Koniec biblijnego świata

Stephen King jest już autorem legendarnym. Jego książki sprzedają się w milionach egzemplarzy, przy czym praktycznie każda została zekranizowana z lepszym bądź gorszym efektem. Na podstawie grozy Króla Horroru (jak nieoficjalnie nazywa się autora) powstało m.in. ikoniczne Lśnienie Stanleya Kubricka i Carrie Briana DePalmy, czyli filmy, które zawsze już zapisały się w światowej kinematografii. W połowie grudnia poprzedniego roku Josh Boone (Gwiazd Naszych Wina) zaprezentował swoją ekranową interpretację głośnego i objętościowo kolosalnego (ponad 1100 stron!) Bastionu, co stanowi świetną podstawę do tego, by bliżej przyjrzeć się literackiemu pierwowzorowi.

King swoje opus magnum napisał jako czwartą powieść w karierze. Książka przedstawia nieprzyjazny świat zdziesiątkowany przez śmiertelną odmianę grypy (zwaną Kapitanem Tripsem), w którym Dobro i Zło to nie tylko puste słowa przytaczane setki razy w literaturze, lecz sposób funkcjonowania nowej rzeczywistości. Ci którzy ocaleli z zarazy dzielą się bowiem na dwa obozy. Pierwszy – godnych obywateli usiłujących odbudować cywilizację według dawnych zasad, powołanych do działania przez czarnoskórą staruszkę – i drugi – zwyrodnialców mających za nic podstawowe zasady moralne, którym przewodzi Mroczny Człowiek, notabene postać pojawiająca się później u Kinga, jako jeden z kluczowych czarnych charakterów w serii Mroczna Wieża. Obie siły muszą zatem stawić sobie czoła, bo na szali leży przyszłość podupadającego świata. W tych realiach przysłowiowa walka Dobra ze Złem nabiera zupełnie nowego, alegorycznego wymiaru. 

Bastion podzielony został na trzy części, z których każda mogłaby stanowić odrębną, pochłaniającą bez reszty, historię. W Kapitanie Tripsie King po mistrzowsku dawkuje napięcie i przeraża trywialnymi aspektami codzienności. Pokazuje, że wampiry i inne potwory, wyjęte żywcem ze starych filmów Universalu, nie budzą większej grozy niż kichnięcie, a zwykła posiadówka ze znajomymi może być początkiem końca świata. Później, w Na granicy, swoim przedstawieniem powołania bohaterów autor zdaje się aspirować na drugiego Tolkiena, a powolne zbieranie się kingowskiej Drużyny Pierścienia (oraz jej antytezy) w oniryczny sposób oczarowuje czytelnika, jakby ten nie miał do czynienia ze zwykłym post-apo, lecz fascynującą hybrydą międzygatunkową, która swoim rozmachem burzy utarte schematy. Jest to zaledwie preludium do prawdziwej wojny, bo trzeci rozdział – Bastion – rozdmuchany do rozmiarów fundamentalno-religijnego przykazania, nie bierze jeńców. Monumentalność historii łamie kości, skrywane emocje wyciskają łzy, a przekrojowość powieści nie daje o sobie zapomnieć na długo po lekturze. Dodawszy do tej zabójczej literackiej mieszanki charakterystyczny, gawędziarski styl opowiadania Kinga, czytelnik otrzymuje książkę kompletną, potrafiącą zadowolić nie tylko oddanych fanów science fiction, ale też osoby poszukujące powieści ważnych, na swój sposób filozoficznych. 

Ostatecznie Bastion stanowi najbardziej udany projekt autora, urzekający rozbudowanym światem i wielowymiarowymi bohaterami, z którymi żal się rozstawać w momencie lektury ostatniej z ponad tysiąca stron. To bezwzględny dowód na to, że King wielkim pisarzem jest (a przynajmniej cieszy się tą opinią wśród zwolenników inteligentnej beletrystyki) i może być uczciwie uważany dziś za jedną z najjaśniejszych gwiazd współczesnej literatury.