Dystopie – literatura a rzeczywistość

Powieść dystopijna jest gatunkiem od wielu lat sukcesywnie podbijającym rynek wydawniczy. Koncepcje dystopijnych rzeczywistości, a przede wszystkim różnych form rządów, stają się coraz bardziej różnorodne. Czy jest to kwestia obecnie panującego trendu, który wylansował pesymistyczne realia jako bardziej sensacyjne, a może warto szukać dokładniejszych przyczyn?

Tekst: Antonina Steffen
Grafika: Martyna Borodziuk

 Rok 2020 przez wielu może być uznawany jako personifikacja huraganu Katrina, ewentualnie wezuwiańskiego wybuchu w Pompejach albo ramówki radiowej Trójki po czystkach. Długo można by wymieniać skojarzenia, jednak ich mianownik jest wspólny – katastrofalny, czy idąc dalej, nawet apokaliptyczny. Kolejno następujące po sobie pożary lasów w Australii, a potem wszystkie przykre skutki pandemii COVID-19, z rozruchami politycznymi, rodzaju jesiennych protestów, w roli wisienki na torcie, dość groteskowo postanowiły zgrać się w czasie. Scenariusz przypomina owoc współpracy Larsa von Triera z Patrykiem Vegą, soundtrack – raz Zimmera, a raz Rogala DDL. Gdy zaczęliśmy spędzać więcej czasu w domach, jedną z niewielu dostępnych rozrywek stało się sianie defetyzmu w internecie i rozdmuchiwanie tematu do rozmiarów gargantuicznych, a ekran komputera przestał być najlepszym przyjacielem. Rozpoczęła się żonglerka pojęciami takimi jak koniec świata, apokalipsa, eksodus i podobne, równie bezmyślna i machinalna, jak każdy inny motyw podchwytywany przez znudzonych, internetowych kaznodziejów. Zaobserwować można było rozpiętość form od tych humorystycznych pod postacią memów, do nawoływań czy spekulacji już bardziej na serio. Internetowym śmieszkom nie ma co się dziwić – los naprawdę w dość groteskowy sposób postanowił wiele chaotycznych zdarzeń upchnąć na bardzo wąskiej przestrzeni czasu Może nikt nie zrobił tego na tak wysokim poziomie, jakbym sobie tego potencjalnie życzyła, ale ten bachtinowski karnawał prosił się o skomentowanie. Ale ja tego nie zrobię, może podejmie się tego ktoś zabawniejszy. Skupię się na pesymistycznych wizjach o bardziej uniwersalnym wymiarze.

Antyutopia czy dystopia?

Moda na sianie defetyzmu, na o wiele wyższym poziomie i w nieco bardziej uzasadnionych intencjach, trwa w istocie o wiele dłużej i zbędne dla niej było pojawienie się koronawirusa. Rosnący w literaturze trend powieści dystopijnej od paru lat przybiera coraz to ciekawsze formy, acz trudno tu wskazać konkretnego i jednorodnego pioniera tej mody, która regularnie znajduje swoich kontynuatorów. Z całą pewnością nie należy podczas tych rozważań ignorować jednej z najchętniej wybieranych przez współczesnych czytelników powieści minionego wieku, Roku 1984 Orwella. Przez wielu określana jako antyutopijna, powinna się raczej jawić w kategoriach dystopii. Zanim przejdziemy dalej, niezbędna jest właściwa dystynkcja między tymi dwoma terminami. 

Określenia dystopii i antyutopii uznaje się za tożsame i tak prezentowane są w większości słowników. Jednak o ile antyutopia faktycznie może być uznawana za odwrotność utopii, gdzie zło-byt zastępuje utopijny dobrobyt, a rzeczywistość jest możliwie najgorszą i najtrudniejszą, tak w przypadku dystopii sprawa wymaga szerszego doprecyzowania. Rzeczywistość dystopijna, prócz immanentnej jak najgorszej wizji, zawiera pierwiastek aktualności, punkt odniesienia do realiów autorowi równoległych i często posiada w sobie rdzeń zbiorowego niepokoju. Ponadto nie jest ona efektem odgórnego ułożenia się świata w ten sposób, by był on jak najbardziej dysfunkcyjny i pełen cierpienia.

