W trójkącie bermudzkim

Gentryfikacja Pragi podzieliła jej mieszkańców. Jedni chcieliby myśleć, że wstają już z kolan, inni – że nie wolno odwracać wzroku od problemów dzielnicy. W sporze towarzyszą im wybawcy-inwestorzy. Tylko czy Praga potrzebuje wybawienia?

Tekst: Michalina Czerwińska

Na Brzeskiej można zjeść wege-obiad za 28 zł. Krzesła trochę niewygodne, wiadomo, siedzisz tyłkiem na pełnej drzazg palecie albo stołku szukanym kilka miesięcy, tylko po to, żeby klimat był bardziej z odzysku. Na wegańską kaczkę i kotlety z boczniaka czekamy chyba pół godziny. Rozglądam się po innych stołach, wszyscy czekają. Przy jednym troje znajomych – rodziców, którzy wychowują swoje dzieci bezstresowo i chyba lubią improwizacje jazzowe, a dwie panie były na Manifie już 20 lat temu. Gdzie indziej dwaj młodzi chłopcy studiujący (jeśli cokolwiek) na ASP. No i my, ze wspomnieniem ubiegłego lata i z psem w tęczowej smyczy. Niestety kaczka przychodzi zimna a kotlety zbyt małe.

Brama

Za to dwa kroki dalej można się najeść za niewielkie pieniądze. Brzeska jak lustro weneckie stoi między Pyzami Flakami Gorącymi a bramą, za którą można kupić hel. Nie trzeba długo myśleć nad tym, która strona widzi drugą, a która tylko swoje odbicie. Do Pyz przychodzę zawsze na leniwe z sosem waniliowym i owocami leśnymi. Latem siadam przed lokalem, jesienią w środku, ale przy szybie. Widzę, kto wchodzi w bramę i widzę ich wzrok, kiedy z niej wychodzą. Czasem przyjeżdżają Uberem albo taksówką. Kilka pięter ponad bramą na balkonie stoi trzech wychudzonych, zmęczonych robotników. Palą papierosy. Mogą nie być robotnikami, właściwie mogą tam po prostu mieszkać i być zmęczeni mieszkaniem ponad bramą. Żeby tam mieszkać, muszą przez nią przejść, a wiemy już, co to znaczy i ile kosztuje.
Innym razem w bramę wjeżdża stary Volkswagen z plandeką, z radia leci głośno muzyka, jest ciepło i wesoło. Z auta wyskakują chłopaki, wyciągają krzesła plażowe, na jednym sadzają wielkiego misia, takiego, którego można dostać na walentynki. Zaczynają wnosić rzeczy na piętro. Czuć jakąś nową, inną energię, może nawet optymizm. Czy nie wiedzą, gdzie są? Czy wiedzą doskonale, a to ze mną jest problem, że próbuję ich patronizować, myśląc, że wiem więcej o miejscu, w którym oni uczyli się chodzić, dostawali kosza i pewnie nieraz w twarz, w którym teraz zakładają rodzinę?

Fantazje gentryfikatorów

Gdy przychodzę po sześciu miesiącach na Brzeską, znajduję tam, oprócz tego co zawsze – bramy i Pyz – galerię sztuki i studio tatuażu, gdzie nie da się zrobić dziary za mniej niż trzy stówy. Są też lody rzemieślnicze i coraz mniej prażan. Smutno się na to patrzy, ale pewnie jeszcze smutniej urodzonym w trójkącie bermudzkim traci się pracę i miejsce do życia. Jestem częścią problemu. Moja fascynacja prostymi i tanimi kluskami to w gruncie rzeczy fetyszyzacja stylu życia, o którym nie pisze się w „Wysokich Obcasach”, o którym nie mam pojęcia. To wybieranie smacznych fragmentów czyjejś rzeczywistości i ignorowanie całej reszty, która powoduje, że prażanie żyją najkrócej ze wszystkich warszawiaków. Do miejsca, które tak chwalę, latem zwalają się turyści z zagranicy, a ja nie jestem od nich inna ani lepsza. Zostawiam pieniądze w rodzimych biznesach, m.in. u szewca na Inżynierskiej, którego miejsce pracy można by pomylić ze sklepem dla kibica Legii, ale cztery razy tyle jestem w stanie wydać w kawiarni speciality na Kłopotowskiego w jedne wakacje. Swoimi zachciankami, mimo szczerej nienawiści do gentryfikatorów, stwarzam popyt na usługi fantazyjne i zwykłym ludziom do niczego niepotrzebne. Pora spojrzeć prawdzie w oczy: jestem jedną z nich.

