Iluzja dydaktyki czy dydaktyka iluzji?

Proszę Państwa, podstawą oceny będzie test jednokrotnego wyboru w sesji, bez punktów ujemnych, wszystkie prezentacje będą państwu udostępniane – bardzo często słyszany frazes. Chociaż sam niegroźny w większym świetle jest całością katastrofy polskiej oświaty.

Wojciech Godlewski

Nie chcę robić państwu na złość

Utrudnianie studentom zaliczenia przedmiotu, to utrudnianie życia samemu sobie – trzeba układać egzamin na drugi termin, a być może wtedy student skorzysta z jeszcze innych opcji (jak na przykład egzamin komisyjny). Do tego dochodzą systemy oceniania wykładowców, a studenci często są zniechęceni, kiedy zaliczenie np. u Kowalskiego jest trudne.

Kowalski zrobi więc prosty test jednokrotnego wyboru, zorganizuje zerówkę i obleje tylko tych, którzy się na żadnym terminie nie pojawili. Studenci będą zadowoleni i powiedzą, że Kowalski jest fajny, nie trzeba chodzić na zajęcia, a piątka „wleci” sama. Kowalski za to będzie zadowolony, bo będzie miał pewność, że studenci go wybiorą na przyszłe semestry.

Im trudniej się dostać, tym trudniej wylecieć

Często słyszy się, że, niezależnie od uczelni, im trudniej się dostać na jakiś wydział, tym też trudniej się z niego wydostać. Stoi za tym rzeczywiście pewna logika – uczelnie, takie jak Uniwersytet Warszawski, Szkoła Główna Handlowa czy Politechnika Warszawska mogą się pochwalić tym, że idą tam najlepsi z najlepszych – można o tym przeczytać w broszurkach informacyjnych.

Matury zdają oni zapewne na 80 proc., a nawet więcej, z trzech, a często z czterech przedmiotów rozszerzonych. Taki człowiek idzie na uczelnię wyższą nie po to, żeby bumelować, a żeby się rozwijać i zdobywać więcej. A skoro tak, to czemu mu to utrudniać? Przecież nie każdemu musi podpasować przedmiot prowadzony przez Kowalskiego, może chcieć się rozwijać w nieco innym kierunku.

Rodzynki w serniku

Zdarzają się jednak wykładowcy, którzy mają ambicje większe niż wypełnienie pensum. Chcą oni w młode umysły wpoić pewną wiedzę, postawę krytycyzmu. Można od starszych kolegów usłyszeć, że Nowak jest opcją ambitną. Wynika z tego, że u Nowaka można się dużo nauczyć, ale za to trudno jest zdać.

Każdy medal ma dwie strony – orła i reszkę. Orłem Nowaka jest fakt, że można się dużo nauczyć, że podnosi poziom kształcenia – studenci w dużej części zdają się to doceniać. Jednak odwracamy orła i ukazuję się reszka – nominał raptem 1 złotówki, ponieważ często studenci ponoszą tego wysokie koszty, takie jak egzaminy ze skrajnie niską zdawalnością czy brak podejścia partnerskiego do studenta – a przecież na uczelni nie chcemy być dziećmi w ławkach, tylko dorosłymi partnerami do rozmów.

Procedury…

Obraz sytuacji robi się jeszcze bardziej tajemniczy, kiedy do skomplikowanego równania dodamy kolejną zmienną – a raczej kolejny fakt: wykładowcy są zobowiązani realizować już określony sylabus. Mogą oczywiście zmieniać kolejność tematu, większy nacisk kłaść na kwestie, które uważają za ważniejsze czy też dodać lub rozwinąć jakiś temat. Ponadto każdy przedmiot ma przypisaną liczbę punktów ECTS, które też są dla prowadzącego sugestią co do ilości wymaganego materiału czy trudności zaliczenia.

Skąd więc tak skrajnie różne postawy wykładowców? Z jednej strony jest Nowak, który od studentów wymaga godzin spędzonych nad książkami, robi częste kartkówki i bardzo trudne kolokwium, a z drugiej strony Kowalski, który swoje sylabusowe 30 godzin przesiedzi czytając slajdy, a egzamin przygotuje taki sam, jak 20 lat temu.

Czy celem przedmiotu jest jego zdanie?

Dochodzimy do kolejnego paradoksu polskiej oświaty. Zadajmy sobie pytanie: po co się zapisujemy na określony przedmiot? Można tutaj napisać wiele – w większości banalnych i już niejeden raz wypowiedzianych – odpowiedzi: bo tak każe program i plan studiów, bo tak wszyscy robią, bo chcę go zdać. A o czym mogą rozmawiać wykładowcy, kiedy się spotkają? Dobitnie uświadomiła nas o tym afera na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym – o egzaminach. Na pewnym etapie studiów zarówno student, jak i prowadzący przestają stawać na głowie, byleby tylko zajęcia były ciekawe – każdego interesuje tylko sposób zaliczenia przedmiotu.

Sam fakt istnienie instytucji zaliczenia przedmiotu nie jest niczym złym. Jednak sytuacją patologiczną jest taka, gdzie środek do osiągnięcia większego celu sam staje się celem. Według wielu studia powinny być okresem, gdzie kształtujemy własną wartość, pogłębiamy wiedzę czy zwyczajnie mówiąc – rozwijamy się. Jeszcze przed rekrutacją na studia prawie każdy ma w głowie, że będę studiował X, bo mnie to interesuje. Studia jednak zmieniają to myślenie na: Studiuję X, żeby to zdać.

A co jest celem zdania?

