Zamieszkać w ogrodzie

Przywilej życia w bezpośrednim otoczeniu przyrody w dzisiejszych warunkach rynku mieszkaniowego mają tak naprawdę dwie skrajne grupy społeczne – bogacze i bezdomni. Co jednak, gdyby przywilej ten dostali wszyscy? Odpowiedzi na to pytanie 120 lat temu próbował udzielić brytyjski planista – Ebenezer Howard.

Tekst: Maciej Cierniak

Howard urodził się i wychował w drugiej połowie XIX wieku w Londynie – największym w owych czasach przemysłowym molochu świata. Po odbyciu starannej edukacji pracował przez jakiś czas w brytyjskich urzędach, jednak wkrótce młodzieńczy zapał do przygody wypchnął go do Ameryki – zamieszkał na farmie w stanie Kansas, gdzie próbował swoich sił jako rolnik. Wiejskie życie nie przypadło mu do gustu, więc przeprowadził się do Chicago, gdzie obserwował podnoszenie się miasta z pyłów wielkiego pożaru – wzrost wzwyż i wszerz.

Ta rzecz przyciąga jak magnes

Te dwa, jakże skrajne doświadczenia, doprowadziły go do stworzenia koncepcji dwóch magnesów: siły przyciągania do miasta i siły przyciągania na wieś. Do miasta ludzi miały ściągać między innymi: wachlarz dostępnego zatrudnienia, poczucie wspólnoty w gęsto zaludnionych dzielnicach oraz dostępność usług publicznych, takich jak szkolnictwo, urzędy czy szpitale (pomijając fakt, dla jakich grup społecznych te usługi były w tamtych czasach faktycznie dostępne). Natomiast wieś miała wabić ludzi spokojem, czystym powietrzem i dostępną dla każdego przestrzenią, której tak brakowało w miastach. Każdy z magnesów miał jednak także swoją siłę odpychającą – miasta gorszyły slumsami, zasiedlonymi przez najbiedniejszą część ludności,  jak również wszechobecnym brudem, tłokiem, brakiem zieleni i wysokimi cenami. Wieś zaś niszczyła marzenia młodszych i starszych mieszkańców, skazując ich na długie dojazdy do miasta koleją albo na pracę w miejscu zamieszkania lub skrajnie – na permanentne bezrobocie. Brytyjski kancelista na emigracji w USA wpadł więc na pomysł stworzenia trzeciego magnesu – stanu pośredniego między wsią a miastem, łączącego zalety i eliminującego ich wady. Przede wszystkim w założeniu ten trzeci – sprzęgający magnes miał być egalitarny. Spółdzielczy typ własności miał nie pozwolić na rozwarstwianie się społeczeństwa, jednocześnie dając każdemu równy dostęp do wszystkich zalet miasta-satelity.

Takie osiedla z definicji miały być samowystarczalne, zmuszając do podróży do centrum metropolii jedynie w najważniejszych – urzędowych, edukacyjnych czy kulturalnych sprawach. A więc każde z nich powinno zawierać szkoły podstawowe, sklepy i miejsca rekreacji. Egalitarność osiedli miała się także objawiać konstrukcją domów – wielorodzinnych, ale z przypisanym do każdego ogródkiem warzywnym, mającym zaspokajać podstawowe potrzeby żywieniowe. Sztywno określone zostały też takie kwestie jak liczba mieszkańców poszczególnych ośrodków oraz koncentryczny (skupiający geometryczne kształty na kolistym planie) układ ulic. Równie istotnym elementem założenia była dostępność transportu zbiorowego, jako że ten indywidualny w czasach Howarda dopiero raczkował, a od pierwszego wydania opisującej ideę książki To-Morrow: A Peaceful Path to Real Reform do wypuszczenia z taśmy pierwszego egzemplarza Forda T miało minąć jeszcze dziesięć lat. Na poniższej grafice widać doskonale, jak Howard wyobrażał sobie ogólny plan osiedli, które nazwał miastami-ogrodami.

Wizja miasta-ogrodu (Wikimedia Commons)

W praktyce

Za życia autora koncepcji powstały jedynie trzy miasta, spełniające rygorystyczne wytyczne: Letchworth, Brentham i Welwyn, na przedmieściach Londynu. Starając się o sfinansowanie inwestycji, Howard musiał zmierzyć się z niechęcią potencjalnych udziałowców, wśród których ostatecznie o dziwo zabrakło przedstawicieli czołowych brytyjskich organizacji spółdzielczych. W końcu, ze względu na pieniądze wyłożone przez inwestorów, oczekujących na duże zwroty z włożonego kapitału, musiał pogodzić się z faktem, że nie wszystkie postulaty zostaną spełnione. A w zasadzie z bólem został zmuszony do zrezygnowania z najważniejszych – spółdzielczości i egalitarności, wdrażanej za pomocą niskich, stałych cen wynajmu.

Ostatecznie w Letchworth zamieszkała średnia klasa robotnicza, a najbiedniejsi obeszli się smakiem, wciąż tłocząc się w ciasnych kamienicach Londynu. Kompromisowi trzeba było poddać także koncentryczny układ ulic. Wszystko to upodobniło howardowskie miasta-ogrody do właściwie każdego innego podlondyńskiego miasteczka. Wyróżniały się w zasadzie jedynie konstrukcją poszczególnych budynków i separacją terenów mieszkalnych od usługowych. Resztę życia Howard spędził więc pracując znów jako kancelista i w wolnym czasie teoretyzując na temat utopii idealnego miasta.

Nie wszystko stracone?

Zjednoczone Królestwo doczekało się w końcu prawie że pełnej realizacji pomysłu Howarda, ponad trzydzieści lat po jego śmierci. Kiedy w latach 60. tłumy imigrantów z dawnych kolonii zaczęły zalewać wielkie metropolie – Londyn i Birmingham, rząd postanowił rozładować problem szybko przeludniających się miast i gdzieś na neutralnym gruncie centralnej Anglii zbudować idealne miasto. Na lokalizację wybrano okolicę położonej w równej odległości od Londynu, Birmingham, Leicester i Cambridge miejscowości Bletchley, znanej entuzjastom kryptologii i informatyki jako miejsce pracy Alana Turinga. Urbaniści nie musieli jednak łamać szyfru Enigmy, żeby zaprojektować układ przestrzenny nowego osiedla – wystarczyło sięgnąć po projekty trochę już zapomnianego kancelisty. Budowane praktycznie od zera miasto nazwano Milton Keynes.

Nazwa ewidentnie pochodzi od starych wsi w okolicy, ale została objaśniona przez ówczesnego ministra pracy jako “idealna fuzja poety-Miltona i ekonomisty-Keynesa – planowanie z gospodarczym poczuciem sensu, a zarazem z idealizmem”. Założenie zaprojektowane zostało na bazie prostokątnych grid squares o boku około 1 km, na wzór nowojorskich. W przeciwieństwie do amerykańskiego behemota zrezygnowano jednak ze strzelistych budynków – dopuszczalną wysokość poza ścisłym centrum ograniczono do trzech kondygnacji. Także skrzyżowania głównych magistral nie przypominają tych znanych z Wielkiego Jabłka, zostały bowiem prawie w stu procentach zastąpione rondami. W ramach każdego ze square’ów dopuszczono odmienną architekturę, wypełnienie siatką ulic i różne rodzaje skrzyżowań. Dzięki temu każda dzielnica ma swój unikalny charakter – niektóre jako żywo udają klasyczne przedmieścia Londynu ze swymi szeregówkami, podczas gdy inne bardziej budzą skojarzenia z suburbiami amerykańskich metropolii, z niskimi domkami jednorodzinnymi. W ramach każdego dystryktu znaleźć można wszystkie potrzebne człowiekowi na co dzień usługi – sklepy, szkoły podstawowe, restauracje, parki i kościoły, a w niektórych nawet kliniki i centra konferencyjne. Miasto zostało zbudowane w całości ze środków rządowych, nie było więc miejsca na zakusy chciwych deweloperów, co pozwoliło kwitnąć spółdzielczości. Właściwie jedynym z oryginalnych postulatów miast-ogrodów, które poddano kompromisowi, była koncentryczna siatka ulic – uznano, że sieć prostokątna jest bardziej efektywna i pozwala na lepsze planowanie transportu wewnątrzmiejskiego.

Ebenezer Howard spoczywa więc od połowy lat 70. spokojnie w grobie, wiedząc, że choć w jednym przypadku jego idea się sprawdza i to nie po łebkach – Milton Keynes przoduje w całej Wielkiej Brytanii w wielu rankingach, między innymi jeśli chodzi o bezpieczeństwo na drogach czy serwicyzację siły roboczej, czyli procent społeczeństwa pracujący w usługach.

Milton Keynes z lotu ptaka (Google Maps)

Ale przepadłeś już z kretesem

Niestety, zdecydowana większość prób dopełnienia idei miasta-ogrodu albo spaliła na panewce, albo obróciła się przeciwko pierwotnym ideałom. Wszyscy zapewne znamy słynny łańcuszek miast-ogrodów otaczających Warszawę (oraz zawartych w jej granicach, na który składają się m.in.: Milanówek, Podkowa Leśna, Brwinów i  Konstancin-Jeziorna, ale też Stare Włochy, Żoliborz Oficerski i Sadyba. Wszystkie one narodziły się z idei Howarda, jednak dziś służą jako sypialnie najbogatszej części społeczeństwa, przecząc definicyjnej egalitarności miasta-ogrodu. Taki sam los spotkał prawie wszystkie inne podejścia do koncepcji z okresu międzywojnia na terenie Polski.

Wcześniejszą próbą był katowicki Giszowiec. Zasady zamieszkania na osiedlu, wśród których najważniejszą był warunek bycia pracownikiem kopalni Giesche oraz brak regularnej, powtarzalnej siatki ulic, dyskwalifikują jednak śląską kolonię górniczą z pretendowania o status miasta-ogrodu.

Właściwie jedynym udanym podejściem do idei Howarda są wrocławskie osiedla Sępolno i  Biskupin, wybudowane jeszcze gdy nad stolicą Dolnego Śląska powiewał niemiecki czarny orzeł (notabene pierwsze z nich na planie tego orła w herbie). Szeregówkowa zabudowa, regularny układ ulic, dominacja terenów zielonych, dobry dojazd do centrum metropolii oraz spółdzielczy charakter własności odhaczają wszystkie punkty na liście pierwotnych postulatów miasta-ogrodu.

Pejzaż horyzontalny

Miasta-ogrody były za drogie w budowie i zajmowały za dużo przestrzeni, by w pełni zaspokoić europejski głód mieszkaniowy. Ich idea dała jednak podwaliny pod inny koncept – spółdzielczości mieszkaniowej. Odwiedzając dziś przedwojenne osiedla WSM na Żoliborzu, Kole i Rakowcu, ale też powojenne “idealne miasta socjalistyczne” w Nowej Hucie, Tychach albo Stalowej Woli, można z łatwością dostrzec podobieństwo ich konstrukcji do pomysłów prostego brytyjskiego kancelisty sprzed stu trzydziestu lat.