Nieszczęśliwość dystopijnych bohaterów nie wynika ze świata jako takiego, ale jest efektem pozornie pozytywnych intencji. Tą intencją jest jak najbardziej pomyślna organizacja państwa, nastawiona na maksymalizację korzyści i spełnienie określonych celów. To państwo jest tu nośnikiem pragnień i przynoszących zysk zamiarów, które doprowadzają do katastrofalnych skutków. Państwo jako suweren jest dagerotypem zarówno pragnień, jak i obaw swoich obywateli.

Trudno dokonać przeglądowej, rzetelnej analizy porównawczej, choćby tych najważniejszych dzieł literatury europejskiej minionych lat. Dywersyfikacja wśród tych powieści i wielość intencji, w których były one pisane utrudniają znalezienie jakiegoś wspólnego mianownika, bo, jak doskonale wiemy, może być źle na mnóstwo sposobów i z mnóstwa powodów. Z całą pewnością, hipotetycznych negatywnych scenariuszy jest o wiele więcej niż tych pozytywnych. Zresztą, kto by w XXI w. chciał czytać książki o szczęśliwych ludziach.

Kobiecymi oczami

To, czego faktycznie warto szukać w zalążku każdej powieści, która choćby ocierała się o realia dystopijne, to wspomniana obawa. To nią i strachem jesteśmy karmieni ze wszystkich stron, jest to główna materia serwowana nam przez media, które wykształciły terror trzymania ręki non stop na pulsie. Z drugiej strony, trudno nazywać ten stres nieuzasadnionym, a różnorodność jego form tłumaczy różnorodność dzieł, które zalewają rynek literacki. Poza oczywistymi kopiami kopii i sci-fi, będącymi zwykłym zastrzykiem łatwo przyswajalnej fabuły, między kolejnym serialem na Netfliksie a rozhisteryzowanymi powiastkami fan fiction z Wattpada, nietrudno znaleźć ciekawe okazy powieści-świadectw i zręcznych projekcji kolektywnej psychiki. Zawieszona między tymi dwoma biegunami jest w pewien sposób Opowieść podręcznej Margaret Atwood. Napisana w 1985 r. powieść przeżyła swój renesans w ostatniej dekadzie, z dwoma punktami kulminacyjnymi. Pierwszy umożliwiła potęga małego ekranu, dzięki głośnemu serialowi HBO o tymże tytule. Za kolejny można uznać 2017 r., kiedy to Atwood skorzystała na wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich (autorka chętnie udzielała wywiadów, w których naginała treść powieści do sytuacji politycznej, aby uczynić ją bardziej aktualną i poczytną, a dziennikarze w mig ten motyw podchwycili, porównując następnie trumpowską administrację do rządzących Gileadem). Książka, która naprawdę ma zachować aktualność, oczywiście takich zabiegów (zwłaszcza ze strony autora) potrzebować nie będzie. Nie zmienia to faktu, że Atwood uwikłała społeczne nastroje i być może również swoje obawy, dotyczące religijnego fundamentalizmu w Stanach naprawdę zręcznie. Finalnie powieść posłużyła w pewien sposób jako karta w laickiej debacie społeczno-politycznej – trochę za źródło rozrywki, a trochę jako straszak. 

