Dorsz jest wielki

Północ Skandynawii kojarzy się zazwyczaj ze śniegiem, zimnem, zorzą i nocami polarnymi. Pewne norweskie miasto jest dowodem na to, że powinni się nią zainteresować nie tylko amatorzy sportów zimowych, lecz także pasjonaci sztuki ulicznej.

Tekst: Aleksandra Krupińska

Vardø intryguje już za sprawą swojego położenia. Leży na wyspie za kołem podbiegunowym, a na wschód sięga dalej niż Petersburg czy Stambuł. Znajduje się w strefie klimatu arktycznego. Co ciekawe, aż do 1972 r. można było do niego dotrzeć jedynie drogą morską. Przez ponad 100 lat intensywnie rozwijało się tam rybołówstwo i przetwórstwo ryb, ale pod koniec lat 90. rynek zaczął się załamywać. Rybacy wraz z zatrudnionymi w przetwórniach kobietami znaleźli się pod ścianą, stracili główne źródło utrzymania. Duże oddalenie od innych skupisk ludzkich i brak znaczącego zapotrzebowania na siłę roboczą w innych branżach sprawiły, że mieszkańcy zaczęli masowo opuszczać Vardø, rozpoczynając tym samym wielki proces wyludniania miasta.

Domy duchy

Od 1975 r. populacja miasta spadła o połowę. Wyjeżdżający pozostawili po sobie rzędy opuszczonych domów. Wystawione na arktyczny klimat, niezamieszkane przez lata budynki niszczały. Lokalne władze rozważały ich rozbiórkę. Wówczas na scenie pojawił się Pøbel. Chociaż jego pseudonim oznacza chuligana, a o mieście usłyszał dzięki rozgrywającym się w nim zawodom w rzucaniu śnieżkami, jego plan wobec Vardø w żaden sposób nie był związany z łobuzerstwem. Norweski artysta ze Stavanger postanowił za zgodą mieszkańców dać domom nowe życie, a samo miasto wybudzić ze śpiączki. Tak właśnie powstał street-artowy festiwal Komafest [norw. koma – śpiączka, fest – impreza], w który zaangażowani zostali artyści z całego świata.

Spacerując po mieście, co krok można się natknąć na efekty pracy 12 twórców. Artyści przybyli na północ Norwegii w lipcu 2012 r., a już po drugiej nocy od ich przyjazdu na jednej ze ścian portowych budynków pojawiło się zdanie Cod is great [ang. dorsz jest wielki]. Przekształcenie utartej frazy God is great i zastąpienie Boga dorszem tak spodobało się lokalnemu kucharzowi, że wytatuował sobie napis na przedramieniu. Dzięki festiwalowi Vardø przyozdobiły jednak nie tylko przewrotne hasła.

Pochodzący z Portugalii Vhils zajmuje się na co dzień carvingiem, czyli grawerowaniem, drapaniem nawierzchni. Określany bywa współczesnym miejskim archeologiem odkrywającym kolejne warstwy ulicznego piękna. W Vardø spod jego rąk wyszły wyryte w drewnie i tynku portrety rybaków. Inspirowane zdjęciami mieszkańców miasta oddają im hołd i wyrażają ich tęsknotę za morzem.

Bohater na rencie

Sam inicjator festiwalu specjalizuje się w technice szablonu. Dekorowanie porzuconych budynków rozpoczął od podobnego do Komafestu projektu przeprowadzonego na Lofotach z norweskim artystą o pseudonimie Dolk. Wspólnie zrealizowali też zlecenie ozdobienia dworców w Oslo i Trondheim. Poza tym popularność przyniosły mu grafiki przedstawiające superbohaterów w podeszłym wieku – Batman na wózku inwalidzkim prowadzonym przez Robina czy zdejmujący maskę Spiderman opierający się o balkonik to tylko niektóre przykłady. To Pøbel stoi też za umieszczeniem znaku wyciszonego mikrofonu na gwieździe Donalda Trumpa w hollywoodzkiej Alei Sław. Jego reakcją na pandemię koronawirusa był z kolei mural przedstawiający parę całującą się w maseczkach. Miał dodać ludziom otuchy i przekazać trochę pozytywnej energii.

Komafest z 2012 r. doczekał się kontynuacji rok później. Pøbel poprosił mieszkańców miasta, aby narysowali coś czerwonego na 150 białych płótnach. Wystawił je potem w jednym z pustych sklepów, a jako że kolorem przypominały mu strużki krwi, całość zatytułował Blood bank [ang. bank krwi]. Cztery lata po pierwszym wydarzeniu Pøbel postanowił skupić się na zamkniętych sklepach wzdłuż głównej ulicy Vardø. Zaaranżował je w taki sposób, aby z zewnątrz wyglądały na wciąż działające. Festiwal nie odbywa się jednak cyklicznie, a jego kolejne odsłony sprawiają raczej wrażenie artystycznych zrywów głównego pomysłodawcy.

Miasteczko festiwalowe

Obecnie Komafest to nazwa kierowanej przez norweskiego artystę organizacji zajmującej się projektami artystycznymi w społecznościach zmagających się z centralizacją i prywatyzacją zasobów naturalnych. Zorganizowany przez niego festiwal o tej samej nazwie nie był jednak jedynym odbywającym się w Vardø. A to wszystko mimo faktu, że miasto wydaje się dość nietypowym wyborem na zlokalizowanie tego typu wydarzeń. Od 30 lat organizowany jest tam też festiwal Pomorców. Koncentruje się on na współpracy handlowej, która przez dziesięciolecia była podtrzymywana przez zamieszkujących tę okolicę Norwegów i Rosjan z północy Półwyspu Kolskiego. Była zaawansowana do tego stopnia, że na jej potrzeby wykształcił się pidżynowy język norwesko-rosyjski, ułatwiający komunikację.

Poza tym każdej zimy organizowane są w mieście zawody w Yukigassen, japońskim sporcie polegającym na walce na śnieżki. Wydarzeniu towarzyszą koncerty i inne spotkania kulturalne. W listopadzie natomiast, gdy miasto spowite jest niemal wszechogarniającą ciemnością, na cztery dni zamienia się ono w arktyczną stolicę jazzu. Na scenach kilku lokali od 1997 r. organizowane są liczne koncerty.

Vardø jest więc prawdziwym kulturalnym centrum regionu. Choć jest niepozorne i obecnie liczy zaledwie nieco ponad 2000 mieszkańców, organizowanych jest w nim wiele godnych uwagi wydarzeń. Mimo że przyciągają one coraz więcej turystów, to jednak podstawowym odbiorcą była i będzie ludność lokalna. Sztuka dla miasta, nie miasto dla sztuki.