Światełko w tunelu

Ktoś mógłby napisać, że przemiana Pragi jest korzystna, że dzielnica ma przed sobą świetlaną przyszłość. W tym optymistycznym podejściu nikt jednak nie uwzględnia jej pierwotnych mieszkańców. Dla kogo jest ta przyszłość? Komu służy wycinanie setek drzew obszaru Natura 2000 i budowa wału przeciwpowodziowego przy Wybrzeżu Helskim? Idąc śladami spekulantów nieruchomościami, pozwolę sobie przewidzieć przyszłość. W pierwszej kolejności skorzystają na tym deweloper Port Praski i jego inwestycja. W końcu mieszkańcy apartamentowców są warszawiakami, o których się dba i których powódź dotknąć nie powinna. To nie Kiepscy, to raczej Bulionerzy. Ktoś inny mógłby dodać, że z pozytywnych zmian, tj. trawników pod linijkę i równego chodnika przy stacji Metro Stadion Narodowy, korzystają przecież tak samo rodowici prażanie, i miałby rację. Tylko że to nie jest prawdziwa troska, bo kiedy w grę wchodzi ich zdrowie i życie, inwestorzy widzą tylko zysk i mnożący się kapitał. No ale jak to?

Wspólny front poszkodowanych

Inicjatywa Ratujmy Pragę, która wyraźnie sprzeciwia się powstaniu w skrzydle B Szpitala Praskiego ośrodka dla osób w kryzysie bezdomności i zmagających się z chorobami uzależnienia od narkotyków i alkoholu, jest dla deweloperów co najmniej sprzyjająca. Dziwnym trafem właścicielem nieistniejącej już domeny ratujmyprage.pl była agencja reprezentująca Centrum Praskie Koneser – kolejne przedsięwzięcie kierowane stricte do masowo przybywających do dzielnicy gentryfikatorów. Agencja odcięła się od treści publikowanych na stronie, choć pozostał niesmak i uzasadnione wątpliwości. Komu zależy na tym, żeby ośrodek nie powstał akurat w tym miejscu? Szkoda by było, gdyby zainwestowane w “naprawę” wizerunku Pragi miliony zepsuł, jak mówią niektórzy mieszkańcy, burdel czy przytułek dla narkomanów. Ich zdaniem najlepiej byłoby przenieść ośrodek do Wilanowa albo jeszcze dalej, na obrzeża miasta, jak wysypisko śmieci. Wydaje się, że zapominają o klientach z Brzeskiej, do których ta forma wsparcia jest chyba najbardziej kierowana. Przyjmują myślenie małych dzieci bawiących się w chowanego, jeśli nie widzę czegoś, to znaczy, że nie istnieje.

Stan ciężki, ale stabilny

Znam osobę, dla której taki ośrodek mógłby okazać się pomocą. Pochodzi z zamożnej rodziny, z innej części Warszawy i chodzi na Brzeską. Jest po drodze do pracy. Kiedy lockdown zabrał jej możliwość działania i nie dał nic w zamian, niewiele trzeba było, żeby znów przeszła przez bramę. Nawroty to część choroby uzależnienia, którą można znaleźć w klasyfikacji chorób ICD-10, która jest zbadana i którą można leczyć zarówno farmakologicznie jak i psychoterapią. Skuteczna i trwała poprawa stanu zdrowia zaczyna się najczęściej od organicznej chęci i gotowości pacjenta. Nie da się żadnej osobie ani żadnemu miejscu dać wsparcia bez wyraźnej prośby. Nie pomoże tu żadne magiczne zaklęcie ani deweloper-czarodziej; to, jakie zmiany jest w stanie przejść Praga, powinno zależeć tylko od niej samej, od mieszkańców, ruchów lokatorskich i wszystkich osób zaangażowanych w budżet partycypacyjny. Co pozostaje nam, gentryfikatorom? Wątpliwa moralnie jest droga, którą podążamy, ale żeby zachować choć trochę ludzkiej przyzwoitości, nie pozwólmy na to, by małe, wieloletnie, praskie biznesy upadały przez nasze zaniechanie. Odwiedzajmy je, kupujmy w nich, sprawmy, by właściciele dotrwali do emerytury. Nie kupujmy mieszkań w nowej zabudowie, sprawdzajmy, czy właściciel odrestaurowanej kamienicy nie pozbył się lokatorów w okrutny i niezgodny z prawem sposób. Starajmy się nie odwracać wzroku od problemów prażan, bo one tak po prostu nie znikną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *