Taki musical zdarza się tylko Once

On i Ona. Spotykają się w Dublinie. Zakochują się w sobie. Ona – Czeszka. Imigrantka zarobkowa. Sprzedaje kwiaty na ulicy. Gra na pianinie. On natomiast jest Irlandczykiem, komponuje piosenki i gra na gitarze na jednej z dublińskich alei. Czyżby to początek kolejnej oklepanej historii romantycznej na wzór tych z amerykańskich filmów? Nie tym razem, ponieważ tych dwoje nigdy nie będzie razem…

Autorka: Natalia Jankiewicz

Cristin Milioti i Steve Kazee w nowojorskim przedstawieniu Once. Fot. Sara Krulwich

Główną rolę odgrywa tu muzyka. To ona jest aktorem pierwszoplanowym. On i Ona to tylko marionetki w jej rękach, które wykonują napisany już przez los zapis nutowy. A w tym przypadku jest to utwór na dwa instrumenty – gitarę i fortepian. Czeszka i Irlandczyk nieświadomie stają się wykonawcami tego dzieła. Podczas wspólnego grania muzyka porusza u bohaterów pewne struny, które wprawione w ruch, wyzwalają głęboko skrywane emocje. Tym samym sprawia to, że zostają obdarci z wszelkiego fałszu, nieprawdy i bezwiednie zdejmują maskę, za którą ukrywali się przez wiele lat. Stają się nadzy – autentyczni. Wtedy to okazuje się, co tak naprawdę gra im w duszy.

Muzyka łączy ludzi o podobnej wrażliwości. Najpierw wprawia w drgania głęboko w nich schowane struny, które zaczynają wybrzmiewać. Wtedy staje się jasne, czy ich barwy do siebie pasują. Jeśli tak, to zaczyna iskrzyć i wytwarza się tzw. chemia. Uczucie rodzące się między bohaterami jest czyste i autentyczne. Najprawdziwsze. Rozwija się ono z każdym kolejnym spotkaniem, podczas którego komponują, śpiewają, słuchają i dyskutują. W centrum ich wspólnej galaktyki jest muzyka, a Oni – jak planety – krążą wokół niej, pobierając energię do dalszych działań. To jest światło ich życia i źródło. Centrum.

Czeszka i Irlandczyk. To dwa różne charaktery, dwie różne przeszłości i dwie odmienne przyszłości. Ona bowiem ma dziecko, a On zadrę w sercu, którą sprawiła mu miłość jego życia, porzucając go i wyjeżdżając do Londynu. Prawda, szczególnie bolesna i wstydliwa, ciężko przechodzi przez gardło. Pojawia się nierzadko bariera językowa lub emocjonalna czy też po prostu strach przed jej wyjawieniem. Czasem słowa są niewystarczające, nieadekwatne, za małe, lub ich brak. Wtedy pojawia się muzyka, jako instrument do wyjawienia światu swoich uczuć w jedynej i niepowtarzalnej formie. Tak też robią bohaterowie musicalu. Aby dać upust emocjom, ubierają je w muzyczną formę. W ten sposób powstają piękne, bo prawdziwe, piosenki, które na koniec stają się dowodem i symbolem ich niesamowitej relacji.

Musical Once (który powstał na podstawie filmu o tym samym tytule) osiągnął spektakularny sukces, zgarniając przy tym mnóstwo prestiżowych nagród, m.in. osiem statuetek Tony, trzy Drama Desk Awards, czy nagrodę Grammy. Przepis był prosty – przemycić na scenę prostotę i piękno. Zdecydowano się odejść od wysublimowanych melodii, piorunujących gór, charakteryzacji, błyskotek, cekinów i peruk. Zamiast tego postawiono na skromność, prostotę, autentyczność i świeżość. Prawdę. Muzyka bowiem odzwierciedla dusze bohaterów – ich wrażliwość i delikatność. Szczególnie jest to widoczne w piosence Falling Slowly, która notabene zdobyła Oscara w swojej kategorii. I to wcale nie jest utwór w stylu tego z filmu Kraina Lodu…

Ten musical cechuje też ogromna pomysłowość twórców. Scena to mianowicie bar, gdzie podczas przerwy widzowie mogą wypić drinki serwowane przez samych aktorów. Na tym ich rola oczywiście się nie kończy. Przedstawienie to wymaga bowiem wiele od wykonawców. Ci muszą umieć tańczyć, śpiewać, świetnie grać aktorsko, a przy tym grać na instrumencie. Akordeon, banjo, ukulele, cajon, pianino, gitara, skrzypce, wiolonczela, kontrabas. Nie ma osobnego zespołu czy orkiestry. To aktorzy akompaniują sobie nawzajem, śpiewają chórki, a czasem mają też solówki. Wszystko dzieje się na oczach widzów. W efekcie dobranie obsady jest nie lada wyzwaniem. Znalezienie muzyka, który umie świetnie śpiewać, tańczyć i grać aktorsko graniczy z cudem. Żaden z tych komponentów nie może odbiegać poziomem od reszty. Co więcej, w przypadku głównych bohaterów samo dobre wykonanie nie wystarcza, bo między nimi musi być jeszcze wyzwolona przez muzykę tzw. chemia.

W życiu, jak w musicalu, muzyka potrafi mówić – i to więcej niż tysiąc słów. Warto próbować odkrywać drugiego człowieka za jej pomocą, bo wtedy łatwiej dotrzemy do jego wnętrza. Muzyka, której słuchamy czy którą komponujemy, odzwierciedla naszą duszę i aktualny stan emocjonalny. Czasem na zadane pytanie jak się czujesz?, zamiast szukać odpowiedzi w gąszczu słów, wystarczy podesłać link z utworem
i powiedzieć – tak. Tak właśnie się czuję. Dodatkowe słowa okażą się najzwyczajniej zbędne.

To właśnie dlatego muzyka towarzyszy nam nieprzerwanie od samego początku naszego istnienia. Tworzymy ją, kiedy chcemy coś zakomunikować światu, a brakuje odpowiednich słów. Nie bez powodu wiele osób pisze piosenki po bolesnych rozstaniach, a w kościołach śpiewane są utwory na cześć Stwórcy. Muzyka ma spotęgować znaczenie wypowiadanych słów. Nawet tych najprostszych.