A teraz przenieśmy się w przyszłość – przeszliśmy studia. Za nami jest licencjat, za nami jest magisterium – pozostało tylko oddać się pracy zawodowej. Można wprawdzie zostać na uczelni i starać się obronić rozprawę doktorską, jednak to dzieje się dość rzadko. Po najczęściej pięciu latach spędzonych na uczelni wychodzimy z niej i zaczynamy (oby dobrze płatną) pracę.

Po wielu miesiącach pracy część z absolwentów zechce z rozrzewnieniem spojrzeć na lata spędzone na uczelni i zadać sobie pytanie, co właściwie z tej uczelni wynieśli. Najczęściej będą to wspomnienia życia studenckiego (no, chyba że większość okresu studiów przypadnie na pandemię groźnego wirusa). Zapewne pojawią się różne wspomnienia z kół i innych organizacji studenckich, być może z samorządu studenckiego. Gdzie jednak będą wspomnienia z zajęć, z których powinniśmy przecież wynieść naprawdę sporo do przyszłej pracy zawodowej?

Uniwersytet Kursowy

Niestety obecnie nie widzimy uniwersytetu jako całości, która ma nam przekazać pewną wiedzę, dzięki której zdobędziemy potrzebne nam umiejętności. Widzimy uczelnię jako zbiór różnych zajęć, nieraz nazywanych kursami. Odbębniamy kurs po kursie, modląc się w duszy o egzamin możliwy do zdania.

Uczenie się, żeby zdać, zdawanie, jako cel sam w sobie, brak pełnego spojrzenia na dany kierunek, a zamiast tego skupianie się prowadzących tylko na swoim przedmiocie i brak ciągłości między przedmiotami, skutkujący również wielokrotnym powtarzaniem się treści – to tylko niektóre z chorób męczących polskie szkolnictwo wyższe. Mało groźne i śmieszne w krótkim okresie, w długim okresie mogą pogrzebać szanse na to, że najlepsze polskie uczelnie znajdą się w czołówce uczelni europejskich czy też światowych.

Lekarstwo…

Medycyna uczy nas, że kluczowa dla dobrego przebiegu leczenia jest trafna i nieopóźniona diagnoza. Czyli wystarczy znaleźć jakiś specyfik, być może antybiotyk, który zastosowany przyniesie pożądane skutki, jakim będzie znalezienie się – na razie bądźmy spokojni i mało ambitni – w pierwszej dwusetce rankingu szanghajskiego, jednego z najbardziej prestiżowych rankingów uczelni wyższych na świecie.

Jednak problemy te są bardzo skomplikowane i nie wydaje się, żeby dało się je rozwiązać w prosty sposób – niczym zamachem siekierą. Weźmy chociażby pod uwagę skrajne różnice w prowadzeniu zajęć z jednego przedmiotu przez wykładowców – przecież teoretycznie istnieje sylabus, który miałby być lekarstwem na takie działania – jednak w praktyce nie jest.

…czy może terapia?

Jak więc widać, nie ma co fundować uczelniom jednolitego aktu prawnego i liczyć na poprawę. Wracając do nomenklatury medycznej, należy raczej uczelniom zafundować terapie. Te mają to do siebie, że są raczej długotrwałe i ich skutki widoczne są po upływie czasu. W tym przypadku – zapewne po upływie wielu, pewnie ponad 10 lat.

Jaka może być forma takiej terapii? Pierwsze, co przychodzi do głowy, to pewnie zmiana podejścia wykładowców. Uświadomienie im, że z jednej strony są odpowiedzialni za kształtowanie przyszłości swojego kraju, zapewne nieraz ludzi określanych mianem elit, którzy będą sprawować ważne funkcje czy to w administracji publicznej, organizacjach pozarządowych, czy szeroko pojętym sektorze biznesowym. Z drugiej zaś strony to właśnie dla tych studentów są oni na uczelni obecni. Stawianie nieziemskich wymagań, organizowanie egzaminów, których zdanie graniczy z cudem czy podejście na zasadzie feudalnej do niczego nie prowadzi.

Memento

Częścią terapii powinno być też memento skierowane do osób, które interesariuszami uczelni są w największym stopniu – studentów. W końcu wiele uczelni, wprowadzając system wyboru wykładowców przez studentów, a często wręcz wyboru przedmiotów i ich prowadzących przez studentów, zezwala tej grupie na kształtowanie – w mniejszym lub większym stopniu – swojego własnego programu studiów. To od studentów przecież zależy czy wybiorą wykładowcę „olewającego”, czy „ambitnego”.

Rodzi się tutaj pytanie, które już raz zadaliśmy: po co idziemy na studia? Żeby zdobyć dyplom czy żeby zdobyć wiedzę? Żeby mieć papier czy doświadczenie? Prawidłowa – o ile w ogóle o takiej można mówić – odpowiedź na to pytanie zapewne zawierałaby te wszystkie elementy. Jednak w trakcie studiów coraz większy nacisk kładzie się na aspekt „papierka”, dzięki czemu nie wybieramy „opcji ambitnych”, a „opcje lajtowe”. Nie ma oczywiście nic złego w tym, że ktoś wie, że z przedmiotu X nie będzie sobie radził dobrze, więc weźmie mniej wymagającego prowadzącego, rekompensując to tym, że z przedmiotem Y wiąże swoją przyszłość i z tego przedmiotu weźmie wykładowcę o lepszej renomie. Jednak smutna staje się opowieść studenta, którzy bierze sobie tylko najłatwiejszych wykładowców, żeby się przez studia prześlizgnąć i dostać papierek – a przynajmniej nie wróży ona dobrze dla polskich uczelni.