Subtelniej, a jednocześnie bardziej wnikliwie posłużyła się gatunkiem dystopii Lidia Ravera, włoska prozaiczka, silnie zainteresowana dyskursem feministycznym. W 2015 r. ukazała się jej powieść Gli scaduti (Tytuł przetłumaczyć można jako Upadli, niestety książka ta, jak żadna z dotychczas wydanych przez autorkę, nie doczekała się polskiego przekładu). Wydarzenia rozgrywają się w futurystycznej rzeczywistości, zdominowanej przez autorytarne rządy niejakiego lidera Massima. W świecie Ravery ludzie po 60. roku życia zostają wysłani na przymusową emeryturę do zamkniętych ośrodków. Nie mają możliwości kontaktu ze swoimi bliskimi i zostają rozdzieleni – kobiety osobno, mężczyźni osobno, co tyczy się również małżeństw. Ponadto określony jest wiek, do którego kobieta powinna zajść w ciążę, a po jego przekroczeniu jest regularnie badana lub też sztucznie zapładniana. Konstruując dystopijny świat, którego protagonistka jest kobietą w podeszłym wieku – ale nie niedołężną staruszką, a osobą silną i dobrze sytuowaną, Ravera wybiera się w rzadko uczęszczane rewiry, w których problematyka starości gra pierwsze skrzypce. Nie jest jednak już trywializowana, romantyzowana i oddalona od odbiorcy. Mamy do czynienia z realną starością oraz z realnymi obawami, które mogą jej dotyczyć. Czy starsze pokolenia powinny ustąpić miejsca młodym? Kiedy powinny to zrobić? Starość jawi się jako coś zabronionego, dołującego i wymagającego ukrycia, a przede wszystkim hamującego rozwój społeczny. To słodko-gorzka narracja, przyprawiona o autorski niepokój w pełni dojrzałej i świadomej autorki. Mam nadzieję, że kiedyś polskiemu czytelnikowi będzie dane poznać dokładniej twórczość Ravery.

Konsekwencje uległości

Zostając w europejskich kręgach, trudno nie wspomnieć o jednej z najgłośniejszych książek ostatnich lat, która równocześnie mogłaby ubiegać się o wyróżnienie za najbardziej drastyczny zbieg okoliczności w historii literatury współczesnej (albo i literatury w ogóle). W dzień zamachu na redakcję Charlie Hebdo, 7 stycznia 2015 r. została wydana powieść Michela Houellbecqua Uległość. Jest to wizja Francji pod panowaniem muzułmańskiej partii, która w szybkim tempie rekonstruuje francuski ustrój w duchu skrajnie ortodoksyjnego islamu. Houellebecq – ironiczny erotoman, którego wielokrotne zarzuty o seksizm i ksenofobię, a jednocześnie rosnący autorytet jako wnikliwego komentatora europejskiej kondycji społecznej, uplasowały na liście jednych z najbardziej poczytnych współczesnych autorów. Trudno o bardziej antagonistyczne wrażenia podczas lektury – z jednej strony człowiek chce i czyta dalej, a z drugiej nie może oprzeć się nawracającym pokusom wyrzucenia książki za okno. Tytułowa uległość protagonisty – wykładowcy uniwersyteckiego, nieinteresującego się prawie wcale sytuacją społeczno-polityczną, który swojej depresji i apatii nie jest w stanie już uśmierzyć ani seksem, ani jedzeniem – rodzi akceptację a nawet umiarkowane zainteresowanie w stosunku do świata, w którym niemalże z dnia na dzień przychodzi mu się odnaleźć. Nie chcąc zdradzać żadnych fabularnych szczegółów, potrzebnych do bardziej złożonej analizy tej osobliwej książki, wspomnę jedynie, że warto się nią zainteresować. Nie tylko ze względu na towarzyszący jej rozgłos, ale dwie dość istotne sprawy, które „nadają spinu” dystopijnym realiom. Są to przede wszystkim choroba społecznej bierności oraz apatii i religijny fundamentalizm (w żadnym wypadku, mówiąc o nim, nie mam na myśli żadnej konkretnej religii). Chociaż nie stawiam się jednoznacznie w obozie obrońców Houelbecqua, to w mojej opinii właśnie przed uniwersalnym wymiarem obecności religijnej ortodoksji w strukturze politycznej państwa autor próbuje przestrzec czytelnika.

