitego paraliżu rwandyjskiego systemu sądownictwa. Dlatego tak istotne okazało się powołanie powyższego Trybunału, który zajął się sprawcami największych masakr. Zakończył on działalność w 2015 r.

Nigdy więcej wojen

Czy w takim razie można uznać, że po 2015 r. świat uporał się z ludobójstwem i osądzeniem sprawców tragedii, którzy przez lata unikali wymiaru sprawiedliwości? Wszyscy chcieliby móc wypowiedzieć słowa nigdy więcej. Nigdy więcej wojen. Napis widniejący na Westerplatte miał uzmysławiać ludziom, że to co przeżyli w żadnym wypadku nie zasługuje na powtórkę i należy zrobić wszyscy co w naszej mocy, aby do niej nie dopuścić. Jednak często okazuje się, że hasła są tylko nic nieznaczącym rzucanym w eter życzeniem. Po II Wojnie Światowej ludzkość przeżyła szok. To, do czego doprowadziła nienawiść, pielęgnowana i podsycana, jawiło się jako niewyobrażalne. Gdyby nie miało miejsca, żaden twórca nie byłby w stanie wymyślić świata choć w ułamku tak złego jak ten dwudziestowiecznych Żydów. Jednak dramat, obserwowany przez świat nie wystarczyłby powstrzymać ludzi przed kolejnymi atakami agresji. Gdzieindziej, dalej, może trochę inaczej. Brutalniej lub mniej. Ale wciąż.

Czy dożyjemy czasów, w których człowiek naprawdę stanie się człowiekiem, a przestanie być rasą, religią, kolorem skóry czy orientacją seksualną? Każda różnica wystarczająco egzaltowana może doprowadzić do ludobójstw na miarę tych w Rwandzie. Ludzi powinniśmy akceptować, nie segregować, nie nazywać ich ideologią, czy karaluchami. Wszystko po to, żeby za kilka lat nie kojarzyć Polski z podobną rzezią.