Stołeczny eklektyzm

Wielu z nas miało pudełko pełne klocków Lego, które nie należały do żadnego zestawu. Służyły do tworzenia własnych konstrukcji bez podpierania się określoną instrukcją. Można było puścić wodzę fantazji. Gdyby spojrzeć na Warszawę w kontekście takiego nie-zestawu Lego, zauważamy, że niektóre budynki pochodzą jakby z innych kompletów.

Tekst: Mateusz Tobiasz Wolny       Autor zdjęć: Wojciech Kochański

W liceum, omawiając Panią Bovary, rozmawialiśmy o obrazie miasteczka Yonville. Kolega, zapytany jak jest ono przedstawione, odpowiedział, że panuje w nim niekonsekwencja architektoniczna, co polonistka skwitowała: czyli po prostu kicz!. Czy jest tak, że jeżeli elementy układanki ze sobą nie współgrają, od razu klasyfikujemy coś jako mniej wartościowe?

Spójrzmy na koloryt warszawskiej architektury z bardziej historycznego punktu widzenia. Niektóre ulice w Warszawie pamiętają czasy Sasów, gdzieniegdzie wyłania się relikt działań wojennych, a kiedy się odwracamy – wielki projekt komunistycznej zabudowy mieszkaniowej. Zaraz obok pnie się w górę drapacz chmur, który za wszelką cenę chce przysłonić kłujące w oczy blokowiska i zrujnowane kamienice.

Zawsze proponuję znajomym, od których usłyszę, że Warszawa jest nijaka, brzydka i niepoukładana, żeby wyobrazili sobie pustynię – otchłań bez kamienia na kamieniu, a na niej około 100 tys. ludzi (mniej więcej tyle, ile zamieszkuje dzisiaj Kalisz). Ci ludzie, z ogromną wolą walki, napędzani lokalnym patriotyzmem, chęcią pójścia pod prąd w ciągu 70 lat zbudowali nie wieżowiec, nie osiedle, a miasto.

Poeta pisał, że Warszawa, traktując rzecz jak najbardziej serio, ma prawo pretendować do rangi jednego z cudów dzisiejszego świata. Nie sposób się nie zgodzić. Ja postrzegam Warszawę jako miasto niezwykle młode. Jej obecny wizerunek jest w ogromnym stopniu zdefiniowany przez zniszczenia II wojny światowej. Warszawa długo nie znała wolności – zwłaszcza architektonicznej – żyła pod mimowolną opieką swojego brata zza wschodniej granicy. Toksyczna relacja sprawiła, że stolica zatraciła gdzieś swój charakter. Dlatego tak ważne dziś jest to, aby zachowywać jej naturalny koloryt.

I. Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, przekornie zdobiące Rondo de Gaulle’a mają przypominać o pierwotnym charakterze traktu Jerozolimskiego, który prowadził do położonej na zachodzie, poza terenem miasta, osady żydowskiej. Słynna palma obchodziła ostatnio swoje osiemnaste urodziny. Przez prawie całą ostatnią dekadę towarzyszyła wszystkim marszom, była w sercu wydarzeń niczym najdokładniejszy dziennikarz. Bez wątpienia nie grozi jej FOMO (fear of missing out). W centrum zainteresowania w „innych” czasach był za to, chowający się za nią nieskromnie niczym zachodzące słońce zaraz przed napisami w komedii romantycznej, Dom Partii. Monstrualny budynek, postawiony na zlecenie jedynej słusznej władzy, dzisiaj cieszy się obecnością najlepszych lokali. W zderzeniu z piaskową elewacją Muzeum Narodowego przypomina, że władza lubiła towarzystwo sztuki, i na odwrót.

II. Jedna z influencerek – której główny obszar zainteresowań leży daleko od urbanistyki – zwróciła uwagę na bezsens zawieszenia kilku tabliczek z nazwą ulicy Próżnej jedna nad drugą. Mój wewnętrzny miłośnik szukania śladów po różnych okresach historycznych – z których każdy coś po sobie w Warszawie zostawił – zaczął się zastanawiać. Takim małym gestem nie tylko pokazuje się, jak zmieniał się taki nieznaczny, lecz efektowny element architektury na przestrzeni lat, lecz także zwraca się uwagę przechodniom, że ulica, po której stąpają, ma do zaoferowania więcej, niż to, co funkcjonuje przy niej dzisiaj.

III. Pałac Kultury i Nauki budzi dzisiaj sporo kontrowersji. Mimowolnie stał się wzorem, do którego porównywany jest każdy nowo powstały budynek w jego sąsiedztwie. Nie da się spojrzeć na panoramę stolicy bez zauważenia wyjątkowości jego formy – innej od bardziej proporcjonalnych młodszych braci. Zejdźmy na ziemię i stańmy u podnóża budynku rozlewającego się od Alej do Świętokrzyskiej. Urbaniści lat 70. ubiegłego wieku postanowili wzbogacić centrum miasta kolejnym wielkim projektem, aby monstrualność pałacu nie raziła tak bardzo w oczy. Do smukłego PKiN-u przysiadł się nieco bardziej rozlazły Dworzec Centralny. Wydawałoby się, że szereg wielkich konstrukcji jest już wystarczającej długości. Nic bardziej mylnego. Trzy dekady później wpraszają się w krajobraz Złote Tarasy. Walka o to, który „moloch” przyćmi resztę trwa, a nam pozostaje zachwycać się mnogością wielkich inwestycji – pozostałości po XX w. – których pomysłodawcom bez wątpienia przyświecała idea go big or go home.

IV. Szyllerowski „Poniatoszczak” zyskał neorenesansowe wieżyce, które miały spełniać funkcje obronne, na zlecenie rosyjskich władz wojskowych. Przy jednej z nich w 1963 r. znalazł swoje miejsce modernistyczny przystanek kolei średnicowej Powiśle. Zwieńczony z jednej strony wejściem z gustownym kapeluszem (lub spodkiem – jak kto woli), z drugiej – zawadiacką grzywką, na którą nieśmiało spogląda z góry znany „Młotek”. Takiego towarzystwa Powiślu na pewno zazdroszczą stacje Ochota i Stadion, które również wyszły spod ręki Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka.

V. Postawiony na początku XIX w. Teatr Wielki według koncepcji klasycystycznej nie przetrwał bombardowań 1944 r., ale za sprawą Bohdana Pniewskiego, który zaraz po wojnie zakasał rękawy i zaprezentował propozycję odbudowy jednej z najważniejszych instytucji kulturalnych kraju – trochę na przekór, bo z niemal dwa razy większą kubaturą gmach wzniósł się z gruzów, a na niezagospodarowanym terenie od strony placu Piłsudskiego zyskał swego rodzaju drugi, majestatyczny front. Cieszył oko Warszawiaków i był kolejną majestatyczną budowlą okalającą wielki plac po Pałacu Saskim, ale jedynie do 2003 r. Sześć poczwórnych kolumnad przysłonięto równie imponującym projektem, który odbija w swojej szklanej, ząbkowanej elewacji harmonijny układ „pleców” Teatru Wielkiego. Można się szczycić, że mamy w Warszawie – zaraz obok opery – swój własny Metropolitan projektu Normana Fostera, odpowiedzialnego za takie realizacje jak słynny londyński The Gherkin, czy oddany niedawno Apple Park w Cupertino.

VI. To jedno z moich ulubionych miejsc, gdzie wręcz po chamsku Warszawa mówi: Spójrz na mnie. Jestem wstrząśnięta, niezmieszana. Kto już zauważy taki kadr, nie przejdzie w podobnym miejscu stolicy obojętnie. Zlewa się tutaj gmach Filharmonii Narodowej w socrealistycznym kostiumie z modernistyczną fasadą bloku z wielkiej płyty, a całej laurce towarzyszy wodospad szklanej elewacji dobrze znanego budynku przy ulicy Moniuszki, oddanego do użytku kilkanaście lat temu. Można to nazwać miszmaszem, bałaganem, choć dla mnie to warszawski sznyt.