Obawy Polaków

Na coraz różniejsze i ciekawsze sposoby podejmują temat polscy autorzy. W 2009 r. Europejską Nagrodę Literacką zgarnął Jacek Dukaj za mieszankę alternatywnej historii z sci-fi – powieść Lód. Choć trudno jednoznacznie określić Lód jako dystopię, jej elementy w dukajowej Rosji, skutej przez ruchome bryły lodu “lute” na pewno znajdziemy. Głośno na polskiej scenie wydawniczej zrobiło się również w 2017 r., za sprawą wielokrotnego zdobywcy Nagrody Nike, Ignacego Karpowicza i jego Miłości. Chwilami retrofuturystyczną a czasami wyłącznie futurystyczną, ale z całą pewnością dystopijną powieść zalała fala krytyki. Zarzucono jej niespójność, mętność i bycie miernie pozszywanym patchworkiem. Ja patchwork ten uznałam za wykonany wprawdzie nie w pełni wprawnie, ale jednak taki, który ze względu na jego urok i niepowtarzalny charakter z chęcią położyłabym na kanapie. Fakt, może krawcem Karpowicz zostać nie powinien, ale rdzeń, podszewka, którą uczynił autor problem homofobii, została przedstawiona mistrzowsko, unikając banału. Słodko-gorzkie i subtelne ekscesy bohaterów Karpowicza w przykrej rzeczywistości wiecznej inwigilacji, niepewności, ogołoconej z uczuć i możliwości wyrażania własnej autonomii, wszystko przerywane przez liczne wewnętrzne monologi stanowią na tyle ciekawą materię do rozważań, że można wybaczyć nieliczne zgrzyty. Jeszcze inaczej do dystopijnych realiów podeszli Mariusz Sieniewicz w Rebelii (kolejne zderzenie z problematyką starości) czy autor jednej z najlepszych polskich dystopii – Blasku – Eustachy Rylski.

Biopolityczne wycieczki

Gdybyśmy mogli podać wspólne mianowniki dla wszystkich powieści, które wymieniłam, jako pierwszy zapewne padłby reżim. Tym, co odróżnia tę konkretną formę rządów od innych, z jakimi możemy spotkać się w literaturze, jest coraz większe natężenie redukcji podmiotowości. Obserwujemy konkretnych bohaterów, którzy zabiegają o to, by swoje „ja” móc w jak największej mierze zachować, ale z perspektywy władzy są już nawet nie elementem systemu, ale częścią masy poruszanej przez rządzących. 17 marca 1976 r., podczas swojego wykładu w College de France, Michel Foucault po raz pierwszy nakreślił termin biopolityki i biowładzy (wykład kończący zbiór, wydany pod tytułem Trzeba bronić społeczeństwa). To model władzy, który odszedł już nawet od polityki ciał, a stał się polityką gatunku. O ile polityka ciał, o której można było mówić jeszcze na początku XVIII w. była polityką dyscyplinującą, już nastawiona na „kazanie żyć i pozwalanie umierać”, ale jeszcze odnosząca się do ciał konkretnych, tak już na początku wieku kolejnego rozkwit przeżywała władza żywymi jako masą. Zmiany systemowe, przez które przeszło społeczeństwo zachodnie jak rozpędzona śnieżna kula nie tylko nabrały rozmiaru, ale też prędkości, co najdobitniej uwidoczniła Europa od momentu upadku muru. Nie mam zamiaru insynuować, byśmy fikcję literacką mieli traktować w pełni jako groźby, jednak głupotą byłoby uważać, że coraz częstsze kreowanie rzeczywistości w takiej narracji było jedynie efektem mody i pragnienia poczytności. Dlatego też w ramach podsumowania postawmy na końcu tytułu, którym opatrzone zostały wspomniane wykłady w College de France, znak zapytania. Czy Trzeba bronić społeczeństwa? Owszem, społeczeństwa trzeba bronić, a bronić go trzeba przede wszystkim przed nim samym, ponieważ za wszystkie dystopijne wycieczki jesteśmy odpowiedzialni my. To nie COVID-19, pożary czy wybuchy wulkanów stanowią największe zagrożenie. Wszystkie tragedie oraz niepowodzenia zwykliśmy traktować bardzo jednostkowo, nadając im konkretne nazwiska. Hitler, Salazar czy Trump nie byli jedynie kreacjami. Hegemonowie, despoci, narwańcy nie spadają z księżyca, a nawet, gdyby tak było, nie byliby w stanie zmienić wiele, póki nie trafiliby na podatny grunt. Grunt, który mógłby być prologiem każdej z tych powieści, o których mogłam krótko opowiedzieć.