Re Exist

Stepy mongolskie wydają się niespokojne. Nieskończone w ludzkich oczach morze ostnic, kostrzew i innych traw stepowych szumi odmętnie. Trawersujące je gromady renów jeżą sierść. Wśród nich kroczą duchy przodków, poganiające swe widmowe stada. Zwykły śmiertelnik nie ma wglądu w ich pośmiertną rzeczywistość, to one muszą go wybrać. Naznaczyć, zaprosić do stanięcia na pograniczu dwóch światów. Po tej stronie wybraniec nazywany szamanem (mong. böö – ten, który wie) widzi więcej, jest przekaźnikiem.

Autor: Antek Trybus

fot. Jacqueline Macou/Pixabay

Kultura mongolska bierze swój początek w tradycyjnej hodowli zwierząt. Zmiana łowieckiego trybu życia na pasterski, poprzez udomowienie gatunków otaczających pierwotne społeczności protomongołów, ukonstytuowało nowe formy kultu. Były to narodziny tengrystów – czcicieli niebios, wierzących, że w każdy byt wpisany jest integralny duch. Wraz z rozwojem klanowej struktury społecznej, świat duchowy stał się bardziej skomplikowany. Od tego momentu najwyższą grupę stanowiło w nim 99 bóstw – tngri, spośród których 55 określonych jako „białe” odnosiło się życzliwie do swych wyznawców, zaś pozostałe 44 „czarne” bóstwa siały w nich postrach i przerażenie. Chociaż wierzyli w nie wszyscy, to jedynie elity społeczne miały przywilej przyzywania ich – komunikowania się z nimi. Niżej w tengryjskim panteonie znajdowały się Duchy Większe oraz Duchy Stróżujące. Złożone odpowiednio z przodków o wyższej i niższej randze społecznej, czuwały nad swoimi potomkami stawiającymi czoło przeciwnościom losu jeszcze w materialnym świecie. Każdy klan posiadał swój unikatowy zestaw patronów, którzy przypisani do charakterystycznych miejsc, takich jak góra czy strumień, stanowili jedyną w swoim rodzaju świadomość kulturową.

Ta, zakorzeniona tak silnie pod mongolskimi czaszkami, zaprawiona w bojach na połowie globu stanowi od kilku tysięcy lat niezatarty mem. Pomimo to całkiem niedawno była ona bliska zaniku. Pod koniec lat 30 XX w. mongolskie władze ludowe pod wpływem silnych nacisków ze strony ZSRR przeprowadziły masowy projekt ateizacji narodu. Eksterminacji zostało poddane duchowieństwo m.in. buddyjscy lamowie, których nauki, jeszcze w czasach Kublai-Khana zostały inkorporowane do mongolskiego systemu wierzeń, tworząc nurt żółtego szamanizmu. Jakikolwiek przejaw religijności był traktowany w tamtym jako zabobon oraz przejaw wrogości wobec nowo ustalonego ustroju. Szamani oraz osoby chcące pozostać w więzi ze swoimi przodkami miały dwie możliwości – oddawać się praktykom w zaciszu ogniska domowego lub wędrować w góry.

Nie dziwi więc fakt, że w okresie satelictwa wobec ZSRR w Mongolskiej Republice Ludowej działało zaledwie dziesięciu szamanów. Zeitgeist zdmuchnął jednak czerwonego kolosa na glinianych nogach. Spod jego zmurszałej skorupy, po 70 latach hartowania się w odosobnieniu, odrodził się mongolski szamanizm. Było to zjawisko potężne. Z dziesięcioosobowej garstki wyrosła ponad dziesięciotysięczna społeczność, na łonie której zawiązały się liczne związki wyznaniowe.

Świadkiem religijnego renesansu potomków Czyngis-chana jest artysta dźwięku Davaajargal Tsaschikher. Urodzony w Ułan Bator w 1988 r. jest rówieśnikiem mentalnej przemiany swojego narodu, objawienia tego, co przez zeszły wiek zakrywało widmo przymusowej ateizacji. Całe zjawisko zawiera się w tytule jego solowego albumu Re Exist.

Pradawne rytuały mongolskich szamanów, które umożliwiają człowiekowi komunikację oraz połączenie ze światem natury oraz duchów, stanowią centralny punkt zainteresowania Tsaschikhera. W swych wypowiedziach podkreśla silne uczucia, które wzbudza w nim postać szamana. Spotkanie z nim jest dla niego najgłębszą formą porozumienia z tym, co nieuchwytne, tu na Ziemi. Zawarte w 74 minutach muzyki doświadczenie stawia słuchacza w obliczu niezgłębionej tajemnicy, o której nieliczni spośród nas są w stanie opowiedzieć.

Medytacyjne kompozycje, oparte na symbiozie instrumentarium tradycyjnego ze współczesnym, wydają się prowadzić nas poza. Stajemy się świadkami reinkarnacji, zmartwychwstania, będącego osią tengryjskich wierzeń. Artysta dzieli się z nami swoim poczuciem, że dusze drzemiące zarówno w człowieku, jak i innych elementach natury, nie umierają na zawsze. Według Davai musi istnieć inny wymiar czasu i przestrzeni, w którym przebywa nowe stworzenie, odrodzone po trudach ziemskiej wędrówki.

Po przesłuchaniu Re Exist wychodzę z założenia, że przymiot bycia osobą wcale nie jest nieodzowny w byciu łącznikiem ze światem niewidzialnym. Postępująca cyfryzacja przenosi spirytualizm w zupełnie inny wymiar. Odbiorca jest w stanie obcować z tengryjską metempsychozą dysponując jedynie współczesnymi fetyszami w postaci głośnika bluetooth oraz subskrypcji Spotify premium. Gdy wyposażony w nie, zawędruje na przecięcie linii horyzontu odludzia wraz z kompozycjami Tsaschikhera, dostrzeże zmęczonymi oczyma majaki. Zapewne poganiające swe stada.