VII. Gdzie indziej forma silnie klasycyzującego baroku z XVII w. sąsiaduje bezpośrednio z oddanym kilka miesięcy temu do użytku hotelem, aby na końcu zderzyć swoją fasadę z modernistycznym blokiem mieszkalnym? Tylko w Warszawie – a dokładniej przy Tamce. Wycieczka zakorkowaną ulicą pod górę budzi konsternację, jeśli pomyśli się o architekturze. Pozostały na ceglanym wzniesieniu Zamek Ostrogskich zdominował krajobraz, w którym, jak nieproszeni goście, rozsiadły się budynki z okresu PRL-u oraz te najświeższe.

VIII. Sklep Centrali Przemysłu Regionalnego w pawilonie przy rondzie Dmowskiego ogłosił, że zwija interes. Budynek, zewsząd oklejony banerami reklamowymi, pamięta czasy rozwiniętego PRL-u i był – razem z położoną po przeciwnej stronie ronda Rotundą – jednym z punktów orientacyjnych stolicy. Jak podchodzi nowy inwestor do niegdyś ikonicznego miejsca? Tak, jak narzuca mu miejski planista. Budynek ma zostać zburzony, ale odbudowany w tej samej formie. Co zastąpi dumną Cepelię? Nic innego jak szósty w obrębie kilometra McDonald’s. Warto się cieszyć, że forma zostanie taka sama, a że treść jest zgoła inna – no cóż, taki znak czasów.

IX. Kamienica Lejba Osnosa wydaje się być koszmarem dla architektów, ale przede wszystkim dla estetów, którzy lubią myśleć o zabudowie wokół ronda ONZ, jako zagłębiu biznesu osadzonym niemalże w katalogu popisów współczesnej architektury. Szklane wieżowce okalające stary budynek z pretensją i niemocą spoglądają w dół na niechcianego starszego brata. Historia budynku jest nie mniej imponująca – zbudowany przed wojną, w 1940 r. został włączony do getta. 70 lat później wysiedlono z niego mieszkańców, żeby w 2019 r. wpisać go do rejestru zabytków. Można się dwoić i troić, ale kamienica jest nie do ruszenia, jak dom Carla Friedricksena z filmu Odlot.

X. Niektórzy wolą, gdy „nowe” zmiata „stare” z powierzchni ziemi. Ci, którzy zauważą jednak wartość płynącą z tego, co można by zachować, podchodzą do rewitalizacji z należytym szacunkiem. Prywatny inwestor zdecydował się zachować ostrzeliwaną niegdyś ścianę. Reszta kamienicy przy Hożej 72 została odnowiona z zachowaniem przedwojennej koncepcji. Kontrast skłania do refleksji.

Zamiast debatować nad estetyką miasta, warto nauczyć się dostrzegać piękno w kontrastach. Nie interpretujmy niekonsekwencji architektonicznej Warszawy jako bałaganu, lecz nauczmy się rozumieć ją jako niezwykły walor, swego rodzaju świadectwo dojrzałości. Warto otworzyć oczy na to, co różne, niepasujące, bo niekiedy właśnie te elementy tworzą charakter miejsca – stają się jego wizytówką. Dzięki temu możemy zrozumieć nie tylko historię, ale teraźniejszość.

Śp. dr Marek Ostrowski, który zapoczątkował zajęcia z varsavianistyki na Wydziale Biologii UW, na jednym z wykładów wyświetlił slajd z prostym zdaniem: Czynnik, który stworzył Warszawę. Dla każdego może to oznaczać coś innego. Dla mnie kontrasty w architekturze są tym, co tworzy stolicę dzisiaj, i na co składa się to, co zostało z przeszłości.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *