Dlaczego chcesz być członkiem naszej organizacji?

Cześć, miło nam cię poznać. Zaraz przystąpimy do rozmowy, ale przedtem przedstaw nam się proszę i opowiedz coś o sobie. Tak mniej więcej zaczyna się większość rozmów rekrutacyjnych, zarówno tych o pracę, jak i tych na studiach. I choć dla studentów SGH rozmowa rekrutacyjna do organizacji nie jest niczym nowym, warto zastanowić się nad tym, dlaczego rekrutacje do organizacji wyglądają tak, a nie inaczej i jaki może mieć to wpływ na studentów.

Patryk Kukla

Gdzie ja jestem?

Cofnijmy się i odpowiedzmy na pytanie, jak to się stało, że jako student trafiłem na rozmowę rekrutacyjną na studiach. A co więcej, czemu rozmowa rekrutacyjna to tylko jeden z kilku etapów, aby stać się członkiem wybranej wcześniej organizacji.

Zastanawiając się nad wyborem uczelni, na której chcemy rozpocząć studia, często jeszcze jako licealiści bierzemy udział w dniach otwartych uczelni, a jeśli mamy szczęście – nasza szkoła ponadgimnazjalna zostaje odwiedzona przez ambasadora SGH. Wtedy to, przynajmniej do niedawna, najważniejszym i najatrakcyjniejszym elementem prezentacji było wspomnienie o trzech ścieżkach, którymi może podążać przyszły student SGH: ścieżką naukowca, aktywisty i obieżyświata. Naturalnie ścieżki te mogą się przenikać, jako studenci możemy swobodnie zmieniać swoje profile z semestru na semestr i nie jest to nic oficjalnego. Niezależnie który kierunek obierze student, każdy z nich ma jedną część wspólną – organizacje studenckie.

Wyjątkowość SGH

Nie od dziś wiadomo, że esgieha jest pod tym względem wyjątkowa. Na żadnej innej uczelni w kraju organizacje studenckie nie są aż tak mocno wpisane w kulturę i życie studenckie. Co więcej, poznanie w SGH kogoś kto nie jest zapisany do żadnej organizacji, jest wręcz czymś wyjątkowym i wywołuje napływ pytań pokroju: jak to możliwe?, jak poznajesz ludzi? lub nie nudzi Ci się poza zajęciami?. I tak, organizacje studenckie są wpisane w życie studenta SGH, ale dlaczego tak jest?

Złożyć się na to mogą trzy czynniki. Po pierwsze, schlebiając studentom najlepszej uczelni ekonomicznej w kraju – dostają się na nią po prostu ambitni i zdolni studenci. Proces rekrutacji nie jest tak prosty, trzeba mieć dość wysokie wyniki z matury, do niedawna (co pewnie niedługo powróci) trzeba było również zdać egzamin wstępny na dobrym poziomie. Niezależnie czy student wkłada dużo regularnej pracy, aby dobrze napisać egzaminy, czy jest niemalże geniuszem i potrafi w miesiąc opanować cały materiał – na SGH przychodzą ambitne osoby. Po dostaniu się na tę uczelnię bywa różnie i wynika to głównie ze zderzenia wyobrażeń z rzeczywistością, ale to temat na inny artykuł.

Drugim czynnikiem, który wydaje się mieć bardziej bezpośredni wpływ, jest fakt, że poza lektoratami – studenci niespecjalnie mają okazję być członkami stałych grup studenckich, dlatego ciężko im nawiązać bliższe znajomości z koleżankami i kolegami z uczelni. Oczywiście taki sposób prowadzenia zajęć daje możliwość poznania wielu osób, ale w bardzo powierzchowny sposób. Tutaj z pomocą przychodzą organizacje studenckie – miejsca, w których możemy poznać wiele osób, nawiązać bliższe relacje i przyjaźnie, realizować fantastyczne projekty i przede wszystkim trafić do środowiska ludzi, z którymi jest duże prawdopodobieństwo znalezienia wspólnego języka.

Po trzecie – CV. Każdy student SGH tuż po dostaniu się na tę uczelnię zdaje sobie sprawę, że już niedługo będzie zmuszony stać się aktywnym zawodowo. Tymczasem pracodawcy mają to do siebie, że niespecjalnie satysfakcjonuje ich już fakt ukończenia studiów. Szukają osób aktywnych, zdolnych, wykazujących się inicjatywą oraz ambicją. I skoro ustaliliśmy, że w większości właśnie tacy są studenci SGH, to nie pozostaje im nic innego, niż brać udział w rekrutacjach do organizacji.

I w pierwszy krąg piekła mój pierwszy krok!

Po tym przydługim wstępie przejdźmy do meritum. O co chodzi z tymi rekrutacjami do projektów? Każdy student przychodzący do SGH dość szybko spotyka się z legendarnymi dziesięcioetapowymi procesami rekrutacji, z czego pierwszym etapem jest formularz, a ostatnim podróż do jądra ziemi albo poszukiwanie Świętego Graala. Dlaczego te rekrutacje są aż tak skomplikowane i przede wszystkim – gdzie mogą one nas zaprowadzić?

Zacznijmy od pytania – dlaczego? Wcielmy się w zarząd organizacji studenckiej i odpowiedzmy sobie – na czym nam zależy? Na jak największych budżetach projektów – jasne. Na imprezach, o których będą krążyły legendy w SGH – wiadomo, że tak. Na dobrych stosunkach z partnerami, aby przekazywali pieniądze, które będziemy mogli prawie, że dowolnie wykorzystać – oczywiście! Każda z odpowiedzi jest prawidłowa, ale nie jest strzałem w dziesiątkę. Bo, aby każde z tych wymienionych i bardziej realnych założeń organizacji udało się zrealizować potrzebni są ludzie. To oni tworzą organizacje studenckie. Bez studentów nie ma organizacji. I organizacjom zależy, aby wybierać jak najlepszych studentów, którzy potencjalnie będą w stanie znaleźć ze sobą wspólny język. Chcąc przyjąć kandydata do SKN‑u Zarządzania Projektami, AIESEC-u czy Klubu Inwestora, dobrze żeby dana osoba charakteryzowała się chociaż minimalnym zaangażowaniem i zainteresowaniem tematem, który związany jest z daną organizacją. Niewątpliwie organizacje mogłyby usunąć proces rekrutacji, ale czy wtedy, dołączając do SKN-u Energetyki, student miałby pewność, że znajdzie tam osoby, które faktycznie są zainteresowane daną tematyką i będzie mógł się dowiedzieć czegoś wartościowego? Czy trafiłby na mieszankę ludzi, którzy w sumie dołączyli tam, ponieważ podoba im się logo i kolor przewodni organizacji.

Po drugie – prestiż. Studenci SGH uwielbiają prestiż. Sama uczelnia uwielbia prestiż i bardzo często go podkreśla. Czym więc trudniej dostać się do organizacji, tym wydawać by się mogło, że będzie ona bardziej prestiżowa. Niektóre organizacje chciałyby być tak bardzo prestiżowe, że wprowadziłyby dziesięć etapów rekrutacji, gdyby tylko mogły. Jednym z etapów zapewne byłaby m.in. debata z profesorem Balcerowiczem na temat jego planu z lat 90. ubiegłego wieku. Czy tak skomplikowany i długi proces rekrutacji jest dobry? Pewnie ma swoje zalety, ale ma też swoje wady. Pamiętajmy, że procesy prowadzone są przez studentów, którzy nieważne jak wielką pewnością siebie się charakteryzują, mają raczej niewielkie doświadczenie w tworzeniu i realizacji tak ważnych projektów. Każdy może stworzyć proces, ale nie każdy stworzony proces będzie wartościowy. Organizacje studenckie starają się wzorować na korporacjach i wielkich przedsiębiorstwach, w których nad rekrutacją często pracują osoby z wieloletnim doświadczeniem i wiedzą nabytą przez przeczytanie dziesiątek książek, udział w dziesiątkach szkoleń i rozmowę z tysiącami kandydatów. Jasne, studenci SGH są ambitni, mądrzy, może ponadprzeciętnie inteligentni, zdolni itd. Ale czy naprawdę zabawa w tak rozbudowane mechanizmy jest czymś pozytywnym? Tym bardziej, że w większości organizacji rekrutacja oddawana jest w ręce najmłodszych członków. Niemniej ta zasłona dymna działa i studenci chętnie przystępują do kilku etapowych rekrutacji, bo jeśli komuś już się uda do takiej organizacji dostać – to czuje niespotykaną satysfakcję.

Sam prestiż daje członkom organizacji możliwość poczuć, że nasza organizacja jest najlepsza i mamy najlepszych, najbardziej ambitnych studentów. W końcu która organizacja nie chciałaby mieć najzdolniejszych studentów? Tym bardziej, że struktura organizacji na SGH rozrosła się do takich rozmiarów, że sam fakt posiadania zdolnych, chętnych do pracy studentów pozwala organizacji prowadzić lepsze projekty, a gdy projekty są prowadzone skuteczniej organizacja ma szansę zdobyć nie tylko więcej pieniędzy od partnerów, ale również więcej pieniędzy od Uczelni z FRS.

Ostatnim elementem układanki jest więc sama instytucja uczelni. Studenci chcą wyróżnić się na rynku pracy, mając ciekawy wpis do CV, nauczyć się czegoś i poznać ciekawe osoby. Organizacje chcą pozyskać najlepszych studentów, aby zwiększyć swój prestiż i zwiększać przychód z roku na rok, a sama uczelnia zyskuje dzięki budowaniu pozytywnego wizerunku, zwiększaniu zadowolenia firm i studentów, rozbudowie sieci alumnów, z których wiele osób zna się wzajemnie. I tak ten zamknięty cykl wzajemnie napędza się od lat i funkcjonuje dość sprawnie.

