Władza kupuje media

Wszędzie tam, gdzie właściciel jest przedstawicielem władzy publicznej, media nie są wolne. Dziennikarz nie może się zastanawiać, czy, poruszając jakiś temat, wyleci z pracy – mówi nam Krzysztof Katner, wydawca portalu tustolica.pl i redaktor naczelny kilku lokalnych gazet w Warszawie. Przykładów powiązania mediów z władzą nie trzeba daleko szukać – zaczniemy w Legionowie, przez Orlen, na Facebooku kończąc.

Tekst: Kacper Badura

Gdy 7 grudnia prezes PKN Orlen, Daniel Obajtek z dumą ogłosił, że państwowa spółka paliwowa przejmuje koncern medialny Polska Press, spełniła się rządowa obietnica. W ręce spółki (de facto rządu) trafi najprawdopodobniej 20 dzienników regionalnych, 220 lokalnych tygodników, ok. 500 witryn online i – co za tym idzie – dane 17,5 mln użytkowników, korzystających z tychże portali. Echa tej transakcji słychać do dziś.

Opozycja okrzyknęła zakup zamachem na wolne media, a zwolennicy rządu z dumą mówili o repolonizacji mediów. Do głosu doszli też umiarkowani optymiści. Ich zdaniem, silna obecność zagranicznego kapitału na rynku medialnym zrodziła mnóstwo patologii, a takie działanie ze strony władz może pozytywnie wpłynąć na chociażby stabilność finansową mniejszych wydawnictw. Czy rzeczywiście polscy dziennikarze piszą (lub pisali) pod niemieckie dyktando?

75 proc. właścicieli prasy w Polsce to podmioty zachodnie – głosił w 2016 r. tygodnik „Do Rzeczy”. Trudno się nie zgodzić. Właścicielem dużego odsetku nie tylko naszych gazet, ale i stacji radiowych, telewizyjnych czy portali jest kapitał zagraniczny, najczęściej niemiecki. Dyskusja na temat tego, czy jest to rozwiązanie zdrowe, trwa od lat, a biorą w niej udział również naczelni ważnych tytułów.

Popieram ideę tylko polskich mediów, bo jestem patriotą gospodarczym. Nie popieram idei repolonizacji mediów, ponieważ nie wierzę, że da się to zrobić legalnie – pisał w czerwcu 2019 Jakub Kralka, redaktor naczelny portalu bezprawnik.pl. Nawet gdyby tak było, wiem w jak instrumentalno-propagandowy sposób polscy politycy traktują media i boję się, że zrepolonizowane będą im znacząco bardziej uległe. Z drugiej strony, bardzo dobrze ma się wojenna retoryka i straszenie Niemcami. Skandaliczną okładkę „Faktu” z Andrzejem Dudą, Tomasz Sakiewicz określił realizowaniem niemieckiego interesu przez niemieckie media. Nie ma to żadnego precedensu w jakimkolwiek innym kraju, chyba, że mielibyśmy na myśli sytuacje okupacji czy wojny. 

Ci źli Niemcy?

Zdaniem Krzysztofa Katnera, wydawcy i redaktora naczelnego kilku lokalnych gazet w Warszawie, niemieckość polskiej prasy nie sięga wcale tak daleko. W gruncie rzeczy ogranicza się do wyników sprzedaży. Można się oczywiście doktoryzować na temat, czy niemiecki właściciel był dla dzienników regionalnych dobry, czy zły. Moim zdaniem – choć ich lokalność niewątpliwie ucierpiała na rzecz łatwych w odbiorze treści wspólnych (tańszych) – to uratował ich obecność na rynku, bo zapewne bez tego wydawcy i jego strategii większość tych gazet dawno by zbankrutowała. Z mojego doświadczenia na rynku mediów lokalnych wynika, że zagranicznych właścicieli interesuje najbardziej arkusz Excel z wynikami finansowymi, a nie treść artykułów, więc dziennikarze nie mieli dylematów czy poruszać dany temat, czy nie.

A właśnie o te dylematy się rozchodzi. Gdy Orlen ogłosił przejęcie grupy Polska Press, spływać zaczęły przeważnie anonimowe wypowiedzi dziennikarzy z mniejszych miejscowości. Ich wyznania miały jeden wspólny mianownik – bali się o przyszłość swoich redakcji. Nie są to ogólnopolskiej sławy publicyści, ani reporterzy znani z ekranów. Świat mediów lokalnych to świat umów na zlecenie, całych stron reklam i płatnych ogłoszeń, stale malejącej liczby odbiorców i – nie oszukujmy się – świat mało lukratywny. Trzyma go przy życiu autentyczność i poświęcenie ze strony tych mniej znanych dziennikarzy, którzy boją się, że państwowy właściciel nałoży swoje wymagania. Jak wygląda to w praktyce? Rzućmy okiem na niezwykle interesujący przypadek z Legionowa.

 

Rzecznik prasowy do kwadratu

Wydawana tam „Miejscowa na weekend” choć udaje zwykły tabloid o lokalnych sprawach, w rzeczywistości jest fundowana przez miejską spółkę komunalną. Dowiemy się z niej o bieżących wydarzeniach, nowym przystanku autobusowym, nasadzeniach drzew, przebudowie ulicy, ale też poczytamy o prezydencie miasta – co istotne – w samych superlatywach. Radni (w szczególności ci z PiS), a nawet dziennikarze konkurencyjnych mediów na łamach „Miejscowej” są konsekwentnie wyśmiewani. O tajemniczej gazecie z Legionowa pisał portal tustolica.pl: Niedawno jedna z agencji zajmująca się marketingiem samorządowym przyznała tygodnikowi „Miejscowa na weekend” tytuł najlepszej gazety w kraju. Bezpłatny tygodnik udający niezależną prasę, opisujący sukcesy urzędującej władzy drukowany jest za pieniądze podatników. Władze Legionowa obwieściły ten sukces na billboardach, także finansowanych z miejskich podatków.

 

Najlepsza gazeta

Szybko okazało się, że przychód z reklam „Miejscowej” jest tak niski, że gazeta nie jest w stanie na siebie zarobić. Podatnicy dokładają zatem do PR-owego skrzydła władzy samorządowej, którą chwalą nawet hasła na billboardach. Miejska spółka KZB gazetę wydaje, choć nie ujawnia, jak duże pieniądze na to przeznacza. Nie wiedzą tego też legionowscy radni – ci sami, na których gazeta nie pozostawia suchej nitki. Gdy w 2017 r. opozycyjny radny Józef Dziedzic nieoczekiwanie złożył mandat, „Miejscowa” odleciała:

(…) ze źródeł zbliżonych do Rady Miasta Legionowo wiadomo, że kolejne inwestycje i inicjatywy realizowane w innych okręgach wyborczych mogły uświadomić mu jego własną nieudolność jako miejskiego radnego. (…) Niestety, były już wkrótce radny swą nieudolność w sprawowaniu mandatu zrzuca na innych. (…) Wtóruje mu przewodniczący NMNS Bogdan Kiełbasiński, nadal rozgoryczony, że nie otrzymał mandatu zaufania od mieszkańców swojego okręgu, węszący wszędzie spiski i układy.

Choć reklamodawcy nie sypią groszem, czytelnicy się znajdują. Niepozorna gazeta jest dystrybuowana w tysiącach egzemplarzy do skrzynek w spółdzielniach mieszkaniowych – jak przyznaje prezes KZB – na koszt spółdzielni. Do mieszkańców trafia co tydzień, prosto pod drzwi.

Legionowo jako miniatura kraju?

Warto pamiętać, że „Miejscowa” była kiedyś gazetą prywatną. Zmiana repertuaru nastąpiła wraz z przyjęciem publicznych pieniędzy. Najprawdopodobniej tytuły z grupy Polska Press czeka to samo. 

Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której „Gazeta Krakowska” czy „Dziennik Bałtycki” już wkrótce rozpoczną promowanie lokalnych działaczy PiS, a podczas wyborów samorządowych będą wspierać wskazanych przez partię kandydatów na prezydentów miast – mówi red. Krzysztof Katner. Dodajmy do tego, że spółka Polska Press wchodzi na listę politycznych łupów, w której zarząd, redaktorzy naczelni i dziennikarze wymieniani są po każdej zmianie władzy centralnej w Polsce.

Jest jeszcze silny aspekt gospodarczy. Nie da się ukryć, że dotowanie poszczególnych mediów przez duże państwowe spółki to tworzenie nieuczciwej konkurencji na rynku, wszystko na niekorzyść mniejszych i prywatnych wydawnictw.  

Zagrożona będzie nie tylko mniejsza prasa, ale też prywatność użytkowników. Portale należące do Polska Press odwiedza 17,5 mln internautów. Ich dane są wyjątkowo agresywnie pozyskiwane przez zainstalowane na stronach wtyczki. Na ich nadzwyczaj wysoką liczbę zwrócili uwagę badacze z Fundacji Panoptykon.

Wielki Orlen patrzy

Prawnicy z Fundacji Panoptykon – jak sami mówią – kontrolują kontrolujących. Gdy badali udział Facebooka w wyborach do Sejmu 2019 r., nie stwierdzili, aby polskie partie polityczne sięgały po mikrotargetowanie. Zabiegów takich dopuszczano się przy okazji referendum w sprawie Brexitu czy wyborów prezydenckich 2016 r. w Stanach. Orlen może nie chcieć odstawać od zagranicznych gigantów.

Choć informacje o czytelnikach pozyskuje każdy portal, serwis czy strona internetowa, to te z grupy Polska Press robią to wyjątkowo dociekliwie. Używając narzędzia The Markup Blacklight, badacze odnaleźli 13 ukrytych trackerów reklamowych w serwisie dziennikpolski24.pl, a nawet 21 na dziennikzachodni.pl. Dla porównania, na portalu Komputer Świat działają jedynie trzy takie wtyczki. Jak ocenia Panoptykon – Dostęp do danych czytelników mediów internetowych tworzy ryzyko manipulacji – nie tylko na poziomie jednostki (przez pokazanie jej komunikatu dopasowanego do jej zainteresowań czy obaw), ale również na poziomie społecznym. Wiedza o prawdziwych (a nie deklarowanych) zachowaniach, zainteresowaniach i preferencjach dużych grup ludzi jest niewątpliwie wartościowa. 

Nie chodzi o parówki

Przez zainstalowanie np. wtyczki Facebook Pixel reklamodawcy mogą trafniej dotrzeć do klientów, wyświetlając im w mediach społecznościowych interesujące ich reklamy. Reklamę można jednak zastąpić politycznym przekazem sprofilowanym pod nas przez np. Facebooka – Tymczasem, nadal mało wiemy o tym, jak dobierane są sponsorowane treści (również te polityczne). Kryteria targetowania i mechanizmy działań platform internetowych są spowite tajemnicą – ocenia fundacja. Zakup Polska Press przez Orlen stał się punktem wyjścia do szerszej, trwającej od lat dyskusji nad prywatnością w sieci. Tym razem nie chodzi o hot-dogi ani o parówkowy portal.

Abstrahując od zapewnień rządzących o przywróceniu polskich mediów w polskie ręce, sytuacja nie przedstawia się dobrze. O tym, co robiono przed laty, by jej uniknąć przypomina red. Katner: Byłem bardzo młody, kiedy likwidowano RSW Prasa-Książka-Ruch, ale doskonale pamiętam, w jakim celu to zrobiono. Chodziło o pluralizm mediów i odebranie ich władzy państwowej. Zakup spółki Polska Press przez Orlen to proces odwrotny.

Naszych czytelników uspokajamy – „Magiel” nie zamierza akceptować żadnej propozycji kupna. Nas się nie da kupić. Czytać można za darmo – na stronie internetowej lub w papierze, do czego gorąco zachęcamy. 0