Szkoła Główna Korporacyjna?

Niewątpliwie ta trójca i działania wynikające z jej istnienia dają wiele pozytywnego każdemu z członków tej struktury, a zatem również studentom. Jednak na przestrzeni ostatnich lat w SGH widać niepokojący trend wprowadzania korporacyjnych zachowań do organizacji studenckich. Coraz to częściej procesy rekrutacji stają się bardzo mocno ustandaryzowane. Mimo że prowadzą je młodsi studenci, to są oni dość surowo kierowani zgodnie z wiedzą i doświadczeniem starszych studentów, w niektórych organizacjach wydawałoby się nawet, że wprowadzony jest pewnego rodzaju dresscode. Projekty zarządzane są przez koordynatorów, którzy kontrolowani są przez kilka różnych rodzajów „managerów” średniego szczebla, a nad wszystkim czuwa „zarząd”, któremu oczywiście zależy, żeby projekty były realizowane i dawały dużo zabawy, ale jeśli coś zaczyna się nie kalkulować finansowo, to często do nich należy decyzja o zakręceniu kurka z pieniędzmi i zamknięciu projektu.

Robienie korporacji z organizacji studenckiej wpływa na to, jak wygląda sam proces rekrutacji. Obowiązkowy jest formularz rekrutacyjny, który zazwyczaj jest pierwszym elementem. A dalej, co organizacja to mechanizm funkcjonuje inaczej. Pojawiają się assessment centers (jak w najbardziej znanych konsultingach), aby sprawdzić, jak ktoś współpracuje w zespole. Pojawiają się case studies do rozwiązania. Czasami nawet kilkutygodniowe projekty do zrealizowania. Czasami jest do zdania test, czasami zaprezentowanie jakiegoś pomysłu. Często ostatecznym etapem jest rozmowa rekrutacyjna, gdzie naprzeciwko studenta z 1. bądź 2. roku (bo tacy są najchętniej przyjmowani do organizacji studenckich – mają najwięcej werwy) siedzi od dwóch do trzech osób z doświadczeniem w organizacji oraz pracy zawodowej i zadają różnego rodzaju pytania. Od tak absurdalnych, jak ile jest krzeseł w Polsce? (w końcu takie pytania zadają przy rekrutacji do Facebooka czy Google’a, więcto muszą być dobre pytania), po – co chcesz robić w przyszłości i gdzie widzisz się za kilka lat? – typowe pytanie-killer na rozmowach w korporacjach sprawdzające, czy kandydat będzie chciał zastąpić szefa, z którym rozmawia, czy też nie.

Wprowadzenie elementów korporacji ma również przełożenie na dowolność realizowania projektu przez studentów, gdzie wizja koordynatora, mimo że oficjalnie nie musi się zgadzać z wizją zarządu, to nieformalnie czuć nacisk na to, by tak jednak było. Daje to także wyraz w tym, że studenci są często przygnieceni pełnieniem bardziej odpowiedzialnych funkcji. Bycie osobą decyzyjną daje dużo przyjemności i wiele uczy, ale wszechobecnie wkradają się „polityka” organizacji, rywalizowanie organizacji między sobą i konflikty, które wcale nie czynią tego taką prostą „zabawą”. A w końcu studia powinny tym trochę być. Zabawą, przyjemnością, trochę czasem beztroski – okresem poznawania wielu ciekawych osób, z którymi często nawiązujemy przyjaźnie na lata. Czasem, gdy potknięcia, a nawet „upadek na twarz” są dozwolone i pozwalają sprawdzić, co to oznacza, z czym to się wiąże, jak bardzo porażka jest bolesna i co najważniejsze pozwalają zrozumieć, że porażka jest elementem wszystkiego, co robimy. Czy prowadzimy projekt, czy nabywamy wiedzę, albo próbujemy znaleźć chłopaka bądź dziewczynę. A organizacje studenckie niestety coraz rzadziej dają możliwość poniesienia tej porażki, bo niespecjalnie jest to wliczone w kalkulację. Organizacjom, firmom i samej uczelni nie zależy na tym, żeby na projekty wydawano pieniądze, a następnie nic z tego nie wynikało. I nie chodzi o to, żeby nadmiernie krytykować organizacje w SGH, bo są one fantastyczne i mogę powiedzieć, że były najlepszym, co mogło mi się przytrafić na studiach. Szkoda jednak, że pieniądze, poczucie władzy, odpowiedzialności, decyzyjności i wszechobecny sukces powoli zaczynają – nam studentom – przysłaniać to, o co faktycznie chodzi w studiach i tak bardzo chcą zmienić okres studiów w ten dojrzały „dorosły” czas, kiedy coraz ciężej utrzymać w sobie pierwiastek młodzieńczości.